Amerykański antywzorzec?
Według danych US Census Bureau, ubezpieczenia nie ma 10 milionów imigrantów w Ameryce. Są to ludzie, dla których amerykańskie dolary liczą się dużo bardziej niż słabości tamtejszego lecznictwa. Pomijając nagłe wypadki, mogą oni wrócić na leczenie do swoich ojczyzn, o ile oczywiście będą chcieli. Aż 26 milionów, czyli prawie 60 proc. nieubezpieczonych, stanowią osoby do 34. roku życia. Jest to najzdrowsza część populacji. Wśród młodych dorosłych wielu nie wykupuje ubezpieczenia, bo z uwagi na dobry stan zdrowia uważa to za stratę pieniędzy. Niezależnie od wieku, polisy nie ma aż 17,5 miliona zarabiających ponad 50 tys. dolarów rocznie. Również w ich przypadku możemy mówić o braku woli, a nie środków.
Jak by nie patrzeć, na pewno nie mamy do czynienia z problemem wielomilionowej rzeszy ludzi pozbawionych (!) dostępu do opieki zdrowotnej, a z takimi opiniami można się spotkać. Jak zwykle prawda leży nie tam, gdzie najczęściej się ją sytuuje. Maksyma ta kłania się w pas prezydentowi Obamie i jego doradcom. By uzdrowić "zły" system, proponują oni utworzenie dostępnej dla wszystkich obywateli państwowej ubezpieczalni. Amerykański NFZ ma kosztować grube biliony dolarów. Ile dokładnie - tego nie wie nikt. Zawrotna nawet dla takiego giganta jak USA suma będzie musiała pochodzić z podatków. Już wzbudziło to falę żywiołowych protestów.
Źródeł najmocniejszej jak dotąd krytyki prezydenta Obamy należy także upatrywać w realnie brzmiących zapowiedziach wiążących reformę z psuciem systemu, wręcz jego nacjonalizacją, oznaczającą spadek jakości usług i kolejki. Oj, przydałaby się panu prezydentowi i jego ekspertom wizyta w Polsce. Jest tu już NFZ, prawie wszyscy mają ubezpieczenie i gwarantowany przez państwo bardzo szeroki dostęp do opieki zdrowotnej. Jednocześnie kto tylko może, leczy się prywatnie, a w przypadku wielu poważnych zabiegów nasi specjaliści doradzają zbiórkę pieniędzy i wyjazd do Stanów.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek