Cesarzowe są wśród nas

Ostrzej, ale bez skalpela: Marek Stankiewicz

Moja 39-letnia sąsiadka zwierzyła mi się, że wkrótce po raz trzeci zostanie mamą. „Cesarka” w ostatniej chwili zapobiegła niedotlenieniu jej pierworodnego. Przy drugim porodzie udało się siłami natury, ale synek przyszedł na świat z wadą genetyczną i teraz jest opóźniony ruchowo. Ale to oczywiście nie wina sposobu rozwiązania ciąży. Sąsiadka jest śmiertelnie przerażona przed kolejnym porodem, nie ze względu na siebie, lecz boi się o zdrowie dziecka. „Czy sądzisz, że znajdzie się lekarz, szpital, który to zrozumie?” — pyta mnie drżącym głosem i z nadzieją w oczach. Nie stać mnie, aby zbyć ją byle jaką połajanką, żeby się wzięła w garść, bo minister zdrowia zapowiada, że porody naturalne mają być lepiej finansowane niż te operacyjne. A cóż to obchodzi zalęknioną kobietę, którą los już raz dotkliwie doświadczył? Ona błaga o pomoc, a nie rozgrzeszenie. Moi znajomi psycholodzy zgodnym chórem potwierdzają, że głównym powodem takiego stanu może być strach przed bólem porodowym. Tymczasem zalęknionym niewiastom spieszy z pomocą Internet z licznymi instrukcjami, jak dotrzeć do tych lekarzy, którzy mając Hipokratesa w głębokim poważaniu, z arogancją wyciągają rękę po forsę od skołowanych do obłędu kobiet. Prywatnie, za własne pieniądze można sobie robić ile się chce „cesarek” i nikt się nie czepi — zapewnia mnie moja sąsiadka. Według niej, ten fatalny stan państwowego położnictwa ma jeden cel: napędzić klientelę sektorowi prywatnemu. W końcu każdy, kogo tylko stać, decyduje się na poród w prywatnej klinice. A stać na to coraz więcej kobiet. Z roku na rok rośnie liczba cesarskich cięć. W Polsce aż 37 proc. ciąż właśnie tak się rozwiązuje. Czyli co trzeci noworodek sprytnie omija kanał rodny matki. Świat się zmienia i nic na to nie poradzimy: witaminy w tabletkach zamiast owoców, Internet zamiast przyjaciół, wyścig szczurów: dobra posada dla żony i męża, wypasione auta dla obojga, narty w Austrii, wiosna w Turcji, a lato w Marbelii (w najgorszym scenariuszu w Hurgadzie), mieszkanie w apartamencie na kredyt. A w tzw. międzyczasie… cięcie cesarskie zamiast porodu naturalnego. Coraz częściej wierzymy technologiom, zachłystujemy się nowoczesnymi maszynami. Tempo życia jest coraz szybsze, nie ma czasu na czekanie, wszystko musi być zaplanowane — czas poczęcia dziecka, czasem jego płeć i dzień przyjścia na świat, a nawet zaproszenie znajomych na „pępkówkę”.„Budżetu państwa nie stać na to, by zapewnić Polkom darmowe znieczulenie przy porodzie. Poród to fizjologia i tak nas, kobiety stworzyła natura, że pewne rzeczy powinny się odbywać jej siłami” — przekonywała była minister zdrowia Ewa Kopacz, lekarka, matka, a dziś premier polskiego rządu.W dyskusji o ludzkim obliczu porodu nie można zapominać o szacunku dla wyborów innych ludzi, nawet kiedy ich decyzje są różne od naszych i stoją w sprzeczności z naszym światopoglądem. Tymczasem kobietom odmawia się prawa do podejmowania decyzji niezgodnych z ogólnie wyznaczonymi normami. Mówi się o potrzebie edukacji ciężarnych, by były świadome swoich praw podczas porodu siłami natury, odmawia się im jednak prawa do lęku przed takim porodem, nawet jeśli jest on paraliżujący. Cesarskie cięcie na życzenie to temat tabu, chyba że podejmuje się go w celu nakreślenia społecznej skali problemu — rosnący odsetek tego typu porodów jest bowiem uznawany za zjawisko wielce niepokojące. Z kościelnych ambon nieustannie przypomina się kobietom, co powinny czuć i co godzi się z tym zrobić. Czasem edukuje się je w słusznej sprawie — jak w przypadku działalności Fundacji Rodzić po Ludzku, czasem jednak zapomina się, że każda ciężarna to nie cyfra w danych statystycznych, tylko człowiek, który zna siebie i swoje możliwości. Skoro pozwala się ludziom na możliwość wyboru: czy mieć zgodnie z naturą zmarszczki, czy niezgodnie z naturą wstrzyknąć sobie botoks, albo czy mieć odstające uszy zgodnie z naturą, czy też sobie je zmniejszyć niezgodnie z naturą, to czemu nie można sobie zafundować „cesarki”, nawet jeśli jest ona niezgodna z naturą?Wiceminister zdrowia Aleksander Sopliński, długoletni ginekolog położnik, przyznaje, że wskaźniki są niepokojące. Przekonuje, że konieczna jest zmiana modelu finansowania świadczeń. Obecnie, niezależnie od przebiegu porodu, szpital otrzymuje za niego od NFZ 1820 zł. Lekarze skarżą się, że jest to zbyt niska wycena. Zawsze też podkreślali, że porody cesarskie są droższe. Chodzi przecież o zabieg chirurgiczny, przy którym dodatkowym obciążeniem finansowym jest chociażby przeprowadzenie znieczulenia. Zdaniem jednego z lubelskich położników, „cesarka” to koszt rzędu 4 tys. zł. Do tej pory resort deklarował, że zwiększy wycenę za obie metody. W zeszłym roku wzrosła ona o ponad 100 zł, od przyszłego planowane były kolejne podwyżki. Ta zmiana miała umożliwić wprowadzenie znieczulenia dla wszystkich rodzących, które odczuwają taką potrzebę. Teraz jednak urzędnicy zmienili front i chcą załatwić dwie sprawy: polepszyć finansowanie naturalnych porodów, co ma zmniejszyć liczbę cesarskich cięć.Nie wydaje się, by taki manewr wiele zmienił, bo mamy do czynienia również z przyzwyczajeniem ze strony pacjentów. Kobiety boją się porodów naturalnych, „cesarki” są dla nich wygodniejsze. Dlatego coraz częściej załatwiają sobie rodzenie przez zabieg, bo oficjalnie może się odbyć tylko wtedy, gdy są ku temu określone wskazania. Te, które korzystają z prywatnych szpitali, po prostu płacą za taką formę porodu, jaką sobie wybiorą. A nawet te, które mają wydać na świat dziecko w publicznej placówce, prowadzą ciążę w prywatnym gabinecie któregoś z zatrudnionych tam lekarzy: wtedy łatwiej się dogadać. Oprócz tego pacjentki przynoszą zaświadczenia od okulistów czy kardiologów, że „cesarka” jest niezbędna, co nie zawsze jest prawdą.Istnieje też niestety ciemna strona mocy. Często powodem przeprowadzenia cesarskich cięć jest zwykły brak umiejętności lekarzy w odbieraniu trudnych porodów. Po prostu umiera znana dawniej sztuka położnicza. Przy porodach miednicowych lekarze idą na łatwiznę i najczęściej robią od razu cięcie. To oznacza, że młodzi lekarze nie widują porodu miednicowego, do którego doszło drogami natury. Brak kompetencji powoduje, że chętnie chwytają za skalpel przy minimalnym nawet zagrożeniu. Choćby z obawy przed procesami sądowymi. Nikt nie oskarży lekarza, że wykonał cięcie cesarskie, natomiast spraw o ich niewykonanie aż się roi w izbach lekarskich.

Artykuł dostępny dla subskrybentów i zarejestrowanych użytkowników
REJESTRACJA
SUBSKRYPCJA
Chcesz przeczytać ten artykuł? Zarejestruj się!
Masz już konto? Zaloguj się
PM online

Rejestrując się, otrzymasz limitowany dostęp do ograniczonej puli artykułów publikowanych w serwisie pulsmedycyny.pl. W ramach usługi będziemy mogli przesyłać Ci newslettery przygotowane przez redakcję "Pulsu Medycyny". Zawsze możesz zrezygnować z usługi poprzez usunięcie swojego konta z serwisu. Możesz to zrobić wysyłając e-mail na adres [email protected].

Jeżeli chcesz uzyskać nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów, zostań naszym subskrybentem.

Administratorem Twoich danych będzie Bonnier Healthcare Polska. Więcej informacji, w tym o przysługujących Ci prawach, znajdziesz w Polityce Prywatności.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.