Podwyżki składek OC dla szpitali
Towarzystwa ubezpieczeniowe drastycznie podwyższają szpitalom składki na ubezpieczenia OC, broniąc się w ten sposób przed falą pozwów o odszkodowania. Zaporowe ceny to wstęp do stopniowego wycofywania się z rynku. Już teraz w portfelu ubezpieczeniowym niektórych towarzystw pozostało jedynie kilka szpitali.
Roczna składka OC poznańskiego szpitala może wynieść nawet kilkaset tysięcy zł. "Pacjenci zakładają coraz więcej spraw o odszkodowanie" - wyjaśnia R. Stankiewicz. A kilka wypłaconych odszkodowań uruchamia lawinę podwyżek, którymi ubezpieczyciele bronią się przed zwiększonym ryzykiem.
Pacjenci dochodzą swego
W warszawskiej kancelarii adwokackiej Andrzej Puławski & Partnerzy dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie pacjentów sprawami o odszkodowania za błędy lekarskie rzeczywiście się zwiększa. Również Rafał Holanowski, prezes zarządu Supra Brokers z Wrocławia, broker ubezpieczeniowy i doradca w zakresie zarządzania jakością i likwidowania szkód w szpitalach mówi, że jego kancelaria w ciągu ostatnich dwóch lat przyjęła aż 350 roszczeń. "To o wiele więcej niż kilka lat temu" - przyznaje R. Holanowski.
Jeszcze na początku 2002 roku ceny składek były śmiesznie niskie. R. Holanowski wspomina, że szpital z obrotami 30 mln zł rocznie ubezpieczał się na 1 mln zł i płacił roczną składkę w wysokości 14 tys. zł. "To były jednak stawki dumpingowe, do których dostosowywali się, chcąc nie chcąc, inni ubezpieczyciele, a co gorsza przyzwyczaiły się do nich szpitale" - tłumaczy R. Holanowski. Ale wypłata kilku odszkodowań o wartości 300 tys. zł, przy składce w wysokości 14 tys. zł szybko otrzeźwiła towarzystwa ubezpieczeniowe. Obecnie jeśli szpital zdecyduje się np. na sumę gwarancyjną o wartości 1 mln zł, a jest "szkodowy", bo w ciągu 3-4 lat zanotował trzy lub cztery duże roszczenia, to składka będzie wynosić 200 tys. zł i więcej.
"Praktycznie wszystkie firmy ubezpieczeniowe, m.in. Warta, Cigna STU czy Hestia, wycofują się z rynku ubezpieczeń szpitalnych. Dojdzie do tego, że na rynku pozostanie PZU i będzie dyktować ceny" - obawia się R. Holanowski. Michał Furmanek z działu marketingu Cigny STU SA jest bardziej ostrożny w ocenie sytuacji na rynku, ale przyznaje, że w portfelu jego firmy jest jedynie kilka publicznych ZOZ-ów i to przeważnie tych "bezszkodowych", które firma ubezpiecza już od dawna. "Nowe podmioty nie decydują się na zakup polisy z uwagi na wysokie, nawet bardzo wysokie składki" - dodaje M. Furmanek.
Towarzystwa ubezpieczeniowe nie przewidują szybkiej poprawy sytuacji i spodziewają się dalszego wzrostu liczby i wartości wypłacanych odszkodowań. "Większość szpitali nie jest w stanie wprowadzić rozwiązań istotnie zmniejszających ryzyko powstania szkody" - uważa Dariusz Melaniuk z Biura Ubezpieczeń Gospodarczych TUiR Warta SA.
Lepsza ugoda niż sąd
Według R. Holanowskiego, klucz do powstrzymania lawiny podwyżek leży w rękach zarządów szpitali. Zazwyczaj zarówno kancelarie prawne reprezentujące pacjentów, jak i ubezpieczyciele dążą do ugód ze szpitalami. Jednak nawet w przypadkach ewidentnej winy, szpitale nie chcą się przyznawać do błędu, a sprawa ląduje w końcu w sądzie. Dla ubezpieczycieli to najgorszy z możliwych scenariuszy.
"Procesy ciągną się nawet 5 lat. W tym czasie firma ubezpieczeniowa musi utworzyć rezerwę na wypadek, gdyby przegrała sprawę w sądzie, a pieniądze tak zamrożone nie zarabiają" - tłumaczy R. Holanowski. Jego zdaniem, dyrektorzy po prostu ignorują przypadki zgłaszania roszczeń, tymczasem mogliby się szybko pozbyć kłopotów, bo duża część zgłoszeń to również próby wyłudzenia odszkodowań. "Dlatego prawnicy w szpitalach powinni od razu rozpoczynać z pacjentami twarde negocjacje - tłumaczy R. Holanowski. - Tymczasem szpitale nie robią nic, przyjmują zgłoszenie, wkładają je do szuflady i o sprawie zapominają do momentu, kiedy znajdzie się w sądzie".
Gdzie ta szkoda?
Zdarza się, że szpitale zawiadamiają swoich ubezpieczycieli o roszczeniu dopiero po kilku miesiącach, mimo że warunki umowy nakładają na nich termin siedmiodniowy. W dodatku wiele szpitali w ogóle nie prowadzi rejestru szkód w swoich placówkach.
Ministerstwo Zdrowia również nie dysponuje takimi danymi. Biuro prasowe resortu tłumaczy, że na ul. Miodową docierają tylko raporty z Naczelnej Izby Lekarskiej, oparte na sprawozdaniach okręgowych sądów lekarskich, a te nie pokrywają się z liczbą spraw zakładanych przez pacjentów przeciwko szpitalom.
"Są szpitale "szkodowe", ale nikt tego nie monitoruje, ponieważ do niedawna nie był to problem - alarmuje R. Holanowski. - Trzeba śledzić takie przypadki, inaczej szpitale pójdą z torbami, bo sądy są coraz bardziej odważne".
W sądach lekarskich nie ma tłoku
Dla Pulsu Medycyny komentuje Zbigniew Czernicki, naczelny rzecznik odpowiedzialności zawodowej:
Izby Lekarskie w ogóle nie zajmują się odszkodowaniami, choć jeśli sąd lekarski uzna czyjąś winę, łatwiej jest starać się o odszkodowanie, ale to jest sprawa między szpitalem i pacjentem.
Obserwuję pewien wzrost liczby spraw, które przechodzą przez ręce rzeczników, ale nie lawinowy. Mamy około 2-2,5 tys. spraw rocznie. 15-18 proc. skarg kończy się sporządzeniem wniosku o ukaranie i jest kierowane do sądów lekarskich, a te w 50 proc. przypadków wydają wyroki skazujące. Do stosowanych kar należą m.in. upomnienia, a niezmiernie rzadko odebranie prawa wykonywania zawodu. Większość spraw, które trafiają do rzecznika, zostaje umorzona lub oddalona.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska