Zawód lekarza to posłannictwo
"Z doświadczenia wiem, że między prawdą obiektywną a prawdą, jaką chory chce usłyszeć, jest różnica. Po 20 latach praktyki zazwyczaj widzę w oczach chorego, ile jest w stanie znieść. Zapewniam wszystkich, że pozytywne, przyjazne nastawienie drugi człowiek wyczuwa błyskawicznie. A przyjazna atmosfera buduje chęć do walki. Budowanie zaufania to długotrwały proces. A bez niego nie ma leczenia. To oczywiście wymaga czasu i zaangażowania, ale w końcu chodzi o życie drugiego człowieka. Czy gdybyśmy sami znaleźli się w takiej sytuacji, nie chcielibyśmy być tak traktowani?" - pyta prof. Bogusław Maciejewski, szef Centrum Onkologii w Gliwicach.
- Każdy chory, który wchodzi do gabinetu, jest w dużym stresie: chciałby ufać, że lekarz da z siebie wszystko, wybierze najlepszą z dostępnych metod, by go wyleczyć. Widząc jednak przed sobą obcą osobę, nie wie tego na pewno. Pierwszy mur, który odgradza pacjenta i lekarza, to biały fartuch, podkreślający dominującą pozycję lekarza. Onieśmiela, sprawia, że chory boi się zadawać wnikliwe pytania, nie wiedząc, czy zbytnia wnikliwość nie urazi lekarza, czy lawina pytań nie zniechęci go, sugerując obawy i brak zaufania. A jeśli lekarz powie: "skoro mi pan nie wierzy, proszę szukać pomocy gdzie indziej"? Od samego początku pacjent jest więc w roli podrzędnej. Istotą działań lekarza jest unikanie takich sytuacji, stworzenie choremu warunków do budowania zaufania. Ideałem byłoby pozwolić mu uwierzyć, że w tym momencie jest dla mnie indywidualnym, jedynym pacjentem, któremu poświęcam cały swój czas, by mu pomóc.
Oczywiście, coś takiego łatwo się mówi, znacznie trudniej realizuje. Wszyscy znamy polską rzeczywistość: kilkudziesięciu pacjentów dziennie i stosy dokumentów. Ustalanie takich szczegółów, jak adres, wiek i PESEL to dość niefortunny początek do intymnych rozmów. Do tego ograniczony czas wizyty: czy to w ogóle możliwe, by zdobyć zaufanie obcej osoby w 15 minut? Niemożliwe. W tym czasie można jedynie zasiać ziarno nadziei na to, że ta współpraca będzie się dobrze układać, spowodować, że chory zechce przyjść jeszcze raz akurat do nas.
- Jak to zrobić?
- Lekarz powinien być człowiekiem ciepłym i pozytywnie nastawionym do drugiego człowieka. Ktoś, dla kogo drugi człowiek jest wrogiem lub intruzem, nigdy nie będzie dobrym lekarzem. Może to zabrzmi patetycznie, ale trzeba po prostu kochać ludzi. Ten zawód powinien być posłannictwem, czymś więcej niż pracą za pieniądze. Z takim podejściem można mieć nawet stu pacjentów dziennie, a dla każdego znajdzie się ciepłe słowo.
Nie zawsze to jest łatwe, ale każdego można przełamać. Każdego. Tylko nie można odgradzać się, trzeba rozmawiać ciepło, spokojnie, traktować chorego jak osobę prywatną, a nie pacjenta-klienta. Czasami wystarczą drobne gesty, uśmiech, miłe słowo.
Najlepiej widać to przy porannym obchodzie w szpitalu. Bardzo często przebiegają one dość anonimowo. Lekarze w białych fartuchach stają przy łóżku, rozmawiają o chorym językiem, którego on nie rozumie, w dodatku jakby go tam nie było! A tę barierę można naprawdę przełamać bez wielkiego wysiłku, np. stając obok łóżka, a nie naprzeciwko, zwracając się do chorego bezpośrednio, po imieniu, podczas rozmowy dotykając jego ręki. Lekarz musi pokazać swojemu pacjentowi, że jest przy nim, odpowiadać na pytania, tłumaczyć, pielęgnować nadzieję na dobre zakończenie.
Zapewniam wszystkich, że pozytywne, przyjazne nastawienie drugi człowiek wyczuwa błyskawicznie. A przyjazna atmosfera buduje chęć do walki. Takie zachowania trzeba powtarzać za każdym razem. Budowanie zaufania to długotrwały proces. A bez niego nie ma leczenia. To oczywiście wymaga czasu i zaangażowania, ale w końcu chodzi o życie drugiego człowieka. Czy gdybyśmy sami znaleźli się w takiej sytuacji, nie chcielibyśmy być tak traktowani?
Kolejnym wyzwaniem jest budowanie w chorym wiary, że decyzje, które podejmuje ze swoim lekarzem odnośnie do leczenia są słuszne, a przede wszystkim - że warto podjąć walkę. By ta wiara była trwała, chory musi poznać całą gamę objawów, które będą pojawiały się w trakcie leczenia, a które nie zawsze mają związek z chorobą. To konieczne, by nie wywoływały w nim strachu, że zaordynowane leczenie jest gorsze od innych metod. Trzeba mu wytłumaczyć, że leczenie onkologiczne nigdy nie jest obojętne, że to zawsze miecz obosieczny, balansowanie pomiędzy szansą, prawdopodobieństwem wyleczenia a ryzykiem powikłań.
- Jakich słów powinien używać lekarz w takiej sytuacji?
- Chory zazwyczaj oczekuje kategorycznych odpowiedzi dotyczących określenia szansy na wyleczenie, skutków ubocznych, jakości życia w chorobie i po zakończonym leczeniu itd. Żeby lekarz był wiarygodny, musi mówić prawdę. Jak to jednak zrobić, by nie doprowadzić do załamania u chorego?
Najlepiej mówić o szansie na to lub tamto. W żadnym wypadku nie wolno używać kategorycznych stwierdzeń, np. "na pewno panią wyleczymy" albo "niestety, nic nie możemy zrobić". Operowanie pewnikami to narzędzie wszelkiego rodzaju uzdrowicieli. Ono daje im przewagę nad lekarzami, bo chorzy tego potrzebują i oczekują. Jednak chcąc być uczciwym, nie możemy sobie na to pozwolić. Nigdy nie wiemy, jaki skutek wywoła prawda - nawet ta powiedziana w przyjaznej atmosferze: dobije chorego czy raczej zachęci do walki. Z doświadczenia wiem, że między prawdą obiektywną (przekazaną w całości, od początku do końca) a prawdą, jaką chory chce usłyszeć jest jednak różnica. Po dwudziestu latach praktyki zazwyczaj widzę w oczach chorego, ile jest w stanie znieść.
Nie jest tajemnicą, że moim pacjentem był znany dziennikarz Kamil Durczok. Przy pierwszej rozmowie powiedziałem do niego: chcesz to wygrać? Ja też. Ale wiedz, że będzie ciężko. On przeszedł nieprawdopodobną golgotę. Do tego był wyjątkowo trudnym pacjentem. Już na wstępie zapowiedział, że nie zrezygnuje z pracy. Wyczułem, że nie mogę mu tego zabronić, bo to go będzie trzymało przy życiu. Dawkowałem mu więc wiedzę na temat tego, co go czeka, bo cała prawda powiedziana od razu mogłaby być zbyt trudna. I to się sprawdziło.
A więc ująłbym to tak: stajemy przed dylematem nie tyle wyboru prawdy lub kłamstwa, ile przemilczenia pewnych faktów lub dawkowania prawdy. To jedna z moich metod budowania dobrych relacji z pacjentem. Każdego chorego trzeba potraktować indywidualnie, dla każdego znaleźć odrębny sposób komunikacji.
- W jakim więc stopniu chory jest partnerem w procesie leczenia?
- Przepisy mówią o tym, że pacjent powinien wiedzieć, jaką ma chorobę, znać metody leczenia, prognozy co do wyleczenia. Proszę mi jednak powiedzieć, jak pacjent, który nie jest fachowcem, ma wybrać sposób leczenia, gdy często sam lekarz ma wątpliwości? Musi zdać się na lekarza. A ten, choć ma do dyspozycji pewne narzędzia i ustanowione standardy postępowania, to ma także świadomość, że u każdego taki sam nowotwór, w takim samym stopniu zaawansowania, w takiej samej lokalizacji może przebiegać diametralnie różnie. Bo każdy z nas jest niepowtarzalny, niemożliwy do porównania. Kiedy Kamilowi paskudnie rozeszła się rana pooperacyjna, byłem w strachu. Wszystko szło już naprawdę dobrze i nagle coś takiego. Byłem zły, bo Kamil nie zastosował się do zaleceń i chorą ręką odgarniał śnieg z samochodu (nie mógł wiedzieć, że wszędzie mam szpiegów i zaraz miałem w tej sprawie telefon). Ale co zrobić. Stało się. Nakrzyczałem na niego i zacząłem się zastanawiać, co robić. Myślałem, myślałem, aż przypomniałem sobie przypadek sprzed lat, gdy na pewnego chorego podziałał preparat pobudzający gojenie rany. Postanowiłem spróbować znowu. Powiedziałem mu "nie będzie łatwo", a on zgodził się na wszystko. To było niezwykłe: rana zagoiła się w ciągu dwóch miesięcy, choć wiele wskazywało na to, że - jeśli w ogóle się uda - potrwa to znacznie dłużej.
Każdy lekarz ma chwile, gdy wydaje mu się, że potrafi przesuwać skały, że wszystko wie. Gdy porażka przychodzi w takim momencie, może doprowadzić do załamania. Dlatego trzeba zawsze pamiętać, że nie ma ludzi wolnych od błędu. To raczej kwestia powodu. Nie może zdarzyć się lenistwo, zaniechanie, niewiedza, głupota. Może zdarzyć się przypadek.
Krytycyzm, dystans, pokora przychodzą zazwyczaj z wiekiem i doświadczeniem. Z drugiej strony nieprzesadzony narcyzm jest wspaniały, daje siłę i energię. To kwestia umiejętności wyważenia, bardzo trudna do osiągnięcia. Nie znajdziemy jej w żadnym podręczniku, nie załatwiają jej żadne standardy. Do tego potrzebny jest mentor, który swoim postępowaniem, podejściem do chorego wskaże nam, jak postępować.
- Co daje lekarzowi satysfakcję w naznaczonej cierpieniem i śmiercią onkologii?
- Pewien znajomy lekarz powiedział mi kiedyś: jeśli masz stu "łatwych" chorych i u jednego coś zawalisz, zmień zawód. Ale jeśli spośród stu beznadziejnie chorych, jednego uda ci się wyleczyć, idź tą drogą, bo jesteś dobry. Czasem warto zaryzykować, uprawiać medycynę precedensu, bo przecież medycyna, pomimo postępu technicznego, nadal pozostaje sztuką. Na wiele tysięcy chorych, jakich miałem, kilku udało mi się wyciągnąć z kompletnej beznadziei; wyszli cało z choroby, choć wszystko wskazywało na to, że nie mają żadnych szans. Żadnych. Na tym polega smak onkologii - to ciągła walka o każdego pojedynczego chorego.
Jednak choć zdarzają nam się spektakularne zwycięstwa, to trzeba pamiętać o tym, że w chorobach nowotworowych nie ma czegoś takiego jak natychmiastowe wyleczenie. To raczej rozpoczęcie dobrej drogi, ale i życie z brzemieniem niepewności. Kilka, kilkanaście lat regularnych kontroli, z których każda jest koszmarnym przeżyciem. O tym w stosownym momencie także trzeba powiedzieć swojemu pacjentowi.
Mam pacjentkę, która powiedziała mi kiedyś: "przed każdą kontrolną wizytą nienawidzę pana, ale kiedy odbieram pozytywne wyniki tych badań - wtedy pana kocham". To świetnie obrazuje emocje, jakie targają chorymi po zakończonym leczeniu onkologicznym.
- Jednak zdarzają się głosy krytyczne, że onkolodzy są oschli, nieprzystępni, że poświęcają pacjentom zbyt mało czasu.
- W Polsce jest zwyczaj krytykowania bez zachowania równowagi i pokazywania także dobrych wzorców. To prawda, że polska medycyna w wielu przypadkach wciąż jest bardzo siermiężna, ale na to składa się wiele czynników, także niezależnych od lekarzy, m.in. niejasnego sposobu finansowania. To prawda, że i wśród lekarzy - jak w każdym zawodzie - są rzemieślnicy, którzy tylko wykonują swoją pracę, nie wkładając w nią serca.
