W sprawach lojalności wobec pracodawcy daleko nam do normalności
Felietonista Sławomir Badurek uważa, że zakaz konkurencji w zdrowiu będzie coraz szerzej stosowany
Jestem przekonany , że podobnych wiadomości będzie coraz więcej. Z roku na rok przybywa prywatnych szpitali i poradni ubiegających się o umowę z NFZ. Znaczną część z nich zakładają lekarze pracujący jednocześnie w sektorze publicznym. Nie może dziwić, że nie są to rezydenci a kierownicy klinik, ordynatorzy i doświadczeni specjaliści o uznanej renomie. Prywatne lecznice zatrudniają zwykle w ramach umowy cywilnoprawej innych lekarzy, w tym pracujących w sektorze publicznym. Z punktu widzenia pacjenta wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Okazuje się bowiem, że do rozchwytywanego specjalisty łatwiej niż w uniwersyteckiej klinice można dostać się w emanującym nowoczesnością prywatnym szpitalu. I w dodatku to nic nie kosztuje!
Także ów cieszący się dużym wzięciem specjalista jest zadowolony , bo dodatkowi pacjenci to większe dochody. A jeśli jednocześnie pracuje „na swoim”, może być zadowolony podwójnie. Bo jako szef wpływa nie tylko na wydatki w firmie, ale i przychody, podpisując kontrakt na najbardziej opłacalne procedury oraz w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany nastawiając się na jak najmniej kosztochłonne przypadki. A jeśli dojdzie do powikłań, zawsze można odesłać chorego do publicznego szpitala, niekiedy wprost na „swój” oddział.
Problem byłby mniejszy , gdyby płatnik pokrywał rzeczywiste koszty leczenia. Ale tak nie jest. Wypłacany ryczałt zachęca, by w ramach tej samej procedury leczyć wymagających możliwie najmniej interwencji chorych. Stawia to w uprzywilejowanej sytuacji placówki, które nie muszą pełnić dyżurów i są nastawione na wybrane usługi. Nic dziwnego, że zwłaszcza dyrektorzy dużych publicznych szpitali krzywo patrzą na taką konkurencję. A niezadowolenie jest największe, gdy o kontrakt z NFZ na wykonywanie bliźniaczych procedur ubiega się jeden z kluczowych pracowników. Ponieważ pula pieniędzy, którą dysponuje narodowy płatnik, nie zwiększa się wraz ze wzrostem liczby świadczeniodawców, takie współzawodnictwo stwarza realne zagrożenie zmniejszenia kontraktu dla jednostki publicznej. Ergo przedsiębiorczy specjalista godzi w interesy współpracowników – lekarzy, pielęgniarek, a także innego personelu.
Najskuteczniejszym sposobem , by nie dochodziło do tak jaskrawego konfliktu interesów jest obwarowanie stosunku pracy zakazem konkurencji. Nie jest prawdą, że w rodzimej medycynie tego typu regulacje to wyjątek. Od lat pracy dla konkurencji zabraniają duzi, prywatni pracodawcy. Nierzadko wymagane jest zamknięcie gabinetu prywatnego przed podjęciem pełnoetatowego zatrudnienia. Jeśli lekarz nie jest wolnym strzelcem świadczącym usługi dla kilku czy nawet kilkunastu pracodawców i potrafi wskazać podstawowe miejsce pracy, nie powinien się dziwić, że szef tej jednostki będzie od niego wymagał lojalności w postaci braku świadczenia usług na rzecz firmy konkurencyjnej. Daleko nam do normalności, ale już obecnie wielu specjalistów pracuje nie tam, gdzie musi, ale tam, gdzie chce. Zgoda na zatrudnienie to zgoda na oferowane warunki. Na temat możliwości pracy w firmie konkurencyjnej lekarz i pracodawca powinni porozumieć się przed podpisaniem umowy.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek