W Niemczech pracuje się inaczej
W Niemczech pracuje się inaczej
O warunkach pracy w niemieckich szpitalach, operowaniu tam polskich dzieci, blaskach i cieniach sławy, a także o zawodowych problemach i marzeniach rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Edwardem Malcem, polskim kardiochirurgiem, który od 7 lat operuje w Niemczech.
Pracował pan wcześniej w klinice w Monachium. Od stycznia 2013 r. kieruje pan Kliniką Kardiochirurgii Dziecięcej w Szpitalu Uniwersyteckim w Münster. Jaka była przyczyna tej zmiany?
W Monachium kardiochirurgia dziecięca była częścią kardiochirurgii dorosłych. Pomimo że byłem tam szefem programu leczenia wrodzonych wad serca, nie miałem pełnej niezależności. Ze Szpitala Uniwersyteckiego w Münster otrzymałem ofertę odbudowy kliniki kardiochirurgii dziecięcej, przy czym miała to być jednostka niezależna od kardiochirurgii dorosłych. To była trudna decyzja, ale jej nie żałuję. A z kliniką w Monachium nadal współpracuję. Wciąż zresztą ponawiają propozycję, abym do nich wrócił.
Dostał pan też propozycję pracy w Polsce…
Tak, prof. Jacek Moll zaproponował mi, żebym pracował w jego klinice w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. To świetnie przygotowany ośrodek, a prof. Moll jest znakomitym kardiochirurgiem. Ośrodek łódzki — podobnie jak ten, w którym teraz pracuję — ma pod jednym dachem wszystko: diagnostykę prenatalną, położnictwo, neonatologię, kardiologię i kardiochirurgię. Ja jednak przyzwyczaiłem się do pracy w Niemczech, mam tam wspaniałe warunki. Musiałbym mieć pewność, że w Łodzi uda mi się osiągnąć takie wyniki, jak obecnie w klinice w Münster, a to mogłoby być trudne. W Niemczech sprawy finansowe, decydujące m.in. o dostępie do nowoczesnych technologii, wyglądają zupełnie inaczej. Takie problemy, jakie były ze sztucznym płucosercem w Łodzi, kiedy z powodu awarii trzeba było wstrzymać operacje dzieci, nie zdarzają się w ośrodku, w którym pracuję. Załatwia się je w kilka minut. Różnica w dostępie do nowoczesnych technologii w zakresie diagnostyki, chirurgii i leczenia pooperacyjnego jest nadal jeszcze istotna.
To kwestia wyłącznie finansów czy organizacji pracy?
I jednego, i drugiego. W Niemczech pracuje się trochę inaczej. Praca jest zespołowa: chirurdzy, anestezjolodzy, zespoły pielęgniarskie czy perfuzjoniści doskonale współdziałają. Spotykamy się, omawiamy problem i działamy. Dzięki temu uzyskujemy tak doskonałe wyniki — śmiertelność pooperacyjna poniżej 1 proc. to prawdziwy sukces. Niewiele ośrodków może poszczycić się aż tak dobrym wynikiem.
Czy jakiś inny polski ośrodek bierze pan pod uwagę jako miejsce ewentualnej pracy?
Były oferty z innych miejsc, ale jeżeli w ogóle miałbym się przenosić, to łódzki ośrodek najbardziej spełniałby moje oczekiwania. To jeden z nielicznych ośrodków w Polsce, w którym operowane są wszystkie wady serca u dzieci. Jest doskonale wyposażony i pod każdym względem świetnie przygotowany. Nie rozpatruję jednak powrotu do Polski w najbliższej przyszłości i nie wiem, czy kiedykolwiek.
Niektórym jest żal, że taki specjalista nie operuje w Polsce…
Przywykłem już do różnych uwag. Ja nie zapominam, że jestem Polakiem. Kardiochirurgii uczyłem się w Krakowie u prof. Eugenii Zdebskiej. Swoje umiejętności doskonaliłem u prof. Williama Norwooda w Stanach Zjednoczonych, potem pracowałem z nim w Szwajcarii. Kiedy stamtąd wróciłem, prof. Zdebska — ze względu na stan zdrowia — odchodziła z pracy i poproszono mnie, abym ją zastąpił. Choć miałem właśnie jechać do USA, zostałem. Nigdy tego nie żałowałem, bo udało mi się stworzyć zespół i infrastrukturę w Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu. Ale później nie mogłem operować w zgodzie z własnym sumieniem. Były naciski administracji, dyrekcja narzucała mi, kogo mam operować, z jakich terenów, w jakiej kolejności...
Kiedy wyjechałem do Niemiec, już po miesiącu zacząłem dostawać listy, maile i telefony z prośbami, abym operował polskich pacjentów. Niebawem przekroczę liczbę 500 dzieci zoperowanych z Polski. To całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że główną grupę moich pacjentów stanowią dzieci z Niemiec, ale operuję również pacjentów z innych stron świata.
Jestem Polakiem i polskim lekarzem. Mam dwie sekretarki, które mówią po polsku, kilku lekarzy w zespole mówiących po polsku i nikomu to w Niemczech nie przeszkadza. Jednym z warunków mojego przyjazdu do Münster było to, że będę operował polskie dzieci i w związku z tym musi być odpowiednia infrastruktura, np. hotele dla rodziców. Dało się to zorganizować bez problemu. Moi niemieccy pracodawcy są zadowoleni, że mają kardiochirurgię na wysokim poziomie, chociaż ze względów finansowych nie jest to dla nich zbyt korzystne, ponieważ ceny dla pacjentów z Polski są dużo niższe niż dla innych pacjentów zagranicznych. Cieszę się z takiego układu. Zarówno Polacy, jak i wszyscy inni pacjenci, którzy do mnie trafiają, są bardzo elegancko i serdecznie traktowani. Jestem pod wrażeniem.
Czy taka popularność nie jest dla pana obciążająca?
Faktycznie, to ogromna presja. Żeby przyjechać do kliniki w Münster, rodzice z Polski płacą ogromne pieniądze, dlatego musimy zapewnić im leczenie na najwyższym możliwym poziomie. Przyjeżdżają do mnie rodzice, których dzieci mają najcięższe wady serca, kwalifikujące się do bardzo ryzykownych operacji. Niektóre matki, które spodziewają się dziecka ze skomplikowaną wrodzoną wadą serca, przejeżdżają do Münster, żeby tu urodzić. To dla mnie wyraz uznania, ale i duże obciążenie.
Jest też druga strona medalu — wielu ludzi źle znosi czyjeś sukcesy. Kiedy zacząłem pracować w Niemczech, pojawiały się protesty z Polski: że operując polskie dzieci, deprecjonuję poziom polskiej kardiochirurgii, co jest kompletną nieprawdą. W oczach moich niemieckich kolegów jestem przede wszystkim lekarzem z Polski i wielu z nich przyznało, że nigdy wcześniej nie sądzili, iż poziom polskiej medycyny jest tak wysoki. Prof. Bruno Reichart, wielki niemiecki kardiochirurg, były szef Kliniki Kardiochirurgii w Monachium, zaskoczył mnie kiedyś listem do Konsulatu Generalnego w Monachium, w którym określił mnie wybitnym ambasadorem polskiej medycyny w Niemczech. Dzieci z Polski będę zawsze operował, gdy będę widział dla nich szanse na normalne życie. Głosy krytyki z Polski oczywiście nie są mi obojętne. Człowiek nie jest z kamienia. Lekarz powinien mieć swoją wrażliwość.
Ja nie szukam pacjentów, mam ich pod dostatkiem. Oni sami się do mnie zgłaszają, a ja, zdając sobie sprawę, że mogę im pomóc, nie potrafię odmówić. Polscy lekarze źle znoszą decyzje rodziców, którzy nie chcą zoperować swojego dziecka w Warszawie czy Krakowie, lecz wolą przyjechać do mnie, do Münster. Ale mam też pacjentów z innych krajów, którzy przyjeżdżają specjalnie do mnie i tam nie ma takich reakcji.
Słynie pan z wyjątkowego podejścia do rodziców chorych dzieci, może to dlatego?
No cóż, to prawda. Rola rodziców w leczeniu dziecka jest bardzo ważna, a często niedoceniana. Uważam, że kiedy zrozumieją problem swojego dziecka, staną się wartościowymi członkami zespołu leczącego.
Z tej współpracy powstała nawet książka, opracowana dla rodziców chorych dzieci, aby pomóc im zrozumieć ten nowy, skomplikowany świat, w który zostali wrzuceni po zdiagnozowaniu u ich dziecka wady serca. Pierwsze wydanie książki przygotowaliśmy kilkanaście lat temu. Kiedy zacząłem operować dzieci z najtrudniejszą wadą — zespołem niedorozwoju lewego serca — w zasadzie nikt nie wiedział, co to jest, jak się tymi dziećmi zajmować, jaka będzie ich przyszłość. Rodzice poprosili mnie, abym coś o tej wadzie dla nich napisał. Potem inni prosili, żeby napisać też o pozostałych wadach. Wtedy zaprosiłem do współpracy różnych specjalistów z Polski i z zagranicy oraz rodziców — aby napisali, jakie problemy niosą ze sobą te najczęstsze wady serca, jak oni to widzą. Oprócz kardiochirurgów, poszczególne rozdziały tej książki zostały napisane przez psychologów, etyków, fizjoterapeutów, farmaceutów. To była żmudna praca, bo łatwiej napisać coś dla fachowców. A to musiało być napisane prostym językiem, dlatego wszystkie rozdziały konsultowaliśmy z rodzicami.
Co ciekawe, niektóre fragmenty książki zostały przygotowane przez osoby, które zoperowałem, gdy były jeszcze dziećmi. Jedna z tych osób urodziła się z pojedynczą komorą serca. Kiedy dorosła, skończyła psychologię i na moją prośbę napisała piękny rozdział o swoim życiu i perypetiach związanych ze swoją wadą serca. Książka cieszy się bardzo dobrą opinią, jest chętnie kupowana. Co najważniejsze, nikt z autorów nie prosił o honorarium, a dochód ze sprzedaży książki w całości jest przekazywany dla dzieci z wrodzonymi wadami serca.
Oprócz rodziców, książkę kupują pielęgniarki, lekarze pediatrzy, studenci, bo zawiera bardzo dużo schematów, wyjaśnia naturę wrodzonych wad serca. Mogę też zdradzić, że na prośbę rodziców niemieckich pracujemy teraz nad niemiecką wersją tego podręcznika.
Czuje się pan spełniony zawodowo?
Tak, jestem zadowolony z tego, co robię, czuję satysfakcję. Wciąż robi na mnie wrażenie, że niektórzy decydują się, abym to właśnie ja operował ich dziecko. Te rodziny pokonują olbrzymie bariery — językowe, kulturowe i oczywiście finansowe. Jeśli więc chcą, abym to ja operował, to o czymś to świadczy. Nie jeżdżą do ośrodka, tylko do konkretnej osoby, do mnie. A ja nie operuję jako lekarz niemiecki, wciąż jestem polskim kardiochirurgiem. Tam reprezentuję polską medycynę i kardiochirurgię. I myślę, że to mi się całkiem nieźle udaje, bo przez ostatnie kilka lat jestem wybierany przez magazyn „Focus” do grona najlepszych specjalistów w tej dziedzinie. Jestem także doceniany przez niemieckich pacjentów, bo również oni często wybierają mnie na lekarza dla swojego dziecka. Przyjeżdżają do Münster z różnych stron Niemiec, by ich dzieci zostały zoperowane przez „polskiego kardiochirurga”. Dobrze się z tym zaufaniem czuję.
Jeżdżę też regularnie do Krakowa konsultować, bo dla wielu pacjentów wyjazd do Münster jest zbyt dużym obciążeniem.
Czy zajmuje się pan także kardiochirurgią dorosłych?
Operuję także dorosłych, ale tylko jeżeli mają wrodzone wady serca. Kardiochirurgia dorosłych to zupełnie inna dziedzina, zajmująca się leczeniem nabytych wad serca i obejmująca tylko kilka rodzajów operacji — leczenie wad zastawkowych, bypassy, pomostowanie naczyń wieńcowych, tętniaki. Natomiast u dzieci to jest ponad 100 różnych zabiegów, różnych wad serca. Nawet transplantologia jest u dorosłych prostsza, bo szybciej można zdobyć dawcę, a anatomia jest najczęściej prawidłowa. U dzieci jest szczególnie ciężko.