Jednak przyglądając się kolegom, widzę, że niemal wszyscy onkolodzy, i nie tylko, są swojej pracy bardzo oddani. Ich zaangażowanie nie kończy się po wyjściu z kliniki. Dla chorego czy jego rodziny w sytuacjach dramatycznych, gdy nie potrafią sobie poradzić, nie ma znaczenia, że jest sobota, późna noc czy święto. I trzeba umieć to uszanować, nie można pokazać zniecierpliwienia, nawet jeśli je odczuwamy. Bo stracimy wiarygodność. Prawość i uczciwość są w naszym zawodzie bardzo ważne. Swoim zachowaniem powinniśmy pokazywać, że to, co mówimy jest zgodne z naszym postępowaniem. I uważam, że onkolodzy w większości tacy są - w przeciwieństwie do zachodniej, skomercjalizowanej medycyny, gdzie jest "coś za coś".
To prawda, że w tej dziedzinie medycyny codziennie borykamy się ze śmiercią, bólem, cierpieniem, które frustrują, czasem wręcz obezwładniają. Proszę sobie jednak wyobrazić, jaką satysfakcją, jakim fantastycznym odczuciem jest prowadzenie chorego, który wygrywa! To dla nich to wszystko.
Uprzywilejowani
O relacjach z lekarzami mówi Marianna Durczok,
żona Kamila:
Kiedy po zabiegu rzekomego krwiaka szłam z wizytą do szpitala, gdzie operowany był mój mąż, byłam spokojna. Zapukałam do gabinetu profesora, który operował Kamila, by spytać, kiedy będę mogła zabrać męża do domu i jak w ogóle wygląda sytuacja. Między kanapką z pomidorem a herbatą profesor powiedział, że "wygląda mu to brzydko". "Co to znaczy" - drążyłam. "Nowotworowo" - odpowiedział i chyba przestraszył się, że powiedział za dużo, bo szybko dodał, że "tak poza tym, twój mąż jest bardzo zdrowym człowiekiem". Zabrzmiało to absurdalnie, choć teraz wiem, że żeby leczyć się na raka, trzeba być w dobrej kondycji.
Rak. Wróciłam do domu. Na co dzień w swojej pracy dziennikarskiej zdarzało mi się zajmować medycyną. Zadzwoniłam do znajomych lekarzy w Instytucie Onkologii. Chciałam wiedzieć, czy jest nowotwór, który początkowo wygląda jak krwiak. Kiedy usłyszałam, że jest, nabrałam przekonania, że Kamil ma raka. Nie czekając na ostateczną opinię chirurgów, zaczęłam uruchamiać machinę w Instytucie Onkologii. To było o tyle łatwiejsze, że już wcześniej robiłam akcje profilaktyczne z udziałem lekarzy z tego ośrodka, znałam ich z rozmów o onkologii w studiu telewizyjnym. Byliśmy więc w pewnym sensie w komfortowej sytuacji.
Profesor. Prof. Maciejewski jest bardzo wyjątkową osobą. Mam dla niego mnóstwo szacunku, trochę się go boję, ale kocham go bezgranicznie od momentu, kiedy poznałam go, lata temu. Nie jestem odosobniona w tej opinii, on potrafi zjednywać sobie ludzi. Ale najtrafniej ujęła to kiedyś jego żona, dr Mariola Maciejewska, która sama jest znakomitym lekarzem praktykiem, mówiąc, że on marnuje się jako dyrektor instytutu, bo jego najwłaściwsze miejsce jest przy łóżku chorego.
Przy łóżku Kamila spędził wiele godzin: gdy tylko był w Gliwicach, przynosił mu rano bułki i gazetę, i siadał, żeby pogadać. Do końca życia będę mu wdzięczna za ten czas, jaki poświęcał mężowi. Był jego terapeutą i psychoterapeutą.
Lekarz. Nie każdy lekarz musi to umieć: ktoś może być świetnym chirurgiem i do tego nie jest konieczna umiejętność rozmawiania z pacjentami. Jednak jeśli czyjaś codzienna praca polega na stałym kontakcie z chorymi, to oprócz wiedzy medycznej, musi mieć i trochę psychologicznej. Przede wszystkim jednak trzeba kochać swoją pracę i kochać ludzi. A tego nie da się nauczyć. Wielu takich lekarzy spotkaliśmy w Instytucie Onkologii, z niektórymi zaprzyjaźniliśmy się, bo to cudowni ludzie.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka