Temat na lato: medyczne kulisy serialu Magda M.

Edyta Szewerniak-Milewska; Fot. Marcin Gimiński/Polska-Gazeta Krakowska
opublikowano: 08-07-2009, 00:00

Dlaczego ukochany Magdy Miłowicz (głównej bohaterki serialu "Magda M.") zachorował na tocznia rumieniowatego? To "sprawka" dr. Mamerta Milewskiego, adiunkta Kliniki Alergii i Immunologii II Katedry Chorób Wewnętrznych CM UJ. "Zdecydował o tym przypadek, ale dzięki serialowi wzrosło zainteresowanie kolagenozami" - twierdzi.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Jak się zostaje konsultantem medycznym "Magdy M.", jednego z popularniejszych polskich seriali?

W zasadzie zadecydował o tym przypadek, a właściwie prywatna znajomość mojej żony z producentką serialu. Kiedy okazało się, że jeden z głównych bohaterów - Piotr (grany przez Pawła Małaszyńskiego) ma ciężko zachorować, ale nie na raka, tylko jakąś inną poważną chorobę, dającą jednak szansę na wyzdrowienie, zwrócono się do mnie. Od lat zajmuję się leczeniem chorych z zaburzeniami immunologicznymi, zaproponowałem więc tocznia rumieniowatego układowego, który jest chorobą z kręgu kolagenoz, ale wcześnie rozpoznany i właściwie leczony daje szanse na uzyskanie wieloletniej remisji objawów i normalne życie.

Na czym polegały pana obowiązki? Co robi konsultant medyczny filmu?

Najpierw w miarę dokładnie, ale w sposób mam nadzieję przystępny, opisałem szczegółowo objawy choroby oraz to, jak pacjent się czuje, co mu dolega, gdzie zazwyczaj szuka pomocy, jakie wykonuje się badania, jakie choroby toczeń przypomina bądź naśladuje itp. Potem, w czasie pracy nad scenariuszem, na bieżąco dostawałem poszczególne odcinki, w których odgrywano sceny związane z chorobą. Moim zadaniem było nadać im jak najbardziej rzeczywisty z lekarskiego punktu widzenia obraz, tak pokierować objawami i diagnostyką, by przypominały te prawdziwe. Jednocześnie musiałem dopasowywać się do założeń scenariusza. Nie było to proste. Choroba miała rozwijać się bardzo wolno, główny bohater miał mieć poważne objawy, ale takie, przy których mógł wykonywać zawód adwokata. Potem miało nastąpić nagłe zaostrzenie choroby, wymagające terapii najpierw w kraju, a potem leczenia eksperymentalnego w USA.

Jak koledzy lekarze zareagowali na pana współpracę przy produkcji filmu?

Przez długi czas nikt z kolegów nie wiedział o moich działaniach, a ja się specjalnie z tym nie obnosiłem. Później pojawiły się pytania, czy to rzeczywiście ja wymyśliłem tę chorobę. Koleżanki lekarki (bo głównie one oglądały serial i płakały!) zamęczały mnie pytaniami o dalsze losy Piotra i Magdy. Robiłem wówczas tajemniczą minę i wymownie milczałem, choć tak naprawdę sam nie wiedziałem, jak się skończy ich historia, bo scenariusz rodził się dosłownie z dnia na dzień i nie wiedziałem, o co mnie poproszą przy następnym odcinku.

Oglądał pan potem serial?

Dużo pracuję, jak wielu z nas, często po 12-14 godzin na dobę, i mam bardzo mało wolnego czasu. Udało mi się obejrzeć tylko kilka odcinków. Za to szczegółowo o losach Magdy i Piotra informowały mnie moje pacjentki. Od nich wiem, że obraz choroby był bardzo rzeczywisty.

Może pan przytoczyć jakieś przykłady?

Pewnego razu jedna z pacjentek, która wiedziała o moim wkładzie w scenariusz, bardzo prosiła mnie, abym nie uśmiercał jej ukochanego bohatera. Kilka osób twierdziło też, że widziało Piotra pod moim gabinetem, co oczywiście nie miało miejsca.
Jedna z chorych, Marysia, powiedziała mi kiedyś ze łzami w oczach i wyrzutem w głosie, że jest moim postępowaniem lekarskim zawiedziona, bo chociaż ją znam i leczę wiele lat, to nigdy nie wysłałem do USA na leczenie eksperymentalne, a Piotra i owszem. Nie pomogły tłumaczenia, że to tylko fikcja filmowa, choć takie terapie rzeczywiście próbuje się stosować, ale wciąż są obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia. Do dziś Marysia mi nie wierzy, choć nadal pozostaje moją pacjentką.

Czy serial pomógł w popularyzacji wiedzy o przedstawionej w nim chorobie?

Po serialu wyraźnie wzrosło zainteresowanie chorobami, które nazywamy kolagenozami. Zdarzało się, że zgłaszali się do mnie pacjenci, którzy na podstawie oglądanego filmu podejrzewali u siebie tocznia, częściej też lekarze kierowali do nas chorych z podejrzeniem na badania specjalistyczne.
Film spełnił przy okazji pewną rolę edukacyjną i dał pacjentom nadzieję na wyzdrowienie, w co nie wierzy wielu moich kolegów zajmujących się tą chorobą. Ale w praktyce - choć zabrzmi to dla niektórych nieprawdopodobnie - przynajmniej w niektórych przypadkach jest to możliwe.



Prosto z planu filmowego

Radosław Figura, scenarzysta serialu "Magda M.":
Współpraca z dr. Milewskim przebiegała bezproblemowo. To on zaproponował chorobę, gdy potrzebowałem poważnie "rozchorować" Piotra i wysłać go gdzieś daleko na leczenie. Toczeń to paskudztwo, jakich mało, a kiedy jeszcze okazało się, że w Los Angeles rusza eksperymentalny program jego leczenia, wszystko się zgodziło z naszymi założeniami.
"Magda M." nie jest serialem medycznym, więc specjalnie nie braliśmy pod uwagę popularyzacji przedstawionego problemu medycznego. Skupiliśmy się głównie na wiernej prezentacji dolegliwości, sposobu diagnozy i leczenia.
Z relacji znajomych scenarzystów, pracujących przy serialach medycznych, wiem, że czasami trudno dostosować się przy konstruowaniu danej sceny do standardów postępowania określonych przez konsultanta medycznego. Ale nam się to nie zdarzyło.
Lekarze, którzy oglądali serial, nie zgłosili w zasadzie żadnych niedociągnięć, za to prawnicy i owszem, wybrzydzali, ale jak się potem okazało bezpodstawnie.



Czytaj też:
Czy lekarze oglądają seriale medyczne?

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Edyta Szewerniak-Milewska; Fot. Marcin Gimiński/Polska-Gazeta Krakowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.