Dawid Lis: Najbardziej na świecie chciałbym sobie pobiegać, ale na razie jest jak jest
29 kwietnia 2004 r. Dawid i Łukasz wracali ze Swarzędza, dokąd odwieźli kolegę. Tego wieczora świętowali wezwanie Dawida do wojska. 29 kwietnia 2004 r. policjanci z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu mieli w planach zatrzymanie groźnego przestępcy. Gangster ponoć ukrywał się w bloku, spod którego odjechali chłopcy i jeździł niemal identycznym samochodem. Kiedy ubrani po cywilnemu funkcjonariusze zajechali chłopakom drogę, ci myśleli, że to napad. "Jakieś auto zajechało nam drogę i wyskoczyli z niego faceci z pistoletami. Co mogliśmy pomyśleć? Byliśmy przerażeni. Naszą reakcją była ucieczka, ale nie mieliśmy szans. Kiedy Łukasz cofnął auto, uderzyliśmy w samochód, który zablokował nas także z tyłu. I wtedy zaczęli strzelać..." - wspomina Dawid Lis.
Jedna z 39 wystrzelonych przez policjantów kul trafiła Dawida w klatkę piersiową i brzuch, przeszła pomiędzy żebrami, uszkodziła opłucną, rozerwała przeponę, śledzionę, wątrobę, a na koniec utkwiła w trzonie kręgu Th10. W Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Poznaniu, do którego Dawid trafił, podczas natychmiastowej operacji usunięto mu śledzionę, zszyto wątrobę i przeponę, wykonano drenaż lewej jamy opłucnowej. Po ośmiu dniach, już w poznańskiej Klinice Neurochirurgii, z okolicy trzonu Th10 usunięto kulę, sprawczynię tego spustoszenia. Jednak choć uszkodzenia narządów wewnętrznych były bardzo rozległe, najstraszniejszą "pamiątką" po postrzale okazało się stłuczenie przedniej części rdzenia kręgowego, które spowodowało porażenie kończyn dolnych ze zniesieniem czucia poniżej poziomu Th10. Krótko mówiąc, Dawid może poruszać się wyłącznie na wózku.
Doszło też do zaburzeń zwieraczy pęcherza moczowego i odbytnicy, których automatyzmu dotąd nie udało się odzyskać, oraz do zaburzeń seksualnych. "Lekarze stwierdzili wtedy, że nie mam uszkodzonego rdzenia. Mówili, że to szok rdzeniowy. "Kula wstrząsnęła kręgiem i stąd taka reakcja nerwów" - tłumaczyli. Powiedzieli też, że to potrwa rok, może półtora i wszystko powinno wrócić do normy. Ale ten czas już minął i nic się nie zmieniło" - mówi Dawid.
Nie będziesz chodził...
Najgorsze były pierwsze miesiące. W tym samym wypadku zginął jego bliski kolega, Łukasz. "Znaliśmy się od V klasy podstawówki, potem razem poszliśmy do zawodówki i razem pracowaliśmy u jego ojca w zakładzie samochodowym. To był mój najbliższy kolega" - wspomina Dawid. To był pierwszy szok.
Drugi to wiadomość, że nie będzie chodził. Trudno się z tym pogodzić, kiedy ma się 19 lat i pełno planów. Za kilka dni Dawid miał iść do wojska i myślał o tym, żeby zostać tam na dłużej. Kusiła go kariera zawodowego wojskowego. A gdyby nie wyszło, miał zaklepane miejsce w zakładzie ojca Łukasza jako lakiernik - taki miał zawód i pierwsze doświadczenia w tej profesji. Poza tym, jak to często zdarza się u zwykłego, młodego chłopaka, jego życie wypełniał sport: regularnie chodził na siłownię, często na basen. Miał nawet uprawnienia ratownika wodnego. Ale jego prawdziwą pasją były motory. Do dziś w garażu u rodziców stoi Cagiva 125. "Chyba będzie trzeba go sprzedać, no bo po co teraz go trzymać" - mówi z żalem Dawid.
Pionizacja bez efektów
Po kilku tygodniach od wypadku zaczęła się żmudna rehabilitacja. "Na początku czułem się bardzo źle, nie mogłem siedzieć, miałem zawroty głowy. Gdy siadałem na wózku miałem trudne do wytrzymania bóle pleców" - wspomina dziś. "Kiedy prosto ze szpitala trafiłem na rehabilitację, wokół byli tylko ludzie po wylewach i dzieci z porażeniem mózgowym - opowiada Dawid. - Głównie robiono mi ćwiczenia rozciągające, masaże nóg i ćwiczenia bierne. Wiem, że w mojej sytuacji każde ćwiczenia mają znaczenie, ale mam wrażenie, że to było zbyt mało".
Dopiero podczas kolejnych pobytów w klinice rehabilitacji zaproponowano mu szerszy zakres ćwiczeń: metodą PNF, rozluźniające, wzmacniające kończyny górne, reedukację mięśni kończyn dolnych, a także masaże i zabiegi wodne. Uczono go podstawowych czynności życiowych w nowej sytuacji: przechodzenia z łóżka na wózek, samodzielnej jazdy. "Miałem wtedy świetną rehabilitantkę, straszny kat z niej był, ale podobało mi się to. To dzięki ludziom z tej kliniki nabrałem sprawności w poruszaniu się na wózku" - zaznacza Dawid. Z czasem organizm przyzwyczaił się do nowej sytuacji, bóle minęły, pacjent nabrał sił i podjęto pierwsze próby pionizacji w aparatach teleskopowych w poręczach. Jednak choć pojawił się "ślad ruchów czynnych w obrębie obu bioder", to bez większych efektów.
Kumpel na wózku
W kolejnych tygodniach, na przemian z pobytami w klinice, chłopak był na kilku turnusach rehabilitacyjnych m.in. w Wągrowcu i Spale. Tam uczył się przede wszystkim przystosowania do poruszania się na wózku w różnych sytuacjach, trenował podjazdy na krawężniki, "schodzenie" po schodach. To bardzo istotne umiejętności, szczególnie gdy mieszka się w starej kamienicy na drugim piętrze. Te wyjazdy Dawid wspomina bardzo miło, pewnie także dlatego, że spotkał się z chłopakami "takimi jak on". Bo chociaż nie narzeka na brak towarzystwa, to jednak dawni koledzy mają teraz inne życie, w którym nie zawsze jest miejsce dla kumpla na wózku.
Na pierwszym obozie w Spale Dawid uczył się technik jazdy, pokonywania przeszkód na wózku, zasad bezpiecznego przenoszenia i asekurowania. Na drugi obóz pojechał już jako kadra. Teraz on dzielił się z innymi swoim doświadczeniem, a jednocześnie nabierał coraz większej sprawności. Zresztą ciągle doskonali swoje umiejętności.
Inwalida na 100 procent
Po blisko półrocznym leczeniu w różnych placówkach Dawid wrócił do domu. Do mieszkania babci w starej kamienicy, bo znajduje się w centrum miasta i łatwiej stąd dotrzeć na rehabilitację. Zaczęła się codzienność ze wszystkimi jej aspektami. Przede wszystkim brakiem pracy. Potem z za wysoko zawieszonymi szafkami kuchennymi. Z cewnikowaniem, leczeniem nawracających stanów zapalnych pęcherza i nerek, dbaniem o to, by nie dopuścić do odleżyn. Myśleniem o tym, jak ułożyć sobie teraz życie.
Kolejne miesiące zdominował proces o odszkodowanie, który Dawid wytoczył policji, by jakoś zabezpieczyć tę swoją nową przyszłość. W sierpniu tego roku zapadł w tej sprawie głośny wyrok, nakazujący policji wypłacenie 1 mln zł odszkodowania i dożywotniej, comiesięcznej renty w wysokości 2 tys. zł. Policja podjęła decyzję o odwołaniu się od części tej kwoty. Sprawa wciąż jest w toku.
To właśnie podczas tego procesu biegli lekarze powołani przez sąd orzekli stuprocentowe inwalidztwo. Wskazali także na konieczność dożywotniej rehabilitacji. Dawid zdecydował się na prywatne wizyty u specjalistów. "To jest teraz najważniejsze, ale wciąż mam poczucie, że robię zbyt mało. Wiem, że ćwiczenia bierne nie przyniosą efektów, na które liczę. Na obozie poznałem chłopaka, który opowiedział mi o innych ćwiczeniach, po których zauważył poprawę. Bardzo chciałbym też spróbować" - opowiada. To prawdopodobnie ta rozmowa skłoniła go do poszukiwania innych możliwości, także za granicą. "Słyszałem, że w Szwecji robią cuda z takimi jak ja. Rozważam wyjechanie tam" - powiedział pod koniec listopada br. Pulsowi Medycyny. Jednak z dalszej rozmowy wynika, że wcale nie upiera się przy tym pomyśle. Tak naprawdę zależy mu na tym, by ktoś wreszcie się nim zajął. Poprowadził, wskazał możliwości, zaplanował dalsze leczenie. "Nie bardzo wiem, co dalej robić, nie znam się na tym. Tylko nie wiem, z kim powinienem o tym rozmawiać. Nie mam "swojego" jednego, konkretnego lekarza. Za każdym razem trafiam na kogoś innego" - mówi Dawid.
Życie w innej wersji
Mimo wszystko nie skarży się. Organizuje sobie życie jak umie. Tuż po wypadku policja wypłaciła mu 50 tys. zł. Kupił wtedy nowy wózek (bo ten, który dostał od NFZ, rozpadł się po dwóch tygodniach) i samochód (bo do busa ojca zbyt trudno było mu się przesiadać z wózka, nawet z czyjąś pomocą). Potem auto dostosował do swoich nowych warunków - tak, by można było z niego korzystać nie używając nóg. Kontynuuje kurs prawa jazdy, który zaczął jeszcze przed wypadkiem, tylko teraz w wersji dla niepełnosprawnych. "Dzięki temu będę mógł sam załatwiać swoje sprawy. Nie chcę być we wszystkim uzależniony od innych" - mówi. Na tym wyjątkowo mu zależy, pewnie dlatego, że jak na niepełnosprawnego prowadzi dość aktywne życie. Oprócz rehabilitacji trzy razy w tygodniu, uczęszcza też na zajęcia na wózkach i na kurs nurkowania. Kilka razy był na spotkaniu sekcji rowerowej dla niepełnosprawnych i myśli, by zająć się tym sportem wyczynowo.
Sport to jednak kolejne koszty, a pieniędzy z odszkodowania na wszystko nie wystarczy. Dlatego na razie priorytetem jest znalezienie pracy. Zresztą nie wyobraża sobie, że mógłby nie pracować. Zmieniły się co prawda okoliczności - w wyuczonym zawodzie już pracować nie może, pomysł z wojskiem też odpadł - stąd decyzja o kursie komputerowym. "To dla mnie kompletna nowość, ale jak się nauczę, to może być moja przyszłość". Chciałby też skończyć zaocznie jakąś szkołę.
A potem? "Kiedyś miałem nadzieję na wybudowanie domu, ale to teraz nierealne, więc chcę kupić albo wynająć jakieś mieszkanie. Lekarze, którzy byli biegłymi w moim procesie - trzech akademickich specjalistów: ortopeda, neurochirurg i rehabilitant stwierdzili, że to nieodwracalne. Jednak chociaż oni nie dali mi nadziei, ja wciąż wierzę, że kiedyś wstanę z wózka".
Znajomi nie mogą się nadziwić, skąd w nim tyle siły. "Zawsze byłem optymistą, więc dlaczego teraz ma być inaczej? - pyta Dawid. - Znam ludzi, którzy się załamali, zmarnowali dwa lata leżąc w łóżku, a potem nagle ich oświeciło, że może jednak można coś ze sobą zrobić. Szkoda mi na to czasu. Chociaż najbardziej na świecie chciałbym sobie pobiegać, to na razie jest jak jest i muszę się dostosować".
Systemowe braki w rehabilitacji
Komentuje dr n. med. Marek Krasuski, specjalista w ortopedii, traumatologii i rehabilitacji medycznej, ordynator Oddziału Rehabilitacji Chorych ze Schorzeniami Kręgosłupa i Chorobami Zwyrodnieniowymi Narządu Ruchu, prezes ZG Polskiego Towarzystwa Rehabilitacyjnego, konsultant wojewódzki dla regionu mazowieckiego w dziedzinie rehabilitacji:
Komentując powyższy artykuł, chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów.
Po pierwsze, poruszana jest tragedia, w której na skutek postrzału ginie młody człowiek, a drugi zostaje trwale uszkodzony i staje się osobą niepełnosprawną. Nasuwają się wątpliwości, czy tak musiało się stać, czy winę za ten dramat ponosi system, w którym prawdopodobnie zbyt mało czasu poświęca się na zajęcia praktyczne policji uczące umiejętności organizacji akcji zatrzymania oraz pewności i sposobu użycia broni palnej, a z drugiej strony - na szkolenia obywateli w zakresie umiejętności zachowania się w sytuacji jakiegokolwiek zagrożenia. Wydaje się, że młodzież i dorośli nie mają żadnej możliwości uczestniczenia w powszechnym szkoleniu dotyczącym umiejętnego zachowania się w przypadkach ekstremalnych, a więc w czasie kataklizmu, aktów terroru czy, jak tu, w przypadkowej "strzelaninie".
Meritum sprawy dotyczy jednak sytuacji, w jakiej znalazł się młody człowiek, u którego doszło do postrzałowej rany kręgosłupa. W jej wyniku pojawił się obraz uszkodzenia rdzenia kręgowego i następowej paraplegii. W artykule zdarzenia opisane są wyłącznie w oparciu o relacje i uwagi pokrzywdzonego. Nie przytacza się zdania lekarzy i fizjoterapeutów leczących młodzieńca. Niemniej jednak widoczne są różne "braki" naszej rehabilitacji, w której uczestniczył do tej pory poszkodowany.
Nieszczycielska energia pocisku
Wiadomo, że rany postrzałowe są groźne z kilku powodów. Poza uszkodzeniem mechanicznym, spotykamy się tu ze skutkami uszkodzeń termicznych i specyficznych mechanicznych związanych z drganiami, jakie wytwarzają się w otaczającym środowisku, przez które przelatuje pocisk, wyhamowując swoją prędkość.
Nasze ośrodki lecznicze nabywają dopiero doświadczeń związanych z udzielaniem pomocy i umiejętności rokowania w przypadku ran postrzałowych. W okresie minionym (PRL-owskim) zdecydowanie mniej było ran postrzałowych, a przypadki postrzałów utrzymywane były w tajemnicy i chyba poza medycyną wojskową nie były omawiane. Należy jednak podkreślić, że nauka zajmowała się tym zagadnieniem. Z tą problematyką miałem do czynienia nawet w moim otoczeniu, bo mój mistrz, prof. Jerzy Kiwerski pracował naukowo nad skutkami postrzałów w ranach w obrębie układu nerwowego.
Wiadomo, że pocisk raniący człowieka w okolicy kręgosłupa, poza spowodowaniem złamań kręgów i w związku z tym możliwych przemieszczeń odłamów kostnych dokanałowo, sam może stanowić element uciskowy na struktury nerwowe i zniszczyć je bezpowrotnie, jak to się dzieje w przypadkach złamań pourazowych kręgosłupa. W sytuacji postrzałów dochodzi też do dodatkowych szkodliwych czynników, jakimi są wspomniane drgania i energia termiczna. Skupienie się tych trzech najistotniejszych czynników powoduje nieuchronne trwałe uszkodzenie rdzenia kręgowego po postrzale kręgosłupa, zwłaszcza jeśli objawy paraplegii powstają natychmiast i utrzymują się przez najbliższe godziny po urazie. Stąd dziwne wydaje się utrzymywanie u chorego przekonania, że porażenie kończyn jest przemijające.
Założenia vs. realia programu rehabilitacji
Leczenie urazów kręgosłupa powikłanych zaburzeniami rdzenia kręgowego jest kompleksowe i wymagające olbrzymiego doświadczenia od zespołu leczącego oraz odpowiednio dużych nakładów finansowych.
Leczenie chorych po urazie kręgosłupa, zwłaszcza ze współistniejącymi zaburzeniami neurologicznymi, wymaga zbudowania odpowiedniego programu rehabilitacji. Można to postępowanie zawrzeć w kilku punktach:
1. -Rozpoznanie charakteru urazu kręgosłupa, rodzaju i poziomu zaburzeń neurologicznych i funkcjonalnych. Rozpoznanie ewentualnych obrażeń dodatkowych.
2. -Ocena stanu wydolności krążeniowo-oddechowej, wpływu innych chorób na proces leczenia usprawniającego.
3. -Analiza badań dodatkowych w celu potwierdzenia rozpoznania klinicznego i oceny dotychczasowego leczenia.
4. -Ustalenie warunków rodzinnych i środowiskowych, socjalnych chorego.
5. -Ustalenie hierarchii ważności poszczególnych defektów i potrzeb chorego.
6. -Ustalenie przypuszczalnych szans ich autokompensacji.
7. -Ustalenie programu indywidualnej rehabilitacji.
8. -Pomoc w realizacji mechanizmów kompensacyjnych i adaptacyjnych.
9. -Ustalenie okresów obiektywizacji i oceny uzyskiwanej poprawy neurologicznej i funkcjonalnej.
10. -Ustalenie potrzeb edukacji elementarnej i zawodowej.
11. -Ustalenie zasad i warunków dalszej opieki nad osobą niepełnosprawną w warunkach domowych i środowiskowych.
12. -Edukacja najbliższej rodziny w zakresie podstawowych zasad pielęgnacji osoby porażonej lub z niedowładami, kontynuacji podstawowych ćwiczeń, zrozumienia istoty choroby, określenia celu rehabilitacji i drogi, jaką ten cel będzie osiągalny.
Warto przeanalizować, które z podanych powyżej punktów zostały spełnione w trakcie leczenia poszkodowanego. Widać też, że tak złożony i kosztowny program powinien być realizowany w odpowiednio przygotowanych ośrodkach leczniczych, posiadających wysokospecjalistyczną kadrę medyczną (lekarzy, fizjoterapeutów, pielęgniarki, psychologów, pracowników socjalnych, doradców zawodowych dla niepełnosprawnych, kadrę inżyniersko-techniczną tworzącą zaopatrzenie ortopedyczne tych chorych itd.). Ośrodek taki powinien być odpowiednio wyposażony, posiadać kadrę pracowników przygotowanych też do prac badawczo-naukowych, by można było osiągać udokumentowany postęp w leczeniu osób po urazie kręgosłupa.
Konieczność monitorowania i oceny osiągnięć
Proces leczenia usprawniającego osób po urazie kręgosłupa jest wieloetapowy i dość długi. Dlatego nieodzowne jest omawianie dotychczasowych osiągnięć i etapów rehabilitacji w zespole leczącym chorego. Ocena procesu rehabilitacji powinna dotyczyć przede wszystkim:
- -uzyskanych dotychczasowych efektów leczenia,
- -wydolności chorego i akceptacji metody usprawniania,
- -aktualnego stanu neurologicznego,
- -stabilności kręgosłupa w miejscu urazu (w okresach przełomowych w rehabilitacji - pierwsze siadanie na wózku; pierwsza pionizacja; po dłuższym czasie intensywnego treningu),
- -kształtowania się automatyzmu pęcherza moczowego,
- -akceptacji niepełnosprawności przez najbliższą rodzinę chorego,
- -edukacji rodziny i osób opiekujących się w realizowaniu dalszego usprawniania w warunkach domowych,
- -stanu socjalnego chorego,
- -potrzeb osobistych i rodzinnych chorego,
- -potrzeb z zakresu psychoterapii chorego i jego rodziny.
Jest oczywiste, że skutkiem uszkodzenia rdzenia jest zaburzenie oddawania moczu oraz zaburzenia funkcji seksualnych. Są to nierozerwalne składowe urazu rdzenia. W artykule odnoszę wrażenie, jakby sprawa ta była czymś zupełnie innym, obcym dla tego przypadku.
W artykule pojawia się wątek zaopatrzenia paraplegika w sprzęt ortopedyczny. Głównie mówi się o wózku inwalidzkim, który to wkrótce po otrzymaniu uległ "rozpadowi", bo "był" z NFZ. Jest to nieprawdziwe stwierdzenie, sugerujące, że NFZ "daje" jakiś "szmelc". Wózek został zapisany przez lekarza. Możliwe jest dobranie dowolnego sprzętu, od różnych producentów. Problem, jaki pojawia się, to sprawa finansowa - ile za sprzęt ma zapłacić chory, a ile NFZ. Sprzęt jako taki podlega też odpowiedniej gwarancji producenta i jeśli szybko się zepsuł, powinien być naprawiany lub podlegać wymianie, co regulują odpowiednie przepisy i prawa konsumenta.
Etap rehabilitacji zawodowej
Planując proces rehabilitacji chorych po urazie rdzenia, należy zwrócić uwagę na możliwości kształcenia się osób niepełnosprawnych, nauki zawodu możliwego do wykonywania przez osoby poruszające się w wózku (np. praca biurowa, obsługa komputera, obsługa niewielkich maszyn, automatów itd.). Problem kształcenia to także sprawa rehabilitacji, którą nazywa się rehabilitacją zawodową.
Osobom dorosłym należy umożliwiać przyuczanie do nowego zawodu. Proces rehabilitacji wymaga, jak widać, zmian w mentalności społecznej, zmian procesu myślowego urzędników państwowych - by zrozumieli, że osoby po urazie rdzenia są ludźmi często zdrowymi, tyle że niepełnosprawnymi i powinni w związku z tym mieć równe szanse w pracy i korzystaniu ze wszystkich dóbr społecznych, z jakich korzystają ludzie pełnosprawni.
W artykule widać też, jak trudno realizowany był aspekt psychologiczny w terapii młodego człowieka. Nie wspomina on, by miał jakiś kontakt z psychologiem. Zwłaszcza opieka nad rodziną poszkodowanego daje wymierne efekty i skraca czas leczenia samego chorego.
Warto zauważyć, że programy szeroko rozumianej rehabilitacji osób z objawami uszkodzenia rdzenia kręgowego powstawały w Polsce już od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w ośrodku konstancińskim. W Centrum Rehabilitacji w Konstancinie za sprawą prof. Mariana Weissa powstał oddział urazów kręgosłupa. Wypracowano model kompleksowego leczenia neurochirurgicznego, ortopedycznego i rehabilitacyjnego. Stworzono w oddzielnym ośrodku centrum kształcenia inwalidów, gdzie osoby po urazie rdzenia poddawane były rehabilitacji zawodowej, a przy współpracy z architektem prof. H. Skibniewską zbudowano na terenie jednego z osiedli warszawskich mieszkania przystosowane dla niepełnosprawnych, w których osoby po urazie rdzenia uczyły się radzenia sobie z niepełnosprawnością w warunkach domowych, w czynnościach dnia codziennego. Widać więc, że problem kompleksowego leczenia osób po urazie rdzenia kręgowego nie jest nowy w naszym kraju. Szkoda tylko, że zabrakło wyobraźni politykom i urzędnikom wprowadzającym coraz to nowe "reformy" systemu ochrony zdrowia. Zapomnieli oni o tym i podobnych ośrodkach, które wypracowały określone standardy i mogły dalej rozwijać się nie tylko dla naszego kraju, ale być chlubą polskiej medycyny na świecie.
Jakie świadczenia rehabilitacyjne finansuje Narodowy Fundusz Zdrowia?
Odpowiada Bernadeta Ignasiak, rzecznik prasowy Wielkopolskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ:
Narodowy Fundusz Zdrowia działa w systemie powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, a należne świadczenia opieki zdrowotnej określone są w ustawie. Fundusz nie określa liczby "należnych" pacjentowi usług rehabilitacyjnych. Lekarz prowadzący decyduje o trybie leczenia, w jakim rehabilitacja powinna się odbywać: stacjonarnym (szpitalnym), dziennym, ambulatoryjnym, jak również w niektórych sytuacjach - w warunkach domowych. To lekarz też - zgodnie ze wskazaniami medycznymi - decyduje, ile i jakich świadczeń ma być wykonanych. Wypisuje zlecenia na konieczne, jego zdaniem, świadczenia. Ubezpieczony natomiast ma prawo wybrać dowolną placówkę, z którą NFZ podpisał kontrakt na wykonywanie świadczeń opieki zdrowotnej.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka