Samorząd nie będzie karał łamistrajków
Przed ogólnopolskim, szeroko nagłaśnianym protestem z 7 kwietnia niektóre izby lekarskie uchwaliły, że sprawy nieprotestujących lekarzy zostaną skierowane do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. "Sankcje to nie był najlepszy pomysł - przyznała przed manifestacją 10 maja w Warszawie Zofia Ignatowicz, p.o. rzecznika prasowego Naczelnej Izby Lekarskiej. - Tym razem nie wpływają do nas takie sygnały". Jednak według anonimowych opinii, sankcje, jak dotąd tylko na papierze, okazały się skuteczne, bo "lekarze zrozumieli, że za niesolidarne zachowanie będą przez swoje środowisko napiętnowani".
Lekarzom z regionu łódzkiego, którzy nie wzięli udziału w ogólnopolskich protestach 7 kwietnia, miały grozić restrykcje. O ich formie przesądził wcześniej lokalny samorząd lekarski. Adrianna Sikora, rzecznik prasowy Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi, informowała w kwietniu, że zgodnie z uchwałą izby, lekarze, którzy nie wezmą udziału w proteście, nie będą mogli uczestniczyć w komisjach konkursowych wybierających kandydatów na stanowiska kierownicze, ich postawa zostanie uwzględniona w opiniach wystawianych przez OIL, a ich dane zostaną opublikowane w branżowej gazecie "Panaceum". Informacja o wyłamaniu się z akcji protestacyjnej pojawić się miała także w ich aktach osobowych. Sankcje groziły również lekarzom - dyrektorom i ordynatorom, którzy szykanowaliby pracowników zamierzających wziąć udział w proteście.
Podobne kary groziły na terenie Lubelszczyzny, gdzie lekarze, którzy wyłamali się ze wspólnej akcji mieli być napiętnowani przez izbę lekarską przez upublicznienie ich nazwisk, nazwy zakładu pracy albo wezwanie przed komisję etyki. "Płace lekarzy publicznej służby zdrowia w woj. lubelskim są niegodne wykonywanego zawodu i powołania, dlatego powinnością lekarzy jest udział w proteście na rzecz wzrostu wynagrodzeń. W czasie protestu konieczne jest zapewnienie opieki pacjentom w stanach nagłych i bezpośredniego zagrożenia życia i pogorszenia stanu zdrowia. Spełniając ten warunek, udział w różnych formach protestu ze strajkiem włącznie, należy uznać za zachowanie etyczne" - czytamy w uchwale przyjętej w kwietniu tego roku na Zjeździe Lekarzy w Lublinie. W proteście 7 kwietnia wzięła udział większość lekarzy z województwa lubelskiego, tylko nieliczni się wyłamali.
Cel uświęca środki
Na razie zapowiadana przez samorządy wizja publicznego napiętnowania za niesubordynację nie została zrealizowana. Zastępca naczelnego rzecznika odpowiedzialności zawodowej dr Andrzej Kużawczyk nie słyszał dotąd o żadnej sprawie lekarza, który wyłamałby się ze strajku. "Może i lekarze są trochę stymulowani przez izby, ale nikt nikogo nie karze - deklaruje dr A. Kużawczyk. - Kłócimy się na co dzień, ale nikt innych lekarzy nie piętnuje". Jego zdaniem, dostosowanie się do uchwał korporacji zawodowej jest konieczne, "nawet jeśli ktoś trochę inaczej myśli, tym bardziej, że przecież każdy Polak ma inne zdanie - tłumaczy A. Kużawczyk. - Zresztą w tym przypadku chodzi po prostu o działanie solidarne w stosunku do kolegów, a środowisko lekarskie, wbrew pozorom, jest strasznie niesolidarne".
Rzeczywiście, lekarze nie zawsze działają razem. Zdzisław Szramik, przewodniczący OZZL regionu podkarpackiego narzekał, że do trwających na Podkarpaciu strajków szpitali nie przyłączyły się inne placówki w kraju. Jeszcze bardziej rozżaleni byli lekarze, którzy wzięli udział w internetowej sondzie Pulsu Medycyny. "Nie strajkują ci, którym udało się zapewnić sobie lepsze warunki płacy i pracy, prawie zawsze kosztem innych lekarzy. Powinni być traktowani jak zdrajcy i dezerterzy" - pisali internauci.
Z drugiej strony barykady
Jeszcze na kilka dni przed zapowiadanym na 10 maja protestem, niektóre szpitale, m.in. kilka publicznych szpitali na ląsku, podjęły bezterminowy strajk. Z relacji ich dyrektorów wynikało, że strajki były organizowane chaotycznie, a związkowcy zapominali np. o utworzeniu funduszu strajkowego. Co gorsza, mimo że udział w strajkach, zgodnie z ustawą o rozwiązywaniu sporów zbiorowych (Dz. U. nr 55 poz. 236, 23 maja 1991 r.) jest dobrowolny, dotarły do naszej redakcji sygnały, że niektórych lekarzy zmuszano do strajkowania. "Część lekarzy stosuje terror wobec tych, którzy nie widzą sensu w strajkach. Mówi się im, że zostaną wykluczeni z zespołu, zdarzają się wyzwiska - opowiadał dyrektor jednego ze śląskich szpitali. - Część oddziałów w całości odstąpiła od strajku, ale są też takie oddziały, gdzie tylko pojedynczy lekarze nie chcą strajkować, tam jest najgorzej".
Dr Maciej Niwiński, przewodniczący OZZL regionu śląskiego, w rozmowie z Pulsem Medycyny bagatelizował takie doniesienia. "Każdy robi to, co chce. Każdy podejmuje indywidualnie decyzję. U mnie, w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Tychach strajkują wszyscy lekarze" - tłumaczył M. Niwiński. Jednak z relacji dyrektorów wynika, że było inaczej.
"Biorą górę emocje. Pracownicy działają w poczuciu misji, wyznaczonej w centralach związkowych i nie przemawiają do nich żadne racjonalne argumenty, choćby ten, że strajkująca placówka traci nawet 200 tys. zł dziennie" - tłumaczył jeden z dyrektorów. Zdesperowani menedżerowie krytykowali także rolę, jaką odgrywają w przedłużającej się akcji protestacyjnej izby lekarskie. Kiedy samorząd lekarski obliguje lekarzy do wzięcia udziału w protestach, nadużywa zapisanej w Kodeksie etyki lekarskiej zasady obowiązkowego dostosowania się do uchwał okręgowych izb lekarskich, twierdzą dyrektorzy.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska