Zdzisław Grzelak został wyróżniony dziecięcym Orderem Uśmiechu

Marcin Murmyło, Wrocław
opublikowano: 14-04-2003, 00:00

Za pomoc dzieciom chorym na hemofilię wrocławski lekarz Zdzisław Grzelak został nagrodzony Orderem Uśmiechu. Sam jest również chory na hemofilię. Być może właśnie dlatego wie, jak wywołać uśmiech na twarzach chorych dzieci.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Order Uśmiechu i dołączona do niego legitymacja z numerem 701 zajmują w domu wrocławskiego lekarza Zdzisława Grzelaka zaszczytne miejsce. W sąsiednim pokoju suszy się pąsowa róża, którą 2 kwietnia mianowano go na Kawalera Orderu Uśmiechu. Obok niej kilkanaście zdjęć z tej ceremonii w Dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim.
?Wypić sok z wyciśniętych cytryn nie było trudno. Z przejęcia wypiłem również pestki, które dostały się do soku. A potem musiałem się uśmiechnąć i udało się" - opowiada Z. Grzelak.
Kapituła Międzynarodowego Orderu Uśmiechu postanowiła nagrodzić go za to, co zrobił i nadal robi dla dzieci chorych na hemofilię. ?Jest naszym przyjacielem i oparciem w chorobie. Zawsze możemy liczyć na jego pomoc" - mówili jego podopieczni podczas uroczystości wręczania orderu.
Zdzisławowi Grzelakowi łatwo jest zrozumieć chorych na hemofilię. Sam jest jednym z nich. Zna tę chorobę jak nikt, jest przecież lekarzem-transfuzjologiem.
Zostać lekarzem
W rodzinie Zdzisława Grzelaka nie było przed nim chorych na hemofilię.
?Przeanalizowałem całą genealogię i jestem pierwszym, który cierpi na tę chorobę. Widocznie mutacja ta pojawiła się u mojej mamy. Mam córkę, która naturalnie jest nosicielem wadliwego genu. W zeszłym roku Ania wyszła za mąż. Z moją żoną Haliną czekamy na wnuki. Gdyby był to chłopiec, ma 50 procent szans, że będzie zdrowy. Przeprowadzimy oczywiście badania genetyczne" - mówi Z. Grzelak.
Jego rodzice starali się troskliwie nim opiekować w dzieciństwie. Ponad czterdzieści lat temu jedynym sposobem leczenia wylewów do stawów i mięśni był bezruch i przykładany lód. Dopiero w latach 60. pojawiło się świeżomrożone osocze antyhemofilowe (podawano nawet do 2 litrów, przez co bardzo obciążało się układ krążenia). W latach 70. z osocza wyodrębniano krioprecypitat, a później pojawiły się na rynku izolowane czynniki krzepnięcia. To była rewelacja.
?Pamiętam z dzieciństwa ten straszny ból, którego zdrowy człowiek chyba nie jest w stanie sobie wyobrazić. Potem tworzą się zrosty i bolesne przykurcze. To wszystko przeżyłem. Wtedy zetknąłem się z ludźmi w białych fartuchach i postanowiłem być jednym z nich" - opowiada.
Na studia medyczne na miejscowej Akademii Medycznej dostał się bez trudu za pierwszym razem. Nikt nie robił mu przeszkód z powodu jego ułomności. W trakcie studiów choroba wielokrotnie dawała mu się we znaki, był zmuszony opuszczać zajęcia, ale lekarzem po ośmiu latach jednak został.
?W czasie studiów był świetnym kolegą. Nie absorbował nikogo swoim schorzeniem, niektórzy nigdy nie dowiedzieli się, że jest chory na hemofilię" - mówi dr Jolanta Kasperkiewicz-Skałecka, koleżanka z lat studenckich.
Po studiach, z przypadku podjął pracę w Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa, która później przekształciła się w Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Był blisko wszystkiego, co dotyczyło jego choroby. ?Doktor Grzelak był świetnym pracownikiem. Przede wszystkim doskonałym fachowym, a jednocześnie bardzo życzliwym. Miał zawsze świetny kontakt z krwiodawcami. To wzór dla innych" - mówi dr Ryszard Kozłowski, dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa we Wrocławiu.
Najgorsza jest bezczynność
Od 10 lat Zdzisław Grzelak przewodzi Wrocławskiemu Kołu Polskiego Stowarzyszenia Chorych na Hemofilię.
?Nasze koło liczy obecnie 170 osób, dorosłych i dzieci. To czysto męskie grono, bo to taka choroba, która bardzo rzadko dotyka kobiety. Znam w Polsce tylko dwa takie przypadki" - opowiada doktor.
Stowarzyszenie pod jego kierownictwem jest aktywne, słynne było zwłaszcza z organizowanych turnusów rehabilitacyjnych dla dzieci. ?Wszystko robiliśmy sami. Załatwialiśmy ośrodek, wychowawców, rehabilitantów, autobus, do którego osobiście nosiłem kartonowe pudła z czynnikami krzepnięcia. Podawaliśmy je potem chłopcom profilaktycznie, przed ćwiczeniami, a oni hasali do woli. Jeździli na rowerach, pływali, a nawet grali w koszykówkę czy piłkę nożną, również ze zdrowymi. Co to była dla nich za satysfakcja! W bogatych krajach, jak Dania czy Kanada, w ten właśnie sposób postępuję się z chorymi na hemofilię do lat 16, kiedy najbardziej się rozwijają i równocześnie są narażenie na urazy i uszkodzenia. Niestety, u nas podaje się czynniki VIII czy IX tylko na tzw. żądanie, po wylewie. Barierą jest cena: 1 jednostka preparatu kosztuje średnio 1,30 dolara, a takich jednostek przy średnim wylewie trzeba podać od 600 do 1000. Przemnóżmy to przez 30 do 100 takich epizodów rocznie i wiemy już, dlaczego w Polsce jest to na razie nierealne" - opowiada Zdzisław Grzelak.
Uśmiech cyborga
Od dwóch lat Zdzisław Grzelak jest na rencie. Jego organizm wytworzył przeciwciała przeciwko preparatom czynnika VIII i przestał reagować na podawany lek.
?Musiałem zrezygnować z pracy w stacji krwiodawstwa, jednak nie ze Stowarzyszenia. mieję się, że jestem niemal cyborgiem, bo mam wymienione już oba stawy biodrowe i kolanowe. Sam próbuję się odczulać na takiej samej zasadzie, jak odczula się w alergiach. Podaję sobie trzy razy w tygodniu czynnik VIII i, odpukać, od stycznia jest już lepiej. Mój organizm przyzwyczaił się ponownie do niego i udaje się w coraz większym stopniu zahamować krwawienia. Myślę już o powrocie do pracy. Mam przecież tylko 53 lata. Ileż można bezczynnie siedzieć w domu?" - mówi Zdzisław Grzelak.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marcin Murmyło, Wrocław

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.