Część rezydentur wróci do Ministerstwa Zdrowia

Beata Lisowska
opublikowano: 16-05-2007, 00:00

Minister zdrowia Zbigniew Religa wywiązał się z obietnicy danej młodym lekarzom. Wydaje się, że w wiosennym postępowaniu kwalifikacyjnym, które rozpoczęło się 1 maja, rezydentur wystarczy dla wszystkich chętnych. Podział na specjalizacje, narzucony przez resort zdrowia, zupełnie nie pokrywa się jednak z oczekiwaniami lekarzy.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Wystarczy prosty rachunek. Lekarski Egzamin Państwowy wiosną zdało mniej niż 200 stażystów. Jeśli uwzględni się także lekarzy z prawem wykonywania zawodu, którzy przystąpili do wiosennego LEP-u, to liczba uprawnionych do rozpoczęcia specjalizacji nie przekracza obecnie 540. A rezydentur w tym postępowaniu kwalifikacyjnym jest ok. 700. Wśród młodych lekarzy powstała nawet teoria spiskowa, że tak duży przesiew na LEP-ie był konieczny, by - zgodnie z obietnicą ministra - rezydentur wystarczyło.

Wszędzie za dużo

W Łodzi na 72 rezydentury jest tylko 44 chętnych. "To jest już druga tak dramatyczna sesja, w której oddamy rezydentury Ministerstwu Zdrowia" - mówi Henryk Janowski, dyrektor Wojewódzkiego Centrum Zdrowia Publicznego w Łodzi. Choć postępowanie kwalifikacyjne dopiero się zaczęło, już wiadomo, że nie będzie chętnych na rezydentury w trzech dziedzinach: rehabilitacji medycznej (10 przyznanych rezydentur, a tylko jeden wniosek o rozpoczęcie specjalizacji w tej dziedzinie), medycynie rodzinnej (20 rezydentur, 4 wnioski) oraz anestezjologii (10 rezydentur, 6 wniosków). Jednocześnie aż pięć razy tyle co miejsc jest chętnych do szkolenia się w dermatologii, a dwa razy więcej - w okulistyce.
W województwie warmińsko-mazurskim na bieżące postępowanie kwalifikacyjne były przyznane ogółem 34 miejsca rezydenckie, ale wniosków wpłynęło zaledwie 13.
"W prawie wszystkich dziedzinach medycyny jest więcej miejsc rezydenckich niż chętnych na nie. Tylko z położnictwa i ginekologii oraz z okulistyki są dwie osoby chętne na jedno miejsce. We wszystkich pozostałych dziedzinach mamy nadmiar rezydentur. Najwięcej, bo aż 10 miejsc, było w medycynie rodzinnej, a zainteresowana rezydenturą w tej dziedzinie jest tylko jedna osoba" - mówi Wiesława Maniakowska, kierownik Działu Doskonalenia Kadr Medycznych Warmińsko-Mazurskiego Centrum Zdrowia Publicznego w Olsztynie.
Nawet w tych województwach, gdzie chętnych na rezydentury jest więcej niż miejsc, zostaną pojedyncze wolne etaty. Tak jest w Małopolsce, gdzie lekarze złożyli 95 wniosków, a miejsc do podziału jest ogółem 77. Już wiadomo, że zostaną miejsca rezydenckie w 13 dziedzinach medycyny, m.in. w chirurgii klatki piersiowej, neonatologii, kardiologii dziecięcej i nefrologii. Na Mazowszu jest 106 etatów rezydenckich, a chętnych na nie 146 osób. W rzeczywistości może być mniej wykorzystanych rezydentur, bo jak mówi Katarzyna Paczek, dyrektor Mazowieckiego Centrum Zdrowia Publicznego, zwykle nie wszyscy lekarze, którzy złożyli wniosek o otwarcie specjalizacji, zgłaszają się na egzamin specjalizacyjny.

Lepiej wymienić?

Niewykorzystane etaty teoretycznie nie przepadną. Przejdą na sesję jesienną, a część z nich wróci do województw jeszcze w tej sesji kwalifikacyjnej - po zebraniu wszystkich odwołań od lekarzy. Ci ostatni chcieliby jednak, by zwrócone rezydentury zostały "wymienione" na inne, bardziej wśród nich popularne dziedziny medycyny. To jednak będzie możliwe tylko wtedy, gdy zwolnią się miejsca szkoleniowe w jednostkach. W Warmińsko-Mazurskim Centrum Zdrowia Publicznego dowiedzieliśmy się np., że jest szansa na "przekwalifikowanie" w ten sposób rezydentury z okulistyki. "Zdaje się, że zwolni się jedno miejsce akredytacyjne w tej dziedzinie, więc zamiast zwracać ministerstwu rezydenturę np. medycyny rodzinnej wymienimy ją na okulistykę" - poinformowała Puls Medycyny Wiesława Maniakowska.
Od przybytku rezydentur głowa nie powinna boleć, ale coraz częściej słychać głosy krytykujące system centralnego limitowania miejsc specjalizacyjnych. "Rozmawiałem na ten temat z konsultantami wojewódzkimi z woj. łódzkiego. Okazało się, że niektórzy z nich nie są w ogóle pytani, jakie specjalizacje są na tym terenie potrzebne i w jakich ilościach. O tym decyduje się na szczeblu centralnym" - twierdzi Grzegorz Krzyżanowski, przewodniczący Okręgowej Rady Lekarskiej w Łodzi. Jako przykład zupełnej nieznajomości realiów wśród decydentów G. Krzyżanowski podaje sytuację, która miała miejsce w jednym z poprzednich postępowań kwalifikacyjnych na specjalizacje. Resort przyznał województwu łódzkiemu 40 miejsc z medycyny rodzinnej, chociaż było wiadomo, że w regionie są tylko 23 miejsca szkoleniowe.
"Może już czas skończyć z tym systemem nakazowo-rozdzielczym. To województwa powinny mieć decydujący głos na temat liczby specjalności i rezydentur w danym regionie" - stwierdza G. Krzyżanowski. Jego zdaniem, Ministerstwo Zdrowia, ustalając limity miejsc, powinno też w większym stopniu kierować się tym, w jakich dziedzinach chcą się kształcić sami lekarze. Na razie z niechcianych miejsc rezydenckich najbardziej cieszy się Ministerstwo Zdrowia, bo wraz z rezydenturami wracają do jego budżetu pieniądze.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.