Szpital im. M. Madurowicza w Łodzi pracuje już normalnie
Po serii artykułów w Pulsie Medycyny dotyczących śmierci noworodków urodzonych w szpitalu im. M. Madurowicza w Łodzi zostaliśmy zaproszeni, by zobaczyć to miejsce na własne oczy i porozmawiać z dyrekcją o tym, co się wydarzyło i jakie wyciągnięto wnioski na przyszłość.
Wersja dyrekcji szpitala
,Wszystkie te noworodki urodziły się w różnych miejscach w szpitalu, ze względu na okoliczności porodu" - podkreśla dr Wiesław Tyliński, zastępca dyrektora ds. lecznictwa. To, jego zdaniem, potwierdza tezę, że dzieci zmarły wskutek zakażeń wrodzonych, a nie nabytych w szpitalu. Niestety, nie można tego dziś sprawdzić, gdyż próbki szczepów bakterii pobranych od tej trójki dzieci - zgodnie z procedurą - po 7 dniach utylizowano. ,A szkoda, bo to pomogłoby poznać prawdę" - mówi dr W. Tyliński.
Jedynie w przypadku czwartego zmarłego noworodka dyrekcja nie wyklucza zakażenia patogenem szpitalnym (bakterią Klebsiella pneumoniae).
Jak informuje W. Tyliński, kiedy w szpitalu wykryto bakterię Klebsiella, decyzją dyrekcji 29 listopada zostały wstrzymane kolejne przyjęcia pacjentek do porodu. Dodatkowo postanowiono opróżnić oddziały patologii ciąży i przedporodowy, by nie pojawiały się nowe dzieci. ,Na oddziale Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka lekarze leczyli, a potem walczyli o życie trzech chorych noworodków, bo tyle tylko dzieci pozostało po tym, jak podjęto decyzję o wstrzymaniu nowych przyjęć" - relacjonuje W. Tyliński. Tymczasem Powiatowa Inspekcja Sanitarno-Epidemiologiczna nakazała unieruchomić oddział noworodkowy z rygorem natychmiastowej wykonalności. ,Przez miesiąc nikomu nic nie przeszkadzało, a nagle nakazano nam opróżnić oddział. To były noworodki, które trzeba było leczyć - normalnie dzieci w tym stanie nie rozsyła się. Poprosiliśmy więc doc. Andrzeja Piotrowskiego, kierownika Intensywnej Terapii Noworodka Szpitala Klinicznego przy ulicy Spornej i jednocześnie konsultanta wojewódzkiego ds. neonatologii, by zbadał te noworodki, przeanalizował historie choroby i przedstawił nam swoją opinię. Podobnie jak my, był przeciwny ich przewożeniu do innego szpitala. Traktowaliśmy je jako ognisko epidemiologiczne i skoro były u nas, to my powinniśmy dokończyć leczenie. Wysłaliśmy do głównego inspektora sanitarnego odwołanie od decyzji, ale nie zmienił jej" - opowiada dr Wiesław Tyliński.
Jednocześnie decyzją Powiatowej Inspekcji Sanitarno-Epidemiologicznej wstrzymano także przyjęcia na oddział ginekologiczny. ,Zupełnie nie rozumiem tej decyzji. W tym czasie w szpitalu było 30 kobiet leczonych ginekologicznie, w tym także onkologicznie, niektóre dzień po operacji. Cóż to miało wspólnego z zakażonymi noworodkami? W tym zakresie odwołaliśmy się od decyzji, ale jednocześnie nie rozsyłaliśmy chorych, tylko wstrzymaliśmy przyjęcia i sukcesywnie, w miarę zdrowienia, wypisywaliśmy je do domu. W ciągu kilku dni oddziały zostały opróżnione" - mówi dr W. Tyliński.
Rozpoczęty w czerwcu remont bloku porodowego został zakończony 28 listopada, następnego dnia miało być uroczyste otwarcie. ,Szpital jednak, na skutek decyzji administracyjnych, stał pusty. By wykorzystać ten czas konstruktywnie, dyrekcja szpitala zdecydowała, że przeprowadzone zostaną drobne remonty. Następnie poprosiła sanepid o wizję lokalną, by ktoś z zewnątrz podpowiedział, co jeszcze można zrobić. Komisja uznała, że wystarczy ogólna dezynfekcja. Po przeprowadzeniu wymazów czystościowych na nieczynnych oddziałach, 23 stycznia zezwolono na wznowienie przyjęć. Po 10 dniach pobrano kolejne rozmazy, tym razem od personelu, i te także okazały się prawidłowe" - informuje dr W. Tyliński.
Nowy etap pracy szpitala
Dziś szpital funkcjonuje niemal normalnie, liczba porodów wraca do normy i znów jest duży ruch chorych ginekologicznie i onkologicznie. Dyrekcja zdaje sobie sprawę, że wydarzenia ostatnich tygodni nie przejdą jednak bez echa.
,Na podstawie dostępnych nam dokumentów gremium szpitalne (dyrekcja, komisja zakażeń szpitalnych, ordynatorzy) przeprowadziło własne śledztwo. Równolegle zostaliśmy poddani kontrolom różnych instytucji. Nie znaleziono uchybień sanitarno-epidemiologicznych, nie było rażących zaniedbań ze strony komisji zakażeń szpitalnych, czy personelu szpitala" - podkreśla dr W. Tyliński. Jego zdaniem, komisja zakażeń szpitalnych spotykała się znacznie częściej niż są oficjalne zalecenia, na bieżąco analizując i omawiając każdą kłopotliwą sytuację. Po wydarzeniach z końca ub. r. dyrekcja zapowiada wzmożony reżim sanitarny, który przede wszystkim będzie się wiązał z ograniczeniem wizyt odwiedzających oraz obowiązkiem zakładania przez nich jednorazowych fartuchów szpitalnych.
,W naszym szpitalu zawsze przestrzegaliśmy karty praw pacjenta - dziś musimy ją zinterpretować w odmienny sposób: ograniczenie wizyt i liczby odwiedzających jest działaniem na rzecz pacjenta" - podkreśla dyrektor. Bardziej będą też pilnowane same pacjentki, np. by nie rozwieszały upranej bielizny na kaloryferach. Zatrudniono już pielęgniarkę epidemiologiczną, która została zobligowana do pobierania wymazów także od pacjentek.
Zmieniono również wykonawcę usług sterylizacyjnych. ,Wcześniej nie mielibyśmy odwagi tego zrobić, bo wszyscy zarzuciliby mi, że działamy na finansową szkodę firmy, ale teraz nie mamy skrupułów. Dbamy przecież o to, by wszystko było najwyższej jakości, by więcej nie można było nam zarzucić, że za mało się staraliśmy" - mówi dr W. Tyliński.
Komisja rektorska ocenia
Na naszą prośbę otrzymaliśmy notatkę służbową z 13 grudnia ub.r. z prac Komisji Uniwersytetu Medycznego w Łodzi powołanej przez rektora prof. Andrzeja Lewińskiego w celu przeprowadzenia kontroli w szpitalu im. M. Madurowicza. Oto niektóre z zawartych w niej wniosków i opinii:
o -wskazana jest pilna potrzeba uzupełnienia Zespołu Zakażeń Szpitalnych o specjalistę z dziedziny mikrobiologii;
o -w celu doskonalenia procesu diagnostycznego należałoby rozważyć możliwość wprowadzenia do pracowni analitycznej wstępnego namnażania drobnoustrojów czy też chociażby sporządzania bezpośrednich preparatów z materiału klinicznego;
o -szpital posiada w wystarczającej ilości sprzęt jednorazowego użytku, jednak badania kontrolne przeprowadzone przez Stację Epidemiologiczną zakwestionowały jałowość wybranych sprzętów i materiałów poddanych sterylizacji. W następstwie tego szpital podpisał umowę z Toruńskimi Zakładami Materiałów Opatrunkowych w Łodzi;
o -z dokumentacji uzyskanej z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej wynika, że wyhodowano bakterię Klebsiella pneumoniae z materacyka łóżka dziecięcego;
o -personel szpitala został zaszczepiony przeciwko WZW typu B, choć nie jest to postępowanie obowiązkowe;
o -z analizy dokumentacji zmarłych noworodków wynika, że wystąpiły u nich infekcje wrodzone. Czynnikiem patogennym u trojga dzieci była Klebsiella pneumoniae;
o -na korzyść szpitala M. Madurowicza przemawia fakt udziału z programie ,Optymalizacja opieki okołoporodowej" wraz z uzyskanymi w tym programie osiągnięciami (spadek statystyczny liczby zgonów leczonych noworodków).
Wnioski z kontroli
- prof. Józef Knap, p.o. dyrektora Departamentu Przeciwepidemicznego w Głównym Inspektoracie Sanitarnym:
Raport po kontrolach oddziałów noworodkowych, zleconych w grudniu 2002 r. przez Głównego Inspektora Sanitarnego, nie jest jeszcze do końca opracowany, bo to bardzo żmudna praca. Mamy już jednak ogólne wnioski. Przebadano w sumie 681 oddziałów noworodkowych w Polsce. Pod względem złego stanu łącznie zakwestionowaliśmy w Polsce 85 oddziałów, jednak żaden z nich nie zagrażał życiu małych pacjentów, nie kwalifikował się więc do zamknięcia. We wszystkich tych oddziałach wydano jednak decyzje administracyjne z zaleceniem natychmiastowego usunięcia zaniedbań.
Jeśli chodzi o sytuację w szpitalu im. M. Madurowicza w Łodzi to przedstawia się ona następująco: Z badań genetycznych wykonanych w dwóch niezależnych placówkach, czyli Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego i Państwowym Zakładzie Higieny wynika, że w szpitalu tym mieliśmy do czynienia z wysoce niebezpiecznym jednorodnym szczepem Klebsiella pneumoniae, pochodzenia szpitalnego (ESBL+), opornym na wiele antybiotyków. Dowodzi to źródła zakażenia, a nie winy. Trzeba tu podkreślić, że stwierdzenie u noworodków bez objawów choroby bakterii Klebsiella i innych z tzw. grupy pałeczek jelitowych nie wymaga leczenia, a co więcej - leczenie takie sprzyja powstawaniu wyselekcjonowanych szczepów, opornych na szereg antybiotyków (np. na ESBL+) i przez to bardzo groźnych.
Dokonana kontrola zwróciła uwagę na kilka istotnych spraw. Przede wszystkim, że nie można pracować, jeżeli nie ma odpowiedniej ilości pieniędzy na zabezpieczenie oddziału w podstawowe wyposażenie. Jeśli istnieje taka konieczność, oddział musi zostać zmodernizowany. Nie wolno dopuszczać do sytuacji zagęszczania dzieci ani do przeciążenia nadmierną ilością obowiązków personelu. Niemal we wszystkich szpitalach są komisje zakażeń szpitalnych. To bardzo ważna instytucja. Jednak choć w większości szpitali działają one bez zastrzeżeń, wciąż mają za mały kontakt ze służbami sanitarnymi. O epidemii w szpitalu im. M. Madurowicza Państwowa Inspekcja Sanitarna dowiedziała się z prasy (!). O zagrożeniu nie poinformował zespół zakażeń szpitalnych, który początkowo działał sam, bez porozumienia z inspektorem sanitarnym. To trudna sprawa, bo wciąż są luki prawne, które dopuszczają do takiej sytuacji i tak też tłumaczyli się specjaliści z tego szpitala. Jednak choć formalnie jest to prawidłowe, to moralność nakazywała oficjalne zgłoszenie tej sytuacji PIS, zarówno przez klinicystów, jak i mikrobiologów (na niektórych też taki obowiązek ciąży ustawowo).
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka