Zbyt mała liczba lądowisk awaryjnych ogranicza sprawność systemu ratownictwa medycznego

Ewa Szarkowska
opublikowano: 24-04-2002, 00:00

W ramach systemu zintegrowanego ratownictwa medycznego powstają kolejne oddziały ratunkowe. Tylko nieliczne dysponują lądowiskami awaryjnymi.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W Polsce działa już ponad 70 oddziałów ratunkowych. W przypadku wielu placówek oczywisty, wydawałoby się, wymóg posiadania lądowiska awaryjnego pozostaje nadal w sferze marzeń. ,Są ogromne kłopoty z lądowiskami przy szpitalach. Często dochodzi do sytuacji, że lot z bazy do wypadku i z powrotem trwa 20 minut, a dalszy transport chorego karetką od miejsca lądowania do szpitala godzinę - podkreśla Robert Gałązkowski, szef medyczny Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (LPR). - Po to tworzy się system ratownictwa medycznego: tam, gdzie jest oddział ratunkowy, śmigłowiec z chorym z zagrożeniem życia powinien móc wylądować".
LPR dysponuje 15 bazami. W każdej z nich stacjonuje przynajmniej jeden śmigłowiec gotowy do startu w ciągu 3 minut, z lekarzem i pielęgniarką lub ratownikiem medycznym na pokładzie. Trzy bazy: w Krakowie, Gdańsku i Szczecinie dysponują dodatkowo samolotami transportowymi M-20 Mewa o zasięgu 1000 km. Od 1 lipca planowane jest uruchomienie sezonowej bazy w Giżycku, aby zabezpieczyć rejon Wielkich Jezior.
Najlepiej prosto na dziedzińcu
Zdaniem Juliusza Jakubaszki, krajowego konsultanta ds. ratownictwa medycznego, ideałem byłoby uruchamianie takich lądowisk jak w Nowej Soli czy w Bydgoszczy, gdzie śmigłowce lądują na dziedzińcach szpitalnych. Nie wszędzie jednak - ze względu na ciasną zabudowę - będzie to możliwe.
W Nowej Soli największym problemem było uzyskanie zezwolenia na wycięcie topól, które porosły zbudowane kiedyś, a dziś nie używane miejsce do lądowania. Prace adaptacyjne wymagały niewielkich pieniędzy, więc wyłożył je sam szpital. ,Potraktowaliśmy to jako inwestycję, która szybko zarobi na siebie. I zarabia" - tłumaczy Bożena Osińska, dyrektor Szpitala Powiatowego, podkreślając korzyści z istnienia lądowiska: możliwość większej liczby hospitalizacji i udzielenia szybkiej pomocy chorym.
Bywa jednak i tak, że dyrektorzy szpitali chcą wywiązać się z wymogu posiadania lądowiska, ale w jego uruchomieniu przeszkadza brak lokalizacji i pieniędzy. Dolnośląski Szpital Specjalistyczny-Centrum Medycyny Ratunkowej we Wrocławiu od dłuższego czasu zabiega o taki plan zagospodarowania przestrzennego, który umożliwi zbudowanie lądowiska awaryjnego w bezpośredniej bliskości szpitala. Obecnie śmigłowce lądują na okolicznych łąkach, skąd chorzy dowożeni są karetką.
,Koszt nie byłby zbyt wysoki, bo nawet dysponujemy pewną ilością kostki, która wystarczyłaby na wyłożenie części lądowiska. Niestety, nie zmieści się ono na działce należącej do szpitala. A na proponowaną przez nas lokalizację nie zgadzają się (w obawie przed hałasem śmigłowców) mieszkańcy" - wyjaśnia dyrektor szpitala Marek Nikiel.
migłowiec niemile
widziany
Jak mówi prof. J. Jakubaszko, powody wymieniane w protestach przeciwko powstaniu lądowiska są czasami śmieszne, np. że śmigłowiec zakłóci pracę anten satelitarnych.
Jerzy Szarecki, dyrektor Szpitala Dziecięcego w Lublinie ma lokalizację, ale nie ma pieniędzy na inwestycję. ,Brakuje mi ok. 400 tys. zł na budowę spełniającego wszelkie standardy nowoczesnego lądowiska. Do tej pory udało mi się zdobyć 120 tys. zł od sponsora - PZU Życie. W naszym szpitalu leczą się dzieci z całego województwa. Dlatego z prośbą o wsparcie zwróciłem się do samorządu wojewódzkiego, władz Lublina i Ministerstwa Zdrowia" - mówi dyr. Jerzy Szarecki.
Na razie szpital otrzymał odpowiedź odmowną tylko z urzędu wojewody lubelskiego. A zdaniem dyr. J. Szareckiego, lądowisko w tym miejscu jest konieczne, bo obsługiwałoby dwa oddziały ratownicze: w szpitalu dziecięcym i w niedalekim szpitalu klinicznym dla dorosłych. Obecnie w Lublinie jest jedno miejsce do lądowania przy Szpitalu Wojewódzkim.
Dziurawy system
System ratownictwa bez odpowiedniej sieci lądowisk nie będzie sprawnie działał. ,Pracę naszych załóg zbyt często niweczy brak możliwości wylądowania niemalże przed wejściem do szpitala. Na przykład w Warszawie jest tylko jedno lądowisko spełniające standardy - przy Szpitalu Wojskowym przy ul. Szaserów. Chcąc dowieźć jak najszybciej chorego do szpitala przy ul. Banacha, piloci śmigłowców lądują na Polach Mokotowskich, zagrażając bezpieczeństwu licznie spacerujących tu ludzi" - twierdzi Robert Gałązkowski.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Ewa Szarkowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.