Jestem przede wszystkim naukowcem
Jestem przede wszystkim naukowcem
- Monika Wysocka
Z prof. Jackiem Jassemem, numerem 1 na liście 100 najbardziej wpływowych osób w polskim systemie ochrony zdrowia, rozmawia Monika Wysocka.
Ostatnie miesiące spędził pan wyjątkowo aktywnie, czym się pan zajmował?
To był w Polsce rok onkologii. W czerwcu zakończyłem czteroletnią kadencję przewodniczenia Polskiemu Towarzystwu Onkologicznemu. Już na początku kadencji za główny cel postawiłem sobie podniesienie rangi polskiej onkologii. Udało mi się zmobilizować środowisko, żeby podjąć takie wyzwanie i w jakiś sposób przekonać tych, którzy podejmują decyzje, że to jest naprawdę bardzo ważny problem. Onkologia w Polsce była latami zaniedbywana, na co są dowody choćby w odsetkach pięcioletnich przeżyć. Polska medycyna notuje sukcesy w wielu dziedzinach — możemy być dumni np. z transplantologii, z kardiologii, w których nie odstajemy od Europy. Natomiast w onkologii różnica w odniesieniu do średniej unijnej była bardzo duża i niestety nie zmniejszała się.
Z czego to wynika, przecież mamy wielu wspaniałych onkologów?
To nie tylko kwestia braku pieniędzy i złej organizacji systemu. Na onkologię trzeba patrzeć szerzej. Wiele osób rozumie ją jako działalność leczniczą, czyli naprawczą, a w onkologii wyjątkowo dużo można zrobić w dziedzinie zapobiegania, edukacji społeczeństwa, rozwoju nauki, poprawy jakości szkolenia zawodowego, czyli szeroko pojętego zdrowia publicznego. Dlatego duży nacisk położyliśmy na te właśnie elementy. Największym i trwałym osiągnięciem mojej kadencji, które, mam nadzieję, moi następcy będą rozwijać, było opracowanie dokumentu pt. „Strategia Walki z Rakiem w Polsce 2015-2024”. To była wielka, oddolna inicjatywa, w której wzięło udział około 200 osób pracujących społecznie w 10 grupach roboczych. Mieliśmy do pomocy jedną z najlepszych na świecie firm doradczych (PwC) oraz bardzo profesjonalne warszawskie biuro (Primum PR), które zarządzało całym projektem. Dzięki temu udało się ukończyć ten dokument bardzo szybko, bo zaledwie w ciągu kilku miesięcy. Myślę, że to jest dobra okazja, aby tym wszystkim osobom jeszcze raz bardzo podziękować.
Przygotowania do tego projektu poprzedziły kilkuletnie prace studyjne pod hasłem „Czas na onkologię”, trwające praktycznie przez całą moją kadencję. Sprawa stała się głośna, gdy w grudniu ubiegłego roku, jako szef PTO, wysłałem utrzymany w dość dramatycznym tonie list do premiera, prezydenta i ministra zdrowia, w którym to liście poprosiłem o zniesienie limitów w onkologii. To jest coś strasznego, kiedy mówimy choremu, że ma nowotwór i każemy mu czekać na diagnostykę czy leczenie. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, co to oznacza. Dlatego limity w polskiej onkologii uważam za coś kuriozalnego. W cywilizowanych krajach na leczenie nowotworów się nie czeka, państwo podejmuje wysiłek, żeby do tego nie dopuścić. Co ważne, w liście zadeklarowaliśmy współpracę w rozwiązaniu tego problemu i zaanonsowaliśmy prace nad naszą strategią.
Wysłanie tego listu zbiegło się z „mission impossible”, jaką premier wyznaczył ministrowi zdrowia, czyli skróceniem kolejek. Był to więc najbardziej odpowiedni moment. Równocześnie otrzymaliśmy od premiera Donalda Tuska silne wsparcie i patronat nad naszymi działaniami. Chciałbym jednak wyraźnie oddzielić przygotowaną przez nas Strategię od działań Ministerstwa Zdrowia, które stworzyło pakiet onkologiczny, stanowiący niewielki wycinek tego, co znajduje się w Strategii. Niezależnie od tego, w pakiecie jest kilka dość kontrowersyjnych rozwiązań, pod którymi my się nie podpisujemy (np. idea wielostronicowej karty diagnostyki i leczenia onkologicznego, którą mają wypełniać zapracowani lekarze poz). Podkreślam to, bo wiele osób łączy te dwie sprawy i dziwi się, że takie rozwiązania mogły powstać w środowisku onkologicznym.
Co będzie dalej ze Strategią?
Mam nadzieję, że moi następcy dopilnują, aby została wdrożona. Wprawdzie zakończyłem swoją kadencję, ale będę nadal w tym pomagał. Nie chciałbym, żeby ten wielki wysiłek został zmarnowany. Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, który nie posiada kompleksowej strategii walki z rakiem. Jest to zresztą naprawdę dobry dokument, dostał bardzo dobre recenzje za granicą. Ale to musi być oficjalny dokument rządowy, a nie społeczny. W ostatniej fazie prac uczestniczyło dwóch wiceministrów zdrowia i prezes NFZ. To jedno z najważniejszych zadań prozdrowotnych w Polsce, o randze przekraczającej działania jednego ministerstwa. Obiecano nam, że będą uzgodnienia międzyresortowe, bo w tej sprawie wypowiedzieć się muszą m.in. ministrowie edukacji, spraw społecznych, nauki, finansów.
A jak się ma do tego Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych?
Ten program kończy się w przyszłym roku i zabiegamy o jego kontynuację. Chcielibyśmy uniknąć ewidentnych niedoskonałości obecnego programu, które były wielokrotnie krytykowane. On odegrał kapitalną rolę we wspomaganiu pewnych obszarów onkologii i trzeba to docenić, ale można było lepiej wykorzystać przeznaczone na niego środki. Pamiętajmy jednak, że to nie była strategia, lecz program pomocowy. Wybrano kilka zagadnień, które wymagały wsparcia finansowego. Pozwoliło to między innymi znacznie poprawić jakość radioterapii oraz rozpocząć masowe badania przesiewowe. Nie wyobrażam sobie, że można by go zaniechać w najbliższych latach, ponieważ mamy w tej dziedzinie bardzo dużo do zrobienia i dodatkowe środki są absolutnie niezbędne. Ważne jest jednak, aby stał się on integralnym elementem naszej Strategii.
Jak pan ocenia okres działania na stanowisku prezesa PTO?
To był dla mnie trudny czas. Wcześniej przez wiele lat bardzo intensywnie działałem w różnych międzynarodowych towarzystwach i organizacjach, pełniąc zaszczytne funkcje, będąc dumnym, że mogę reprezentować polską onkologię na arenie międzynarodowej. Kiedy zostałem szefem PTO, starałem się zawiesić tę działalność, aby skupić się na sprawach krajowych. Ale bycie szefem dużego towarzystwa naukowego i łączenie tego z codziennymi obowiązkami nauczyciela akademickiego i lekarza naprawdę jest wyzwaniem. Pracowałem bardzo intensywnie w dwójnasób, a nawet w trójnasób, nie oszczędzałem się. To był bardzo intensywny okres mojego życia, ale mam poczucie, że nie został stracony.
Znany jest pan z tego, że dużo podróżuje i często są to podróże ekstremalne… Czy w tym natłoku zajęć udało się znaleźć czas na urlop?
Właśnie niedawno wróciłem z Indonezji. Co roku wyjeżdżam gdzieś daleko. To mój sposób na „resetowanie się”. Przy moim trybie życia taki 2-3-tygodniowy wyjazd na koniec świata z przyjaciółmi jest czymś niezwykle „oczyszczającym”. To są męskie wypady, bo to podróże związane z niewygodami, wręcz survivalowe. To, że odrywam się od wszystkiego, spędzam np. kilka dni na tratwie na Syberii lub na afrykańskiej pustyni, bez kontaktu z cywilizacją, pozwala mi zapomnieć o tych wszystkich problemach, z którymi borykam się na co dzień. To bardzo dobrze robi na psychikę, dodaje nowych sił do działania. Bardzo to sobie cenię. Ale niezależnie od tego, takie wyjazdy bardzo wzbogacają mnie wewnętrznie. Poznałem prawie cały świat, różne kultury, kuchnie, zwyczaje, jestem „światoholikiem”, mam wszędzie na świecie znajomych, przyjaciół.
Nie myślał pan, żeby napisać o tym książkę? Jestem przekonana, że byłoby to coś wyjątkowego.
Mam kilka pomysłów na książki, ale na razie nie starcza mi na to czasu. Mam jeszcze przed sobą wiele do zrobienia, może za parę lat zajmę się taką właśnie twórczością.
Jak rodzina przyjmuje tak ogromne pana zaangażowanie w sprawy zawodowe?
Mam bardzo wyrozumiałą żonę, ona też jest profesorem medycyny i bardzo intensywnie pracuje. Zawsze się wspieraliśmy i nigdy nie usłyszałem wyrzutów, że za dużo zajmuję się sprawami zawodowymi czy publicznymi, a za mało domem. Moje dzieci, a mam ich trójkę, są już dorosłe i nie trzeba się nimi zajmować. Natomiast mam czworo wnuków, w tym dwoje w Gdańsku, a dwoje za granicą, i przynajmniej z tymi gdańskimi staram się spędzać trochę czasu. Chwytam te wolne chwile i staram się być dobrym dziadkiem. Myślę, że moi bliscy nie mają do mnie pretensji, że ich zaniedbuję, bo poświęcam im tyle czasu, ile mogę, i oni to widzą.
Czy jest jakaś szansa, że teraz będzie tego czasu więcej?
Na razie nie. Po prostu jedne rzeczy się kończą i natychmiast zaczynają inne. Już sobie obiecałem, że nie będę brał na siebie nowych obowiązków, angażował się w nowe sprawy, ale… właśnie zostałem wybrany do zarządu European Society for Medical Oncology (ESMO). Mój przyjaciel jest prezydentem tego towarzystwa i tak jakoś nie wypadało mi odmówić. A poza tym nikt z Polski nigdy nie był w tym zaszczytnym gronie, więc zgodziłem się, bo chcę, żeby Polska była widoczna za granicą. Mamy wielu bardzo wartościowych ludzi, którzy nadal są trochę w cieniu światowej onkologii. Dlatego zawsze, gdy to możliwe, staram się promować Polaków i mam ogromną satysfakcję, kiedy słyszę, że ci ludzie rzeczywiście zostali w ten sposób „odkryci”. Mam też ogromną satysfakcję z moich wychowanków, którzy zrobili międzynarodową karierę i jeśli okaże się, że przerośli mnie, jako swojego nauczyciela, będę bardzo szczęśliwy.
Jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość?
Zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam sprawy krajowe i będę się starał ze wszystkich sił, żeby ten nasz wielki projekt został wdrożony. Ale przez cztery lata, kiedy byłem szefem PTO, musiałem odłożyć na bok niektóre projekty naukowe, a to jest moja największa pasja. Ja jestem przede wszystkim naukowcem. Mam stale poczucie braku czasu na realizację swoich pomysłów. Napisanie dużego wniosku grantowego wymaga wyłączenia się na miesiąc, trzeba mieć spokojną głowę, usiąść w zaciszu i się skupić. Takich możliwości nie miałem przez te cztery lata, choć to nie znaczy, że zawiesiłem działalność naukową. Ona cały czas była bardzo intensywna, głównie dzięki temu, że pracuję w doskonałym zespole i nie jestem zdany tylko na siebie. Moi współpracownicy są świetni nie tylko w sensie naukowym, ale i ludzkim. To są ludzie uczciwi do szpiku kości i wiem, że nie zrobią mi wstydu swoją postawą i zachowaniem. To bardzo ważne.
Niedawno otrzymałem bardzo prestiżowy grant z Fundacji Nauki Polskiej, który zaczynamy teraz realizować, więc cały czas coś się dzieje. Ale gdyby w ciągu kilku najbliższych lat udało mi się zrealizować coś dużego, to byłaby dla mnie ogromna frajda. Mniej cenię sobie zaszczyty, nagrody, wyróżnienia, choć oczywiście to jest miłe, natomiast największą satysfakcję sprawia mi udział w badaniach naukowych i oczekiwanie na ich wyniki. To po prostu jest dla mnie wręcz podniecające i po tylu latach pracy wciąż daje mi dużą radości.

Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka
Z prof. Jackiem Jassemem, numerem 1 na liście 100 najbardziej wpływowych osób w polskim systemie ochrony zdrowia, rozmawia Monika Wysocka.
Ostatnie miesiące spędził pan wyjątkowo aktywnie, czym się pan zajmował?To był w Polsce rok onkologii. W czerwcu zakończyłem czteroletnią kadencję przewodniczenia Polskiemu Towarzystwu Onkologicznemu. Już na początku kadencji za główny cel postawiłem sobie podniesienie rangi polskiej onkologii. Udało mi się zmobilizować środowisko, żeby podjąć takie wyzwanie i w jakiś sposób przekonać tych, którzy podejmują decyzje, że to jest naprawdę bardzo ważny problem. Onkologia w Polsce była latami zaniedbywana, na co są dowody choćby w odsetkach pięcioletnich przeżyć. Polska medycyna notuje sukcesy w wielu dziedzinach — możemy być dumni np. z transplantologii, z kardiologii, w których nie odstajemy od Europy. Natomiast w onkologii różnica w odniesieniu do średniej unijnej była bardzo duża i niestety nie zmniejszała się. Z czego to wynika, przecież mamy wielu wspaniałych onkologów?To nie tylko kwestia braku pieniędzy i złej organizacji systemu. Na onkologię trzeba patrzeć szerzej. Wiele osób rozumie ją jako działalność leczniczą, czyli naprawczą, a w onkologii wyjątkowo dużo można zrobić w dziedzinie zapobiegania, edukacji społeczeństwa, rozwoju nauki, poprawy jakości szkolenia zawodowego, czyli szeroko pojętego zdrowia publicznego. Dlatego duży nacisk położyliśmy na te właśnie elementy. Największym i trwałym osiągnięciem mojej kadencji, które, mam nadzieję, moi następcy będą rozwijać, było opracowanie dokumentu pt. „Strategia Walki z Rakiem w Polsce 2015-2024”. To była wielka, oddolna inicjatywa, w której wzięło udział około 200 osób pracujących społecznie w 10 grupach roboczych. Mieliśmy do pomocy jedną z najlepszych na świecie firm doradczych (PwC) oraz bardzo profesjonalne warszawskie biuro (Primum PR), które zarządzało całym projektem. Dzięki temu udało się ukończyć ten dokument bardzo szybko, bo zaledwie w ciągu kilku miesięcy. Myślę, że to jest dobra okazja, aby tym wszystkim osobom jeszcze raz bardzo podziękować.Przygotowania do tego projektu poprzedziły kilkuletnie prace studyjne pod hasłem „Czas na onkologię”, trwające praktycznie przez całą moją kadencję. Sprawa stała się głośna, gdy w grudniu ubiegłego roku, jako szef PTO, wysłałem utrzymany w dość dramatycznym tonie list do premiera, prezydenta i ministra zdrowia, w którym to liście poprosiłem o zniesienie limitów w onkologii. To jest coś strasznego, kiedy mówimy choremu, że ma nowotwór i każemy mu czekać na diagnostykę czy leczenie. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, co to oznacza. Dlatego limity w polskiej onkologii uważam za coś kuriozalnego. W cywilizowanych krajach na leczenie nowotworów się nie czeka, państwo podejmuje wysiłek, żeby do tego nie dopuścić. Co ważne, w liście zadeklarowaliśmy współpracę w rozwiązaniu tego problemu i zaanonsowaliśmy prace nad naszą strategią.Wysłanie tego listu zbiegło się z „mission impossible”, jaką premier wyznaczył ministrowi zdrowia, czyli skróceniem kolejek. Był to więc najbardziej odpowiedni moment. Równocześnie otrzymaliśmy od premiera Donalda Tuska silne wsparcie i patronat nad naszymi działaniami. Chciałbym jednak wyraźnie oddzielić przygotowaną przez nas Strategię od działań Ministerstwa Zdrowia, które stworzyło pakiet onkologiczny, stanowiący niewielki wycinek tego, co znajduje się w Strategii. Niezależnie od tego, w pakiecie jest kilka dość kontrowersyjnych rozwiązań, pod którymi my się nie podpisujemy (np. idea wielostronicowej karty diagnostyki i leczenia onkologicznego, którą mają wypełniać zapracowani lekarze poz). Podkreślam to, bo wiele osób łączy te dwie sprawy i dziwi się, że takie rozwiązania mogły powstać w środowisku onkologicznym.Co będzie dalej ze Strategią? Mam nadzieję, że moi następcy dopilnują, aby została wdrożona. Wprawdzie zakończyłem swoją kadencję, ale będę nadal w tym pomagał. Nie chciałbym, żeby ten wielki wysiłek został zmarnowany. Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, który nie posiada kompleksowej strategii walki z rakiem. Jest to zresztą naprawdę dobry dokument, dostał bardzo dobre recenzje za granicą. Ale to musi być oficjalny dokument rządowy, a nie społeczny. W ostatniej fazie prac uczestniczyło dwóch wiceministrów zdrowia i prezes NFZ. To jedno z najważniejszych zadań prozdrowotnych w Polsce, o randze przekraczającej działania jednego ministerstwa. Obiecano nam, że będą uzgodnienia międzyresortowe, bo w tej sprawie wypowiedzieć się muszą m.in. ministrowie edukacji, spraw społecznych, nauki, finansów. A jak się ma do tego Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych?Ten program kończy się w przyszłym roku i zabiegamy o jego kontynuację. Chcielibyśmy uniknąć ewidentnych niedoskonałości obecnego programu, które były wielokrotnie krytykowane. On odegrał kapitalną rolę we wspomaganiu pewnych obszarów onkologii i trzeba to docenić, ale można było lepiej wykorzystać przeznaczone na niego środki. Pamiętajmy jednak, że to nie była strategia, lecz program pomocowy. Wybrano kilka zagadnień, które wymagały wsparcia finansowego. Pozwoliło to między innymi znacznie poprawić jakość radioterapii oraz rozpocząć masowe badania przesiewowe. Nie wyobrażam sobie, że można by go zaniechać w najbliższych latach, ponieważ mamy w tej dziedzinie bardzo dużo do zrobienia i dodatkowe środki są absolutnie niezbędne. Ważne jest jednak, aby stał się on integralnym elementem naszej Strategii.Jak pan ocenia okres działania na stanowisku prezesa PTO?To był dla mnie trudny czas. Wcześniej przez wiele lat bardzo intensywnie działałem w różnych międzynarodowych towarzystwach i organizacjach, pełniąc zaszczytne funkcje, będąc dumnym, że mogę reprezentować polską onkologię na arenie międzynarodowej. Kiedy zostałem szefem PTO, starałem się zawiesić tę działalność, aby skupić się na sprawach krajowych. Ale bycie szefem dużego towarzystwa naukowego i łączenie tego z codziennymi obowiązkami nauczyciela akademickiego i lekarza naprawdę jest wyzwaniem. Pracowałem bardzo intensywnie w dwójnasób, a nawet w trójnasób, nie oszczędzałem się. To był bardzo intensywny okres mojego życia, ale mam poczucie, że nie został stracony.Znany jest pan z tego, że dużo podróżuje i często są to podróże ekstremalne… Czy w tym natłoku zajęć udało się znaleźć czas na urlop?Właśnie niedawno wróciłem z Indonezji. Co roku wyjeżdżam gdzieś daleko. To mój sposób na „resetowanie się”. Przy moim trybie życia taki 2-3-tygodniowy wyjazd na koniec świata z przyjaciółmi jest czymś niezwykle „oczyszczającym”. To są męskie wypady, bo to podróże związane z niewygodami, wręcz survivalowe. To, że odrywam się od wszystkiego, spędzam np. kilka dni na tratwie na Syberii lub na afrykańskiej pustyni, bez kontaktu z cywilizacją, pozwala mi zapomnieć o tych wszystkich problemach, z którymi borykam się na co dzień. To bardzo dobrze robi na psychikę, dodaje nowych sił do działania. Bardzo to sobie cenię. Ale niezależnie od tego, takie wyjazdy bardzo wzbogacają mnie wewnętrznie. Poznałem prawie cały świat, różne kultury, kuchnie, zwyczaje, jestem „światoholikiem”, mam wszędzie na świecie znajomych, przyjaciół. Nie myślał pan, żeby napisać o tym książkę? Jestem przekonana, że byłoby to coś wyjątkowego.Mam kilka pomysłów na książki, ale na razie nie starcza mi na to czasu. Mam jeszcze przed sobą wiele do zrobienia, może za parę lat zajmę się taką właśnie twórczością.Jak rodzina przyjmuje tak ogromne pana zaangażowanie w sprawy zawodowe?Mam bardzo wyrozumiałą żonę, ona też jest profesorem medycyny i bardzo intensywnie pracuje. Zawsze się wspieraliśmy i nigdy nie usłyszałem wyrzutów, że za dużo zajmuję się sprawami zawodowymi czy publicznymi, a za mało domem. Moje dzieci, a mam ich trójkę, są już dorosłe i nie trzeba się nimi zajmować. Natomiast mam czworo wnuków, w tym dwoje w Gdańsku, a dwoje za granicą, i przynajmniej z tymi gdańskimi staram się spędzać trochę czasu. Chwytam te wolne chwile i staram się być dobrym dziadkiem. Myślę, że moi bliscy nie mają do mnie pretensji, że ich zaniedbuję, bo poświęcam im tyle czasu, ile mogę, i oni to widzą. Czy jest jakaś szansa, że teraz będzie tego czasu więcej?Na razie nie. Po prostu jedne rzeczy się kończą i natychmiast zaczynają inne. Już sobie obiecałem, że nie będę brał na siebie nowych obowiązków, angażował się w nowe sprawy, ale… właśnie zostałem wybrany do zarządu European Society for Medical Oncology (ESMO). Mój przyjaciel jest prezydentem tego towarzystwa i tak jakoś nie wypadało mi odmówić. A poza tym nikt z Polski nigdy nie był w tym zaszczytnym gronie, więc zgodziłem się, bo chcę, żeby Polska była widoczna za granicą. Mamy wielu bardzo wartościowych ludzi, którzy nadal są trochę w cieniu światowej onkologii. Dlatego zawsze, gdy to możliwe, staram się promować Polaków i mam ogromną satysfakcję, kiedy słyszę, że ci ludzie rzeczywiście zostali w ten sposób „odkryci”. Mam też ogromną satysfakcję z moich wychowanków, którzy zrobili międzynarodową karierę i jeśli okaże się, że przerośli mnie, jako swojego nauczyciela, będę bardzo szczęśliwy.Jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość? Zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam sprawy krajowe i będę się starał ze wszystkich sił, żeby ten nasz wielki projekt został wdrożony. Ale przez cztery lata, kiedy byłem szefem PTO, musiałem odłożyć na bok niektóre projekty naukowe, a to jest moja największa pasja. Ja jestem przede wszystkim naukowcem. Mam stale poczucie braku czasu na realizację swoich pomysłów. Napisanie dużego wniosku grantowego wymaga wyłączenia się na miesiąc, trzeba mieć spokojną głowę, usiąść w zaciszu i się skupić. Takich możliwości nie miałem przez te cztery lata, choć to nie znaczy, że zawiesiłem działalność naukową. Ona cały czas była bardzo intensywna, głównie dzięki temu, że pracuję w doskonałym zespole i nie jestem zdany tylko na siebie. Moi współpracownicy są świetni nie tylko w sensie naukowym, ale i ludzkim. To są ludzie uczciwi do szpiku kości i wiem, że nie zrobią mi wstydu swoją postawą i zachowaniem. To bardzo ważne. Niedawno otrzymałem bardzo prestiżowy grant z Fundacji Nauki Polskiej, który zaczynamy teraz realizować, więc cały czas coś się dzieje. Ale gdyby w ciągu kilku najbliższych lat udało mi się zrealizować coś dużego, to byłaby dla mnie ogromna frajda. Mniej cenię sobie zaszczyty, nagrody, wyróżnienia, choć oczywiście to jest miłe, natomiast największą satysfakcję sprawia mi udział w badaniach naukowych i oczekiwanie na ich wyniki. To po prostu jest dla mnie wręcz podniecające i po tylu latach pracy wciąż daje mi dużą radości.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach