Specjalista kontra rodzinny: przykład z Lublina
Zdaniem lek. Anny Dzioby, która kieruje NZOZ "Życie" w Lublinie, konflikt interesów między podstawową opieką zdrowotną a specjalistyką bierze się m.in. z niewiedzy specjalistów co do zakresu ich obowiązków.
Lekarka podaje przykłady z "Życia". Badanie USG wykazało u pacjenta torbiel nerki. Wysłała go więc na konsultację urologiczną. Lekarz specjalista wyznaczył pacjentowi termin następnej wizyty za pół roku, mówiąc by uprzednio poszedł do lekarza rodzinnego po skierowanie na drugie badanie USG celem oceny torbieli. "Tymczasem interesowało nas, czy była to zmiana łagodna, czy nowotworowa - tłumaczy A. Dzioba. - Aby wyjaśnić problem, trzeba byłoby zrobić USG z kolorowym dopplerem, którego ja nie robię. A poza tym, jeśli doktor chciał oglądać torbiel za pół roku, powinien zlecić badanie".
Inny pacjent miał kamicę pęcherzyka żółciowego. Wykonano mu USG i wysłano do poradni chirurgicznej. Tam zakwalifikowali go do operacji. Pacjent dostał też karteczkę z wypisanymi badaniami, które ma zlecić mu lekarz rodzinny. "Chory bał się, że nie zrobią mu operacji i zaczął wywierać na mnie presję, żebym dała skierowanie na badania" - mówi. Anna Dzioba.
Dużym problem dla praktyki "Życie" są ciężko chorzy pacjenci tzw. interdyscyplinarni, którzy powinni być leczeni przez kilku specjalistów. Ponieważ nie są w stanie pójść do poradni specjalistycznej, ciężar ich leczenia spada na lekarza rodzinnego. "Nie ma przecież specjalistycznych wizyt domowych - zauważa A. Dzioba. - Umieszczenie takiego pacjenta na oddziale dla przewlekle chorych jest niemożliwe. Nie udało mi się nigdy tego dokonać. Zawsze słyszę: "nie ma miejsc".
Komu się opłaca leczyć
Jak to w końcu jest? Czy specjaliście opłaca się zatrzymać pacjenta u siebie, czy nie opłaca? "Opłaca się zrobić pewien manewr - zdradza Anna Dzioba. - Zatrzymać u siebie, ale odesłać do rodzinnego na badania, a potem wpisać badania do swojej dokumentacji. Tak się często zdarza. Wtedy wycena punktowa za poradę specjalistyczną jest większa, a koszty badań zerowe. Liczba punktów za poradę, np. ze zdjęciem RTG jest większa od tej z wypisaniem recepty. A w podstawowej opiece zdrowotnej "czy się stoi, czy się leży, tylko 5 zł się należy".
Artykuł wypadł z ustawy
Zdaniem Anny Dzioby, panuje bałagan, który ma swoje źródło w ustawie o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. "W ciągu ostatnich lat przeszliśmy przez trzy jej nowelizacje - mówi A. Dzioba. - Pierwsza dotyczyła kas chorych, druga NFZ, trzecia dostosowywała wersję drugą do Konstytucji RP. Pierwsza wersja ustawy o NFZ zawierała artykuł, który dawał rekomendację ministrowi zdrowia do określenia badań niezbędnych do udzielania świadczeń w poz. Minister wydał rozporządzenie z wykazem badań podzielonych na kilka grup, co w pewien sposób uporządkowało poz i specjalistykę w zakresie diagnostyki. Po zmianie ustawy artykuł wypadł. W jego miejsce wprowadzono zapis o koszyku świadczeń gwarantowanych, którego nie ma".
Nie ma komunikacji
Anna Dzioba pamięta o szczytnym założeniu, że lekarz rodzinny miał być "bramą do systemu". Jednak - jak mówi - system nie funkcjonuje, bo ogrodzenie jest dziurawe. "U nas leczenie specjalistyczne polega na wypisywaniu leków. Kiedy pacjent nie może się dostać po kolejną porcję leków, przychodzi do mnie - mówi. A. Dzoba. - A ja nie mam wiedzy o przyjmowanych przez niego lekach ani instrukcji na temat postępowania. Osobiście otrzymuję odpowiedzi tylko od jednej okulistki i jednej neurolog".
Lekarka przyznaje, że prawo wskazuje na lekarza rodzinnego jako na tego, który koordynuje działania innych działających w systemie. "Ale jaki ja mam wpływ na to, żeby inny lekarz zrobił to, co do niego należy? - pyta. - Nie ma takiej siły sprawczej, żeby zmusić specjalistów do informacji zwrotnych. Chyba żeby fundusz płacił specjalistom dopiero wtedy, kiedy rodzinny otrzyma odpowiedź. Ale wtedy koledzy specjaliści by nas wyklęli. Przez pewien czas takie rozwiązanie testowano w województwach zachodniej Polski. Tam lekarze poz płacili za porady specjalistyczne. Warunkiem zapłaty było otrzymanie czytelnej odpowiedzi".
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Ewa Stępień, Lublin