Lekarska jazda pod prąd
Lekarska jazda pod prąd
Ostrzej, ale bez skalpela: Większość lekarzy nie lubi dziennikarzy, boi się mediów, bo nie rozumie ich istoty i nie zna swoich praw.
Na studiach lekarskich nie uczy się zasad ani technik pracy z mediami. A szkoda, bo to zawód na wskroś medialny! Wśród lekarzy panuje wszechogarniające przekonanie o spisku, nieustannej nagonce i zmowie mediów przeciwko nim. Zamiast praktycznych warsztatów dla lekarzy, izby lekarskie wydają z siebie pełne świętego oburzenia akty strzeliste, które po chwili lądują w śmietnikach ich adwersarzy. Obmyśla się nawet długofalowe strategie za ciężkie pieniądze z udziałem agencji PR, które wizerunek lekarzy mają ocieplić.

Kontakt z mediami — chciany i niechciany — może dotyczyć każdego lekarza. Również tego, który pracuje w małej przychodni pod Puławami i tego, który leczy celebrytów, polityków i biznesmenów. W kilka minut lekarz może stać się bohaterem (pozytywnym, choć coraz częściej negatywnym) mediów wirtualnych i papierowych. Na zderzenie z dziennikarzami warto się więc przygotować.
Pierwszego guza nabijamy sobie podczas identyfikacji dziennikarza. Kto to jest, jak go sprawdzić? Bo przecież nie wiemy, że dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, nie tylko pozostająca w stosunku pracy z redakcją, ale również zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji. Czyli praktycznie dziennikarzem może być każdy. Żaden dyrektor nam tego nie powiedział!
Największe emocje budzi w wielu lekarskich umysłach dylemat: czy z prasą w ogóle należy rozmawiać. Największą naiwnością jest przekonanie, że jeśli nic nie powiem dziennikarzom, to oni nic o mnie i o nas nie napiszą. Lekarze nie domyślają się, że reporter radiowy często zna już odpowiedzi na pytania, które za chwilę zada lekarzowi czy dyrektorowi szpitala. Jedyne, na czym mu tak naprawdę zależy to, by tę odpowiedź włożyć w usta swojego rozmówcy. Odmowę odpowiedzi na kłopotliwe pytanie dziennikarz może skwitować notatką: pan doktor powiedział, że nic nie powie — czyli ma coś bardzo istotnego do ukrycia przed opinią publiczną. Swoje zdecydowanie i nieustępliwość dziennikarze górnolotnie tłumaczą swoją epokową misją umożliwiania obywatelom udziału w debacie publicznej.
Młodzi lekarze z powiatowych szpitali najczęściej pytają mnie, czy muszą odpowiadać na pilne telefony z redakcji. Bez wahania odpowiadam, że nie. Ale po chwili proszę ich o refleksję, czy nie warto by uspokoić opinii publicznej, mówiąc co się dzieje z siedmioma ofiarami masowego wypadku drogowego, które przed godziną przywieziono do szpitala. Dziennikarze i tak się dowiedzą, często od osób mniej kompetentnych niż lekarze. Tymczasem nieprecyzyjna informacja zaczyna cieszyć się własnym życiem. A przecież dwa mądre zdania lekarza wypowiedziane przed kamerą mogły zadziałać na nią z siłą pastylki poronnej.
Z mocy prawa prasowego — informacji w imieniu jednostek organizacyjnych są obowiązani udzielać: kierownicy tych jednostek, ich zastępcy, rzecznicy prasowi lub inne upoważnione osoby, w granicach powierzonych im w tym zakresie obowiązków. Oni muszą, ale inni również mogą. I wtedy się zaczynają schody.
Niektórzy dyrektorzy szpitali — w rozkwicie swojej nieomylności i niedostatku pokory — zapominają lub świadomie lekceważą obowiązek umożliwiania dziennikarzom nawiązania kontaktu z pracownikami oraz swobodne zbieranie wśród nich informacji i opinii. Ignorancja i arogancja to dwie nierozłączne siostrzyce — jak mawiał już w XVI wieku Giordano Bruno. A dziś jest niewiele lepiej. Panowie i panie na dyrektorskich fotelach ośmielają się zakazywać swoim pracownikom kontaktów z mediami pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych. W jednym z lubelskich szpitali ma to być nawet bezpieczną kładką do realizacji decyzji o organizacyjnej fuzji dwóch lecznic.
„Wolność udzielania informacji jest częścią wolności sumienia, wolności wyrażania poglądów i wolności prasy. Każdemu wolno udzielać prasie informacji w zakresie nienaruszającym prawa, co wyklucza wydawanie zakazów kontaktów z prasą. W stosunkach pracowniczych zdarza się, że pracodawca lub przełożony w klinice zakazuje pracownikom wypowiedzi do prasy na tematy dotyczące zatrudnienia, kondycji zakładu, stosunków tam panujących. Takie zakazy są bezprawne” — ostrzega prof. Ewa Ferenc-Szydełko z Uniwersytetu Opolskiego.
Nie mam dobrych wiadomości dla entuzjastycznych reformatorów ochrony zdrowia, chronionych partyjnymi układami i koalicyjnymi umowami, którzy za narzędzie realizacji swoich planów przyjmują tłumienie krytyki prasowej. Przypomnę tylko, że art. 44 prawa prasowego przewiduje za to grzywnę albo karę ograniczenia wolności. Co więcej, tej samej karze podlega, kto nadużywając swego stanowiska lub funkcji działa na szkodę innej osoby z powodu krytyki prasowej, opublikowanej w społecznie uzasadnionym interesie.
Tłumienie krytyki ma krótkie nogi. Owszem, wywiera wrażenie na ludziach nieświadomych i zalęknionych. Pamiętamy, że kłopoty byłego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego nasiliły się po wydarzeniach w jednej z warszawskich restauracji, gdzie fotoreporter robiący zdjęcia ministrowi i jego współbiesiadnikom, pomawianym tu i ówdzie o protekcjonizm, został napadnięty i pobity. Rzekomo z inspiracji ówczesnego ministra. Fotoreporterowi udało się ocalić zdjęcia. „To jest skandaliczne, nie mam innego słowa” — komentował zdarzenie ówczesny premier Leszek Miller. Każda osoba publiczna musi z góry założyć, że będzie przedmiotem zainteresowania.
Jestem pewien, że wśród lekarzy i pielęgniarek są ludzie odważni. Dzięki nim dyskurs publiczny staje się pełniejszy, bogatszy i mniej zamazany. Każdy obywatel, zgodnie z zasadą wolności słowa i prawem do krytyki, może udzielać informacji prasie. Nikt nie może być narażony na uszczerbek lub zarzut z powodu udzielenia informacji prasie, jeżeli działał w granicach dozwolonych prawem. A jeśli komuś włos z głowy spadnie — jestem do dyspozycji.
"Ostrzej, ale bez skalpela" - CYKL FELIETONÓW MARKA STANKIEWICZ
Ostrzej, ale bez skalpela: Większość lekarzy nie lubi dziennikarzy, boi się mediów, bo nie rozumie ich istoty i nie zna swoich praw.
Na studiach lekarskich nie uczy się zasad ani technik pracy z mediami. A szkoda, bo to zawód na wskroś medialny! Wśród lekarzy panuje wszechogarniające przekonanie o spisku, nieustannej nagonce i zmowie mediów przeciwko nim. Zamiast praktycznych warsztatów dla lekarzy, izby lekarskie wydają z siebie pełne świętego oburzenia akty strzeliste, które po chwili lądują w śmietnikach ich adwersarzy. Obmyśla się nawet długofalowe strategie za ciężkie pieniądze z udziałem agencji PR, które wizerunek lekarzy mają ocieplić.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach