Lekarze w wyborach parlamentarnych
Wśród tegorocznych kandydatów na posłów jest niewielu lekarzy. Tym ciekawsza wydaje się ich odpowiedź na pytanie, do jakich zmian w systemie ochrony zdrowia będą dążyć w parlamencie. Czy uda im się stworzyć skuteczne, ponadpartyjne lekarskie lobby?
"Lekarze muszą się porozumieć, aby reforma miała sens, inaczej będzie to tylko walka na programy" - uważa Mieczysław Walkiewicz, 56 lat, dr n. med., internista, specjalista z zakresu rehabilitacji medycznej, ordynator Oddziału Rehabilitacji Kardiologicznej i dyrektor ZOZ-u w Głuchołazach na Opolszczyźnie, startujący z listy Prawa i Sprawiedliwości. Podobnie Bartosz Arłukowicz, 34 lata, lekarz pediatra z I Kliniki Chorób Dzieci Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, startujący z listy SDPL, nie wyobraża sobie, aby lekarze z różnych partii politycznych się nie porozumieli. "W Komisji Zdrowia w Radzie Miasta Szczecina, którą zarządzam, udało mi się pogodzić poglądy radnych - tłumaczy B. Arłukowicz. - Wystarczy stawiać przed nimi konkretne zadania". Poglądy na to, jakie powinny być najpilniejsze zadania nowych posłów, są jednak bardzo różne, a zdarza się, że wykraczają poza ramy oficjalnych programów ich partii.
Więcej rynku
Daniel Miklasiński, 59 lat, ordynator Oddziału Chirurgii Dziecięcej w Centrum Pediatrii im. Jana Pawła II w Sosnowcu, startujący z listy Platformy Obywatelskiej, jako poseł chciałby utworzenia regionalnych kas chorych (wzorem jest dla niego dawna śląska kasa chorych) i wprowadzenia na rynek prywatnych ubezpieczycieli, którzy przełamią dotychczasowy monopol NFZ. "Trzeba odejść od centralizacji i mimo że będzie to politycznie trudne, konieczne jest stworzenie koszyka świadczeń gwarantowanych" - przekonuje D. Miklasiński.
M. Walkiewicz z PiS, uważa, że ochrona zdrowia w Polsce wyjdzie z zapaści, spowodowanej, jego zdaniem, upolitycznieniem jej finansowania, tylko pod warunkiem uwolnienia rynku ubezpieczeń zdrowotnych. "Obywatele muszą mieć prawo zainwestować swoje pieniądze tam, gdzie chcą, a dotąd było to niemożliwe" - argumentuje M. Walkiewicz. Na przykład świadczenia wysokospecjalistyczne, spoza katalogu usług bezpłatnych, powinny być finansowane z prywatnych ubezpieczeń. Choć B. Arłukowicz chce zachowania NFZ, to opowiada się również za dopuszczeniem prywatnych ubezpieczycieli do rynku świadczeń medycznych. W parlamencie B. Arłukowicz próbowałby jednak dążyć do zmian w ustawie o NFZ, tak aby wyrównać podział publicznych środków finansowych na województwa. Uważa, że powinien on zależeć od jakości zdrowia i liczby usługobiorców, a nie od liczby szpitali w regionie, tych ostatnich jest zresztą, jego zdaniem, zbyt wiele.
Altruiści
Kandydaci, z którymi rozmawiał Puls Medycyny, raczej bagatelizowali finansowe korzyści związane z karierą posła. "Mam odchowane dzieci, mieszkam w domu po dziadkach, a jeśli przegram wybory, to mam zawód, do którego mogę wrócić" - tłumaczył m.in. D. Miklasiński, zapewniając, że ewentualne wejście do Sejmu nie jest dla niego sposobem na dorobienie się. Czy nasi rozmówcy byli szczerzy? Jak wynika z opublikowanej w poprzednim numerze gazety iisty płac w ochronie zdrowia, poseł, który zrezygnuje z pracy zawodowej i poświęci się tylko pracy parlamentarnej, może zarobić ponad 11 tys. zł brutto miesięcznie (do tego dochodzą diety oraz środki na pokrycie kosztów prowadzenia biura). Aby osiągnąć podobne dochody, lekarz z II stopniem specjalizacji musiałby pracować w kilku miejscach, otrzymywać honoraria autorskie i okazjonalnie granty naukowe. Poziom uposażeń posłów powinien więc być skuteczną zachętą do pracy. Czy tak będzie, przekonamy się po wyborach.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska