Kardiochirurgia na światowym poziomie, ale z polskimi problemami
Postęp kardiologii interwencyjnej, o czym pisaliśmy w poprzednim numerze Pulsu Medycyny, jest imponujący. Jednym z powodów jest fakt, że obecnie szpitalowi specjalistycznemu opłaca się - i to nie tylko z medycznego, ale i ekonomicznego punktu widzenia - posiadać nowoczesny oddział kardiologiczny z pracownią hemodynamiczną, najlepiej dyżurującą całą dobę.
Pierwsze efekty inwestowania
W 2002 roku w Polsce wykonano ogółem 19 829 operacji serca. Dla porównania: w roku 2000 było ich 16 918. Główną przyczyną wzrostu liczby operacji (zwłaszcza wieńcowych) było szybko rosnące zapotrzebowanie w następstwie znacznego zwiększenia liczby wykonywanych koronarografii w naszym kraju (z 27,5 tys. w roku 1996 do ponad 87 tys. w roku 2002). Oznacza to, że dopiero w latach 1999-2002 zaczęto tworzyć warunki, aby chory z chorobą wieńcową i zagrażającym zawałem mógł łatwiej niż kiedykolwiek przedtem dotrzeć nie tylko do akademickich, ale przede wszystkim do regionalnych ośrodków kardiologicznych wykonujących diagnostykę inwazyjną. Takie ośrodki powstały w ostatnich trzech latach w Lubinie, Jeleniej Górze, Wałbrzychu, Rzeszowie, Olsztynie, Kielcach, Toruniu, Słupsku, Łomży.
Procedury kardiologiczne (koronarografia, koronaroplastyka), opłacane przez Ministerstwo Zdrowia, w połączeniu z uzupełniającymi programami kardiologicznymi wielu regionalnych kas chorych, zaczęły więc wreszcie przynosić efekty.
Duże ryzyko, małe pieniądze
"Najważniejsze w tym wszystkim wydają się być nawet nie tyle doświadczenie lekarzy czy analiza medyczno-ekonomiczna, ale rozwiązania systemowe" - uważa prof. Marian Zembala, dyrektor ląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.
To wszystko nie oznacza jednak, że nie ma trudności i obaw o przyszłość. Kłopotów jest sporo. Wciąż obowiązuje tzw. urawniłowka. ?Niektórzy powinni w końcu zrozumieć, że kardiochirurg nie będzie pracował za 800 zł od godziny 7 do 20. Aby zapewnić rozwój placówki, musi być wprowadzona płatność zadaniowa (za każdy zabieg). I nie można płacić za chorych z grupy małego, średniego ryzyka tak samo jak za chorych trudnych czy bardzo trudnych. Bo to powoduje sytuacje, w których ośrodki kardiochirurgiczne pod różnymi pretekstami nie przyjmują chorych z grupy bardzo dużego ryzyka, bojąc się o wynik leczenia i jego wysokie koszty" - uważa prof. M. Zembala.
Winne jest temu po części znaczne niedoszacowanie przez kasy chorych cen jednostkowych za operacje: rozpiętość ceny za jedną operację wieńcową w 2002 roku wynosiła od 8100 do 14 500 złotych.
Choć operacji wieńcowych wykonuje się w naszym kraju coraz więcej, do osiągnięcia europejskiego poziomu nieco jeszcze brakuje. Tymczasem możliwości zwiększenia liczby zabiegów zależą od liczby sal operacyjnych (52), łóżek pooperacyjnych (269) i samodzielnie operujących chirurgów. ?Fakt, że na jednej sali operacyjnej wykonano w roku 2002 aż 357 operacji jest świadectwem dużego wysiłku zespołów kardiochirurgów, anestezjologów i całego personelu medycznego. Czasem jednak trudno rozwijać kardiochirurgię codziennie pertraktując o przydział sprzętu do każdego zabiegu, począwszy od niezbędnego siarczanu protaminy. A to niestety wciąż się zdarza" - mówi prof. M. Zembala.
Jednak nie zawsze o trudnej sytuacji decydują czynniki zewnętrzne. Czasem to słabość organizacyjna i finansowa utrudnia lub wręcz uniemożliwia rozwój ośrodka (jak np. konflikt pomiędzy ordynatorem oddziału a dyrekcją szpitala w Białymstoku, we Wrocławiu zaś potężne zadłużenie szpitala).
Istnieją także powody do obaw o przyszłość. W większości oddziałów poziom kontraktowania operacji kardiochirurgicznych na rok 2003 jest znacznie niższy niż oczekiwano. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać - natychmiast pogorszyło to dostęp chorych do najlepszych ośrodków kardiochirurgicznych.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka