Dobrze, że wypadek nie zdarzył się naprawdę...
Zagrożenie wystąpieniem masowego wypadku komunikacyjnego spędza sen z oczu dyrektorowi niejednego szpitala. Jak działają procedury, czy placówka jest przygotowana na przyjęcie dużej liczby rannych i jak personel sprawdza się we współdziałaniu z innymi służbami ratowniczymi - wiedzą ci, którzy przeżyli to na własnej skórze. A także zapobiegliwi.
W wyniku wypadku zostało poszkodowanych kilkunastu uczestników wycieczki i kierowca, dwie osoby zginęły na miejscu. Pierwszego poszkodowanego ewakuowano z autokaru o godz. 10.45, drugiego minutę później. Zostali odwiezieni do szpitali w Makowie Mazowieckim i Pułtusku. Ze względu na dużą liczbę poszkodowanych, dyspozytorka pogotowia ratunkowego w Makowie Mazowieckim podjęła decyzję o powiadomieniu stacji w Pułtusku i Ostrołęce. O godz. 10.50 przyjechała karetka z załogą z pułtuskiego pogotowia, w 16 minut później z Ostrołęki.
Akcja ratownicza w terenie zakończyła się o godz. 11.19. Młodzież poszkodowana w wypadku została przewieziona do szpitali w Makowie Mazowieckim, Pułtusku i Ostrołęce. Tam czekali na nich lekarze, średni personel medyczny oraz pracownicy komórek diagnostycznych. Przygotowane zostały łóżka, sprzęt ratujący życie, powiadomiono personel bloku operacyjnego i oddziału intensywnej terapii.
Spokojnie, to tylko trening
Opisane zdarzenie, na szczęście, nie wydarzyło się naprawdę, były to jedynie symulowane ćwiczenia służb ratowniczych. Akcja miała na celu skontrolowanie, jak szpitalny oddział ratunkowy, izba przyjęć i pogotowie są przygotowane do ewentualnego wystąpienia masowego wypadku komunikacyjnego, a ich działania wzajemnie skoordynowane. Przeprowadzenie ćwiczeń było możliwe dzięki wsparciu firmy ?Meditrans Ostrołęka", SP ZOZ w Pułtusku, PZU oraz makowskiej fundacji ?O uśmiech dziecka". Zarówno organizator zdarzenia - SP ZOZ-ZZ w Makowie Mazowieckim, jak i straż pożarna, policja oraz sztaby kryzysowe przyjęły założenie, że wszystko będzie jak najbliższe rzeczywistości. Nie ma sensu organizować symulacji akcji ratowniczej tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko jest dobrze.
?Chodziło o to, by ujawnić jak najwięcej błędnych działań. Staraliśmy się prowokować błędy, wyszukiwać je i wyciągać z nich wnioski" - mówi Dariusz Hajdukiewicz, dyrektor SP ZOZ-ZZ w Makowie Mazowieckim. Lista zaobserwowanych niedociągnięć, błędów i nieoczekiwanych zakłóceń, utrudniających sprawne prowadzenie akcji ratunkowej, okazała się długa.
Spis niedociągnięć
Pierwszym ?zdiagnozowanym" błędem było źle przyjęte zgłoszenie przez dyspozytorkę pogotowia, która osobę informującą o wypadku zapomniała zapytać o numer jej telefonu komórkowego, który nie miał prawa się wyświetlić, bo był zastrzeżony. Zaobserwowano także, że czas przepływu informacji podczas alarmowania był zbyt długi (z pogotowia do straży pożarnej aż 6 minut).
?Całkiem przyzwoicie wypadły natomiast te rzeczy, które się na ogół w takich sytuacjach sprawdzają: koordynacja służb medycznych, dojazd karetek z sąsiednich szpitali, które na naszą prośbę zgodziły się wziąć udział w akcji i podporządkowanie się naszemu koordynatorowi zdarzenia" - stwierdza D. Hajdukiewicz.
Akcja ratownicza - w ocenie jej uczestników - przebiegała dosyć sprawnie. Nikt nie przewidział jednak, że tak dużym problemem będzie zaopatrywanie rannych przebywających w autobusie. Z powodu bardzo wąskiego przejścia i wysokich foteli wprowadzenie noszy i ewakuacja poszkodowanych na zewnątrz autokaru były bardzo utrudnione.
Już po zakończeniu akcji ratowniczej rozgorzała dyskusja, czy należało pacjentów wyprowadzić z autobusu, który mógł się przecież w każdej chwili powtórnie zapalić. Podczas symulacji w ogóle nie wzięto tego pod uwagę, ponieważ na zewnątrz była mżawka, a w pobliżu miejsca wypadku nie było żadnego, choćby prowizorycznego schronienia, które osłoniłoby ludzi przed wychłodzeniem i deszczem. ?Doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem byłyby namioty, ale nie ma ich ani pogotowie, ani straż pożarna, a ściągnięcie sprzętu z Warszawy trwałoby zbyt długo. Już po akcji ktoś wymyślił, że w ciągu 15 minut można je było dostarczyć z pobliskiego hufca harcerskiego. To zostało odnotowane jako pomysł i gdyby w rzeczywistości zdarzył się podobny wypadek, wiemy już, pod jaki numer zadzwonić i w jaki sposób ściągnąć kilka namiotów dla poszkodowanych oczekujących na transport" - zauważa D. Hajdukiewicz.
Poszukiwany poszkodowany
Niektóre sytuacje prowokowało samo życie, inne aranżowali organizatorzy. ?Umówiliśmy się, że jeden z poszkodowanych wysiądzie z autobusu, żeby go gasić. Miał już nie wrócić, zgubić się w tłumie. Okazało się, że nikt nie zauważył jego zniknięcia, nikt nie policzył, ilu było uczestników zdarzenia i czy są jeszcze poszkodowani, którzy nie zostali zaopatrzeni. Pasażer znalazł się przypadkowo po pół godzinie, ponieważ wszyscy ?aktorzy" odgrywający poszkodowanych mieli kartki identyfikacyjne. Wnioski nasuwają się same: należy o to zadbać; straż pożarna i policja wzięły na siebie obowiązek zbierania wywiadu i szukania poszkodowanych na zewnątrz autobusu" - opowiada D. Hajdukiewicz.
Podczas akcji ratowniczej na miejscu zdarzenia udało się sprawdzić, czy służby medyczne dysponują wystarczającą ilością sprzętu ratunkowego. Symulowane wkłuwanie igieł udowodniło, że do akcji zabrano dostatecznie dużo drobnego sprzętu medycznego. Zabrakło natomiast noszy, a największą bolączką okazał się brak desek ortopedycznych i kołnierzy unieruchamiających kręgosłup szyjny.
?Z tego płynie nauczka, że sprzętu tego typu powinno być więcej niż rutynowe dwa czy trzy kołnierze, jakie mamy w karetce. Prawdopodobnie drugi, dojeżdżający ambulans powinien zostać uprzedzony, że musi zabrać na miejsce zdarzenia wszystkie kołnierze, którymi dysponuje szpital" - uważa D. Hajdukiewicz. Nie ma natomiast, jego zdaniem, potrzeby dokupowania sprzętu medycznego, wystarczy poprawić organizację.
Jak zaoszczędzić minutę
Aż się prosi, by zmiany organizacyjne objęły pracę kierowców karetek. W czasie podsumowania akcji zaakcentowano złe ustawienie ambulansów - wszystkie stały tak, żeby wygodnie było podjechać. W czasie oczekiwania na zabranie rannych można było przestawić je tak, by rannych było łatwiej odebrać i odjechać, ale nie pomyślał o tym żaden z kierowców. Dopiero gdy załoga i ranni byli już wewnątrz ambulansu, zaczęły się manewry, przez które stracono ponad minutę.
Kiedy lekarze, sanitariusze i ratownicy zrobili wszystko, co można było zrobić w danym momencie, tj. karetki zabrały najciężej rannych i czekano na ich powrót przez ok. 10 minut, nastąpiło rozprężenie. W czasie prawdziwej akcji może to stać się powodem popełnienia tragicznego w skutkach błędu. Podczas symulowanej akcji jej uczestnicy wyszli w tym czasie z autobusu, zostawiając w nim trzech rannych młodych ludzi oraz ich dwóch ?zmarłych" kolegów, co w rzeczywistości - ze względów choćby tylko psychologicznych - byłoby niedopuszczalne. Ponadto jedna z osób w autobusie była ciężko ranna, więc powinna pozostawać pod opieką przynajmniej strażaka, jeśli lekarze byli bardzo zajęci. Postronni obserwatorzy zdarzenia przez cały czas palili papierosy w pobliżu autobusu, który niedawno płonął, i nikt nie zwrócił im uwagi.
Szybcy, ale mało skuteczni
Nie było żadnych konfliktów między służbami ratowniczymi. Niektóre z działań służb niemedycznych pozostawiały jednak wiele do życzenia. Strażacy mieli słuszną uwagę do policjantów, którzy przyjechali jako pierwsi na miejsce zdarzenia, że zajęli się tylko zabezpieczaniem terenu i w ogóle nie próbowali udzielać pierwszej pomocy rannym. Dyrekcja szpitala w Makowie wyciągnęła z tego następujący wniosek: należy przeszkolić policję z zakresu podstawowych zasad udzielania pierwszej pomocy, rozpoznawania stanu zagrożenia oraz dokonywania wstępnej segregacji rannych. Takie szkolenie dla policji (na fantomach ze szkoły ratowniczej) lekarze i pielęgniarki z SP ZOZ-u w Makowie Mazowieckim zgodzili się przeprowadzić nieodpłatnie.
Zwrócono także uwagę, że kiedy ratownicy i lekarze wykonywali swoje czynności, policjanci i strażacy spacerowali wokół nich, choć teoretycznie mogli przecież pomóc. Jedyna próba paramedycznych działań podjętych przez strażaków obnażyła jednak niedoskonałość ich wiedzy z zakresu ratownictwa. Próbowali oni, bez konsultacji z lekarzami, samodzielnie nakładać opatrunki żelowe poparzonym pacjentom. Zdaniem dyr. D. Hajdukiewicza, nie było to niczym złym, bo strażacy są do tego uprawnieni. Ale robili to źle. Jeden z nich, próbując otworzyć opakowanie, włożył je w zęby, rozdarł i zainfekował w ten sposób czysty żelowy opatrunek, który miał być położony na ranę oparzeniową. ?To dowodzi, że w szkoleniach z ratownictwa przedmedycznego organizowanych dla straży pożarnej, nikt nie położył akcentu na zakażenia. Nam się wydaje, że strażak zachowa się jak paramedyk udzielający pomocy rannemu w wypadku, a on postąpił jak zwykły człowiek. Wstępnie już zasygnalizowaliśmy ten problem. Na pewno o ten element musi zostać wzbogacony kolejny cykl szkoleń dla straży pożarnej" - mówi D. Hajdukiewicz.
Dalsze działania medyczne - poza miejscem zdarzenia - ujawniły kolejne braki. Okazało się, że szpital nie wypracował jednolitego, czytelnego systemu oznaczania rannych, zwłaszcza nieprzytomnych. Zabrakło niezawodnych mechanizmów identyfikacji nie tylko poszkodowanych, ale także ich badań.
W sytuacji gdy w bardzo krótkim czasie trafia do szpitala kilkunastu rannych, a część z nich jest nieprzytomna, oznaczanie ich symbolem NN i kolejnymi numerkami może być nieskuteczne. Pod działaniem stresu odpowiedzialna za to osoba bardzo szybko pogubiła się w numeracji. Tym bardziej że symulowaną akcję skomplikowało dodatkowo życie. ?Od aktorów nie pobierano krwi, natomiast w tym samym czasie do laboratorium dotarła z oddziału prawdziwa próbka krwi od pacjenta, którego dane personalne nie były znane, oznakowana NN i jakimś numerem. To nam uświadomiło fakt, że można mieć NN-ów z numerami z różnych miejsc, a wtedy bardzo łatwo o pomyłkę" - opowiada Dariusz Hajdukiewicz. Szpital rozważa możliwość stworzenia doraźnego stanowiska pracy dla np. młodego lekarza, który pełniłby funkcję łącznika z pracowniami diagnostycznymi na wypadek podobnych zdarzeń.
Brak informacji o rannych
Przy okazji okazało się także, że gdyby masowy wypadek zdarzył się naprawdę, szwankowałaby informacja medyczna o rannych. W ogóle nie wyznaczono w szpitalu osoby, do której kierowane byłyby telefony od członków rodzin poszkodowanych. Dzięki akcji zidentyfikowano potrzebę utworzenia w szpitalu takiego punktu informacyjnego.
Nie udało się też uniknąć wpadek technicznych. W sąsiednim szpitalu w Przasnyszu zamówiono badania tomograficzne, ale nie uprzedzono, że są to tylko ćwiczenia. Prawdziwi chorzy przez godzinę musieli czekać na badanie zablokowane na potrzeby rzekomych rannych z wypadku.
Jednak rachunek zysków i strat symulowanej akcji ratunkowej jest oczywisty: poczynione spostrzeżenia i uwagi inicjatorzy ćwiczeń szczegółowo przeanalizowali z uczestnikami zdarzenia. Dzięki temu gdy dojdzie do prawdziwego wypadku, przynajmniej części z popełnionych błędów na pewno uda się uniknąć.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Beata Lisowska