Ale kardiochirurgia dziecięca odnotowuje ciągłe postępy. Jest coś, czego nie potraficie „naprawić”?
Operujemy właściwie wszystkie wady serca u dzieci. Zminimalizowaliśmy śmiertelność pooperacyjną poprawiając diagnostykę, poziom intensywnej terapii, wprowadzając nowoczesne technologie. Ale teraz chodzi nam o coś więcej — chcemy przekazać rodzicom dziecko w jak najlepszym stanie, aby mogło świetnie się rozwijać nie tylko fizycznie, ale też intelektualnie. Już wiemy, jak operować, ale wciąż borykamy się ze skutkami tych zabiegów. Na przykład u części dzieci w okresie pooperacyjnym dochodzi do niewydolności krążenia, w tym czasie może dojść do uszkodzenia wielu narządów, m.in. centralnego układu nerwowego, co może się ujawnić dopiero w odległym okresie. Chcielibyśmy tego uniknąć. Trwają prace nad skonstruowaniem implantowalnego układu mechanicznie wspomagającego układ krążenia, który mógłby być zastosowany szczególnie u noworodków w tym najbardziej trudnym okresie pooperacyjnym. W ten sposób moglibyśmy ograniczyć liczbę późniejszych powikłań.
Naszą zmorą wciąż jest nadciśnienie płucne u dzieci, które rozwija się na przykład dlatego, że dana wada nie została skorygowana w odpowiednim czasie. Ale u niektórych pojawia się nawet po korekcie wady, nie wiadomo dlaczego. Nie wiemy, jak to leczyć, bo nasze możliwości w przypadku dzieci są ograniczone. Gdyby więc pojawiło się coś nowego w biochemii czy fizjologii, abyśmy mogli zrozumieć mechanizmy regulacji krążenia płucnego, to być może również w tym zakresie dokonalibyśmy jakiegoś postępu. Bardzo na to liczymy.
Oczekujemy też postępów w inżynierii tkankowej — próbuje się hodować rozmaite struktury serca, przede wszystkim zastawki, ale też inne elementy układu krążenia. Teraz mamy zastawki biologiczne, odzwierzęce, czasami ludzkie, mechaniczne, ale to wciąż nie to, co chcielibyśmy mieć.
Dlaczego to nie zadowala kardiochirurgów?
Układ krążenia można porównać do układu hydraulicznego — pompa to serce, hydraulika to naczynia i połączenia wewnątrzsercowe. Teraz możemy naprawiać jedynie „hydraulikę”. Natomiast jeśli popsuje się pompa, pozostaje tylko przeszczepienie serca. Tymczasem liczba dawców, szczególnie dla tych najmniejszych pacjentów, jest znacznie ograniczona. Dlatego tak czekamy na postęp i szczególne osiągnięcia w immunologii i genetyce, bo to przybliżyłoby nas do wprowadzenia przeszczepów transgenicznych, czyli od innych gatunków. Pracuje nad tym obecnie wiele laboratoriów na świecie i mam nadzieję, że dożyję czasów, kiedy stanie się to realne.
Ma pan jakieś zawodowe marzenie?
Trochę spokoju. Kiedy zacząłem pracować w Niemczech, napisałem do swojego mentora, prof. Norwooda: „Wyjeżdżam do Monachium, wreszcie będę miał trochę spokoju”. A on mi odpisał: „Mój przyjacielu, zapomnij o tym. Ty do końca swojego zawodowego życia nie zaznasz spokoju”. I wygląda na to, że miał rację.
O warunkach pracy w niemieckich szpitalach, operowaniu tam polskich dzieci, blaskach i cieniach sławy, a także o zawodowych problemach i marzeniach rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Edwardem Malcem, polskim kardiochirurgiem, który od 7 lat operuje w Niemczech.
Pracował pan wcześniej w klinice w Monachium. Od stycznia 2013 r. kieruje pan Kliniką Kardiochirurgii Dziecięcej w Szpitalu Uniwersyteckim w Münster. Jaka była przyczyna tej zmiany?W Monachium kardiochirurgia dziecięca była częścią kardiochirurgii dorosłych. Pomimo że byłem tam szefem programu leczenia wrodzonych wad serca, nie miałem pełnej niezależności. Ze Szpitala Uniwersyteckiego w Münster otrzymałem ofertę odbudowy kliniki kardiochirurgii dziecięcej, przy czym miała to być jednostka niezależna od kardiochirurgii dorosłych. To była trudna decyzja, ale jej nie żałuję. A z kliniką w Monachium nadal współpracuję. Wciąż zresztą ponawiają propozycję, abym do nich wrócił. Dostał pan też propozycję pracy w Polsce…Tak, prof. Jacek Moll zaproponował mi, żebym pracował w jego klinice w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. To świetnie przygotowany ośrodek, a prof. Moll jest znakomitym kardiochirurgiem. Ośrodek łódzki — podobnie jak ten, w którym teraz pracuję — ma pod jednym dachem wszystko: diagnostykę prenatalną, położnictwo, neonatologię, kardiologię i kardiochirurgię. Ja jednak przyzwyczaiłem się do pracy w Niemczech, mam tam wspaniałe warunki. Musiałbym mieć pewność, że w Łodzi uda mi się osiągnąć takie wyniki, jak obecnie w klinice w Münster, a to mogłoby być trudne. W Niemczech sprawy finansowe, decydujące m.in. o dostępie do nowoczesnych technologii, wyglądają zupełnie inaczej. Takie problemy, jakie były ze sztucznym płucosercem w Łodzi, kiedy z powodu awarii trzeba było wstrzymać operacje dzieci, nie zdarzają się w ośrodku, w którym pracuję. Załatwia się je w kilka minut. Różnica w dostępie do nowoczesnych technologii w zakresie diagnostyki, chirurgii i leczenia pooperacyjnego jest nadal jeszcze istotna.To kwestia wyłącznie finansów czy organizacji pracy?I jednego, i drugiego. W Niemczech pracuje się trochę inaczej. Praca jest zespołowa: chirurdzy, anestezjolodzy, zespoły pielęgniarskie czy perfuzjoniści doskonale współdziałają. Spotykamy się, omawiamy problem i działamy. Dzięki temu uzyskujemy tak doskonałe wyniki — śmiertelność pooperacyjna poniżej 1 proc. to prawdziwy sukces. Niewiele ośrodków może poszczycić się aż tak dobrym wynikiem. Czy jakiś inny polski ośrodek bierze pan pod uwagę jako miejsce ewentualnej pracy?Były oferty z innych miejsc, ale jeżeli w ogóle miałbym się przenosić, to łódzki ośrodek najbardziej spełniałby moje oczekiwania. To jeden z nielicznych ośrodków w Polsce, w którym operowane są wszystkie wady serca u dzieci. Jest doskonale wyposażony i pod każdym względem świetnie przygotowany. Nie rozpatruję jednak powrotu do Polski w najbliższej przyszłości i nie wiem, czy kiedykolwiek.Niektórym jest żal, że taki specjalista nie operuje w Polsce…Przywykłem już do różnych uwag. Ja nie zapominam, że jestem Polakiem. Kardiochirurgii uczyłem się w Krakowie u prof. Eugenii Zdebskiej. Swoje umiejętności doskonaliłem u prof. Williama Norwooda w Stanach Zjednoczonych, potem pracowałem z nim w Szwajcarii. Kiedy stamtąd wróciłem, prof. Zdebska — ze względu na stan zdrowia — odchodziła z pracy i poproszono mnie, abym ją zastąpił. Choć miałem właśnie jechać do USA, zostałem. Nigdy tego nie żałowałem, bo udało mi się stworzyć zespół i infrastrukturę w Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu. Ale później nie mogłem operować w zgodzie z własnym sumieniem. Były naciski administracji, dyrekcja narzucała mi, kogo mam operować, z jakich terenów, w jakiej kolejności...
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach