Pacjenci wyleczą szpitale
Pacjenci wyleczą szpitale
Ostrzej, ale bez skalpela: Średniowieczne sądy boże (ordalia) opierały się na przeświadczeniu, że Bóg nie dopuści do krzywdy niewinnego.
W przypadku przeprowadzenia sądu bożego nie prowadzono już dalszego postępowania dowodowego, gdyż… stanowiłoby to obrazę woli bożej. Ówcześni ludzie wymyślili sobie taki właśnie sposób dochodzenia sprawiedliwości. Na pewno lepszy od zemsty rodowej. Ale na pewno gorszy niż dzisiejsze badania genetyczne, rezonans magnetyczny i cały bogaty arsenał medycyny XXI wieku.
Rekordowe odszkodowanie dla pacjentki za zakażenie salmonellą, błędy przy zabiegach i przeprowadzenie niektórych z nich bez jej zgody ma kosztować jeden ze stołecznych szpitali aż cztery miliony złotych. Do tej pory zasądzano z reguły kwoty kilkudziesięciotysięczne. Sędziowie byli wyczuleni, żeby zadośćuczynienie spełniało postulat sprawiedliwości, czyli przyznana suma pieniężna nie odbiegała rażąco od sum przyznawanych w podobnych sytuacjach przez inne sądy. A tu co? Pokrzywdzony Kowalski nie może na ogół liczyć nawet na 10 proc. takiej sumy.
Czy ten wyrok przyczyni się do istotnej poprawy opieki medycznej w Polsce — zastanawiają się lekarze, którzy gromko domagają się światowych standardów, zamiast dziadowania w szpitalach na czym tylko się da. Czy ten wyrok wyznaczy kierunek praktyki w zasądzaniu zadośćuczynień w polskich sądach — zachodzi w głowę niemal cała polska palestra.
Jeśli w pozwanym szpitalu był brud i możliwość zarażenia salmonellą, a szpital w istotnym stopniu przyczynił się do uczynienia pacjentki kaleką, to dobitnie dowodzi, że mamy do czynienia z problemem systemowym, a nie wyjątkowym wypadkiem przy pracy. O ile prywatne przychodnie i kliniki uderzają niemal sterylną czystością i świeżością, o tyle szpitale publiczne sprawiają wewnątrz wrażenie, jakby farby i mydło były na kartki. Sprawy sądowe o błędy medyczne nie wywierały dotychczas spodziewanego wrażenia na szpitalach. Bo nawet tych skromnych odszkodowań szpitale nie wypłaciły pacjentom z własnych środków. Płacą je ich ubezpieczyciele, a szpitale ponoszą koszty polis, zresztą na tyle niskie, że w efekcie utwierdzają się w bezkarności i rozzuchwaleniu.
Prawnicy nie ukrywają, że sprawy o odszkodowania za błędy medyczne należą do najtrudniejszych dowodowo, są bardzo kosztowne i łączą się z wysokim ryzykiem przegranej, a sam proces może ciągnąć się wiele lat. Ale pacjenci nie dają za wygraną. Zachęcają ich młodzi i krewcy adwokaci, liczący na zawodowy i finansowy sukces. Zgrabnie napisany pozew, skarga do izby lekarskiej czy doniesienie do prasy to przecież nierzadko dzieło zawistnych i zazdrosnych lekarzy z tego samego miasta. Co trzeci polski pacjent poczuł się ofiarą błędu medycznego bądź przynajmniej uchybienia, niedopatrzenia, zaniechania, niekompetencji lekarza lub przedmiotowego traktowania.
Wokandy sądowe są zakorkowane natłokiem spraw. Szybką ścieżką miały być wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych. To niby sprawdzone rozwiązanie rodem ze Szwecji. Komisje powstały jako forma pozasądowego rozstrzygania sporów — tańsza i krótsza niż proces w sądzie. Zamiast latami czekać na odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu, wystarczy odżałować 200 złotych i złożyć wniosek o ustalenie zdarzenia medycznego. Biuro Rzecznika Praw Pacjenta opracowało nawet dostępną w Internecie ulotkę pt. „Niezbędnik dla wnioskodawców”.
Tymczasem rekrutacja lekarzy do tych komisji w 2012 roku przypominała łapankę.Niektóre izby lekarskie wręcz odmówiły wytypowania swych przedstawicieli do tych instancji. Bo ostatnią rzeczą, na której mogłoby zależeć lekarzom, jest konflikt z pacjentem. Zapomniano przez chwilę, że fachowców do tej roboty werbuje się dyskretnie i przy okazji nie robi się z nich wariata. Dopiero wtedy można łowić najlepszych. Za chwilę komisje mają być podobno liczniejsze, sprawniej formować czteroosobowe składy orzekające i dzięki temu szybciej orzekać. Stosowną nowelizację ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta przygotowuje Ministerstwo Zdrowia. Na razie wciąż jedna trzecia skarżących odrzuca propozycje szpitali oraz ich ubezpieczycieli i kieruje sprawę do sądu. Sprawy w wojewódzkich komisjach pacjenci traktują jako sondaż swoich szans na ewentualną wygraną.
Kwoty są uznaniowe. To taki pstryczek spod dużego palca, który ma służyć za alibi dziadostwa, a nie pomagać modernizacji polskiej medycyny. Zawsze znajduje się ktoś, kto za cenę pozostania na wysokim stanowisku okraszonym gażą, bieżącymi wpływami i realną perspektywą dalszej kariery, publicznie oświadczy, że to wszystko to tylko insynuacja i spisek. Szpitale nierzadko, broniąc dla zasady swojej nadwątlonej reputacji, nie chcą oddać nawet przysłowiowego guzika. Dyrektor woli, by sprawa została rozstrzygnięta przez sąd. Wyrok daje mu tytuł do wypłaty, nikt nie oskarży go o niegospodarność. Ubezpieczyciele, dla świętego spokoju sami proponują, ile by chcieli dać skarżącym. Nie ma przecież minimalnej kwoty, istnieje tylko maksymalna — 300 tysięcy zł. Najwyższe odszkodowanie, które zaoferowano na Mazowszu, to 80 tys. zł za śmierć bliskiego.
Polska Federacja Szpitali postuluje likwidację wojewódzkich komisji i usprawnienie działania systemu opartego na ubezpieczeniach od odpowiedzialności cywilnej. Zdaniem jej liderów, koszty komisji, sięgające nawet kilkuset milionów złotych, nijak się mają do ich społecznego dorobku. „Szybka ścieżka” nie ociera łez pacjentom ani nie pomaga szpitalom. Przeszczepienie systemu skandynawskiego — w którym instytucje odpowiadające komisjom praktycznie eliminują postępowania przed sądami, a przy tym zapewnione jest odpowiednie finansowanie, z powodzeniem wystarczające na wykup polis ubezpieczeniowych, a co za tym idzie wypłatę roszczeń — w Polsce nie udało się. Bo to jeszcze nie ta sama liga, wspólna dla prawników, ubezpieczycieli, lekarzy i ich pacjentów.
[email protected]
Ostrzej, ale bez skalpela: Średniowieczne sądy boże (ordalia) opierały się na przeświadczeniu, że Bóg nie dopuści do krzywdy niewinnego.
W przypadku przeprowadzenia sądu bożego nie prowadzono już dalszego postępowania dowodowego, gdyż… stanowiłoby to obrazę woli bożej. Ówcześni ludzie wymyślili sobie taki właśnie sposób dochodzenia sprawiedliwości. Na pewno lepszy od zemsty rodowej. Ale na pewno gorszy niż dzisiejsze badania genetyczne, rezonans magnetyczny i cały bogaty arsenał medycyny XXI wieku. Rekordowe odszkodowanie dla pacjentki za zakażenie salmonellą, błędy przy zabiegach i przeprowadzenie niektórych z nich bez jej zgody ma kosztować jeden ze stołecznych szpitali aż cztery miliony złotych. Do tej pory zasądzano z reguły kwoty kilkudziesięciotysięczne. Sędziowie byli wyczuleni, żeby zadośćuczynienie spełniało postulat sprawiedliwości, czyli przyznana suma pieniężna nie odbiegała rażąco od sum przyznawanych w podobnych sytuacjach przez inne sądy. A tu co? Pokrzywdzony Kowalski nie może na ogół liczyć nawet na 10 proc. takiej sumy.Czy ten wyrok przyczyni się do istotnej poprawy opieki medycznej w Polsce — zastanawiają się lekarze, którzy gromko domagają się światowych standardów, zamiast dziadowania w szpitalach na czym tylko się da. Czy ten wyrok wyznaczy kierunek praktyki w zasądzaniu zadośćuczynień w polskich sądach — zachodzi w głowę niemal cała polska palestra.Jeśli w pozwanym szpitalu był brud i możliwość zarażenia salmonellą, a szpital w istotnym stopniu przyczynił się do uczynienia pacjentki kaleką, to dobitnie dowodzi, że mamy do czynienia z problemem systemowym, a nie wyjątkowym wypadkiem przy pracy. O ile prywatne przychodnie i kliniki uderzają niemal sterylną czystością i świeżością, o tyle szpitale publiczne sprawiają wewnątrz wrażenie, jakby farby i mydło były na kartki. Sprawy sądowe o błędy medyczne nie wywierały dotychczas spodziewanego wrażenia na szpitalach. Bo nawet tych skromnych odszkodowań szpitale nie wypłaciły pacjentom z własnych środków. Płacą je ich ubezpieczyciele, a szpitale ponoszą koszty polis, zresztą na tyle niskie, że w efekcie utwierdzają się w bezkarności i rozzuchwaleniu. Prawnicy nie ukrywają, że sprawy o odszkodowania za błędy medyczne należą do najtrudniejszych dowodowo, są bardzo kosztowne i łączą się z wysokim ryzykiem przegranej, a sam proces może ciągnąć się wiele lat. Ale pacjenci nie dają za wygraną. Zachęcają ich młodzi i krewcy adwokaci, liczący na zawodowy i finansowy sukces. Zgrabnie napisany pozew, skarga do izby lekarskiej czy doniesienie do prasy to przecież nierzadko dzieło zawistnych i zazdrosnych lekarzy z tego samego miasta. Co trzeci polski pacjent poczuł się ofiarą błędu medycznego bądź przynajmniej uchybienia, niedopatrzenia, zaniechania, niekompetencji lekarza lub przedmiotowego traktowania. Wokandy sądowe są zakorkowane natłokiem spraw. Szybką ścieżką miały być wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych. To niby sprawdzone rozwiązanie rodem ze Szwecji. Komisje powstały jako forma pozasądowego rozstrzygania sporów — tańsza i krótsza niż proces w sądzie. Zamiast latami czekać na odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu, wystarczy odżałować 200 złotych i złożyć wniosek o ustalenie zdarzenia medycznego. Biuro Rzecznika Praw Pacjenta opracowało nawet dostępną w Internecie ulotkę pt. „Niezbędnik dla wnioskodawców”.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach