Zakaz konkurencji w zamian za podwyżki?
Niedawna wypowiedź minister zdrowia Ewy Kopacz o krajach, w których obowiązuje zakaz łączenia pracy w publicznych i prywatnych placówkach służby zdrowia, została potraktowana jako zapowiedź wprowadzenia podobnego zakazu w Polsce. Gwałtowna fala krytycznych komentarzy sprawiła, że resort zdrowia oficjalnie zdementował informacje o prowadzeniu prac legislacyjnych w tym zakresie. Nie musi to jednak oznaczać, że powiązanie podwyżek w służbie zdrowia z ograniczeniem działalności konkurencyjnej lekarzy nie będzie miało miejsca.
Rozmawiamy tylko o pieniądzach
Warto też przypomnieć, że środowisko lekarzy, które niezwykle krytycznie odniosło się do wypowiedzi minister E. Kopacz, nie odrzucało wcześniej projektu wprowadzenia zakazu. Co więcej, akceptowało go pod warunkiem odpowiedniego podwyższenia zarobków. Andrzej Włodarczyk, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, a obecnie wiceminister zdrowia wskazywał na przykład Hiszpanii, gdzie wprowadzenie podobnego zakazu okazało się korzystne dla lekarzy, ponieważ ich pensje poszły w górę. Także Krzysztof Bukiel, przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy utrzymywał, że wszystko sprowadza się do wynagrodzenia za podstawową pracę lekarzy, „bo zarówno branie dyżurów, jak i praca w innych miejscach nie wynikają z tego, że lekarze chcą się przemęczać, tylko dlatego, że płaca zasadnicza jest bardzo niska".
W kontekście tych wypowiedzi kuriozalne okazuje się oburzenie, z jakim część lekarzy przyjęła samo napomknienie o zakazie konkurencji w trakcie odbywających się obecnie negocjacji płacowych. Pojawiły się nawet głosy o stosowaniu niedopuszczalnego szantażu. Gdy wprowadzenie zakazu było rozważane w kontekście skrócenia czasu pracy, to lekarze sami optowali za powiązaniem go z podwyżką wynagrodzeń. Gdy w tym samym kontekście negocjują podwyżki, to nie chcą słyszeć o powiązaniu ich z wprowadzeniem zakazu. Bo po co rezygnować z możliwości dodatkowych zarobków, skoro istnieje szansa podwyższenia wynagrodzeń bez tego rodzaju ograniczeń? W tym świetle dyskusja o konieczności skrócenia czasu pracy i ograniczeniu dyżurów medycznych jawi się tylko jako wygodny pretekst do rozmów o pieniądzach. Mam wrażenie, że większość lekarzy podchodzi do problemu czasu pracy wyłącznie pod kątem zarobków. Nie interesuje ich czas wolny, lecz podwyżki i możliwości dorabiania.
Fikcja bezpłatnej opieki zdrowotnej
Chociaż nie jestem zwolennikiem rozwiązywania problemów społecznych w drodze interwencji ustawodawczych, to jednak uważam, że koncepcja powiązania omawianego zakazu z podwyżkami wynagrodzeń jest jak najbardziej uzasadniona. Kto dobrze płaci, ten ma prawo stawiać wymagania. Nie ulega wątpliwości, że od lekarza, który ma czas na wypoczynek i nie oszczędza sił na pracę po godzinach, można więcej wymagać. Moje wątpliwości budzi jednak to, czy możliwe jest, by zakłady publiczne były kiedykolwiek zainteresowane efektywną organizacją pracy w stopniu porównywalnym do zakładów prywatnych. Tym bardziej, że funkcjonujący system opieki zdrowotnej nie daje im żadnych perspektyw, zabraniając pozyskiwania dodatkowych środków.
Na razie mamy więc błędne koło. Lekarze uzasadniają konieczność dorabiania po pracy niskimi zarobkami. Zarobki są niskie, bo zakłady publiczne mają ograniczone możliwości zwiększania swych przychodów. Sprawia to, że ich potencjał - majątek, sprzęt, urządzenia, personel - nie jest w pełni wykorzystywany. W sposób naturalny zawiązuje się milczące porozumienie z lekarzami, których praca jest niedoceniona. Skoro nie można zaproponować im satysfakcjonujących zarobków, to trzeba wynagradzać ich w inny sposób. Na tej zasadzie szpitale pozostawiają lekarzom różnorakie możliwości korzystania z ich potencjału, z którego same korzystać nie mogą. Co ciekawe, wszyscy na tym zyskują. Potencjał szpitali jest lepiej wykorzystywany, a one same mają zarazem czym przyciągnąć wykwalifikowanych lekarzy, którzy w tym układzie godzą się pracować za psie pieniądze. Lekarze zyskują możliwości dodatkowych zarobków, a pacjenci za dodatkową opłatą - łatwiejszy dostęp do „bezpłatnych świadczeń". Wszystko to jest tajemnicą poliszynela, a jedynym celem tej maskarady jest podtrzymywanie fikcji bezpłatnej służby zdrowia.
Dajmy zarabiać publicznym szpitalom
Jeżeli ma nastąpić rzeczywiste podwyższenie zarobków lekarzy, trzeba z tej fikcji zrezygnować. Aby szpitale było stać na podwyżki, muszą uzyskać możliwości generowania dodatkowych przychodów i przejąć te pieniądze, które obecnie trafiają do dorabiających lekarzy. Jeśli będzie je stać na zaoferowanie odpowiednio wysokich pensji, to nie będą zmuszone tolerować nieformalnych powiązań. W celu ich zerwania mogą wykorzystać istniejące instrumenty prawne. Mowa o obowiązku dbania o dobro zakładu pracy oraz zakazie konkurencji. Pierwszy, zapisany w art. 100 § 2 pkt 4 Kodeksu pracy, nie jest w praktyce egzekwowany, chociaż daje spore możliwości zwalczania ewidentnych nadużyć. Ściślejszemu ustaleniu warunków, na jakich pracownik może rozwijać działalność prywatną, służy umowa o zakazie konkurencji, której ukształtowanie leży w gestii stron. Odmowa podpisania takiej umowy przez lekarza zatrudnionego w publicznym szpitalu może stanowić uzasadnioną przyczynę wypowiedzenia umowy o pracę, co jednoznacznie potwierdza wyrok Sądu Najwyższego z 24 września 2003 r. (sygn. I PK 411/02, OSNP z 2004 r. nr 18, poz. 316). Analogiczne klauzule umowne mogą być również dołączane do kontraktów.
Nie ma więc rzeczywistej potrzeby wprowadzenia odgórnego zakazu, który tylko ograniczy i tak już niewielkie, legalne pole manewru zakładów publicznych. Należałoby raczej pole to poszerzać przez zmniejszenie istniejących ograniczeń, a eliminowanie patologii pozostawić zainteresowanym i mechanizmom rynkowym. Jeżeli szpitale będą zainteresowane rozwijaniem swojej działalności, to odgórny zakaz nie będzie im potrzebny, a jeżeli nie będą, to wprowadzenie zakazu nic nie da. Ot, do istniejącej fikcji dodamy kolejną.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Molęda