Sośnierz wraca do gry?
"Ci, dla których powstanie prywatnych ośrodków jest konkurencją, mówią często, że nie spełniają one standardów, że mogą być groźne dla pacjentów, bo lekarze je prowadzący czegoś nie potrafią. Tak jakby lekarze pracujący w szpitalu wszystko potrafili, mieli tylko doskonały sprzęt i nie zdarzały im się błędy. To są oczywiście preteksty, których używa się do blokowania konkurencji. Taką frazeologię można pominąć i opierając się na prawie, umożliwić działanie konkurencji. Spełniasz warunki, posiadasz udokumentowane kwalifikacje, to masz kontrakt i żadne niewymierne opinie dodatkowe nie powinny mieć na to wpływu" - uważa Andrzej Sośnierz, lekarz i poseł PiS, były dyrektor Śląskiej Regionalnej Kasy Chorych, który teraz ma szansę wrócić do wielkiej polityki. ;
Z naszych ustaleń wynika, że J. Millera nie popiera część członków 9-osobowej rady. Na posiedzeniu, które odbyło się 28 kwietnia br., Piotr Gryza i Jacek Piątkiewicz głosowali przeciwko przyjęciu sprawozdania z działalności funduszu za rok 2005. Ostatecznie większością głosów wniosek przeszedł. Gdyby doszło do głosowania nad odwołaniem prezesa NFZ, rozstrzygający głos miałby prawdopodobnie Rudolf Borusiewicz ze Związku Powiatów Polskich.
Człowiek na marginesie
Już w styczniu br. Andrzeja Sośnierza wymieniano jako poważnego kandydata na miejsce Jerzego Millera. Minister zdrowia Zbigniew Religa szybko uciął wtedy spekulacje. Sprawa odwołania J. Millera jednak powróciła. 27 kwietnia, w siedzibie resortu zdrowia, minister Z. Religa potwierdził, że zmiany na stanowisku prezesa NFZ są możliwe.
"Do 15 maja, a jestem zobowiązany słowem honoru, nie ujawnię, jakie to będą zmiany - powiedział dziennikarzom Z. Religa. - O ile J. Miller jest znakomitym finansistą, o tyle nie musi się znać na drugiej stronie (działalności funduszu - przyp. red.), na medycynie". Pytany o Andrzeja Sośnierza, minister zdrowia odpowiedział, że byłby to jeden z dobrych kandydatów na to stanowisko.
Czy i na jakim stanowisku A. Sośnierz będzie miał szansę wykorzystać swoje doświadczenia z kierowania kasą chorych ubezpieczającą pięć milionów Ślązaków? Poniżej publikujemy wywiad z Andrzejem Sośnierzem, który w styczniu br. przeprowadził z nim Puls Medycyny.
- Nawet osoby panu życzliwe sądzą, że nie warto zostawać prezesem NFZ...
- Dziękuję za te słowa, bo wszyscy uważają, że to tylko polowanie na stołki. Szkoda, że w Polsce nie traktuje się naszej misji - polityków, posłów - jako służby Polsce, a ja to tak traktuję.
Czasem można dużo zrobić, nawet w krótkim czasie, nie zmieniając prawa, tylko wykorzystując jego możliwości. Mam nadzieję, że do czegoś jeszcze się przydam.
- No to wyobraźmy sobie, że zostaje pan ministrem zdrowia. Jaki harmonogram zmian mógłby pan zaproponować?
- Miałem zawsze stosunkowo szybki harmonogram zmian. Brałem pod uwagę to, że rządzić będzie prorynkowa opcja polityczna. Wprowadzenie zasadniczych, strukturalnych zmian byłoby kwestią dwóch, trzech lat. Uważałem, że należy szybko zlikwidować NFZ, przynajmniej jako instytucję scentralizowaną, bo ona sama w sobie jest obciążeniem. W ciągu dwóch lat wprowadziłbym prywatną konkurencję dla publicznego ubezpieczyciela i ubezpieczenia dodatkowe.
- Czy powstanie NFZ zamiast kilkunastu kas chorych zachwiało poczuciem stabilizacji wśród świadczeniodawców?
- Tak. Nastąpiło wyraźne przestawienie zwrotnicy przeciwko zakładom niepublicznym, mimo że werbalne zapewnienia były inne. Przyjęto zasadę, że najpierw należy zabezpieczyć interesy publicznych placówek, a niepubliczne dostawały jakieś resztki na końcu. A przecież pacjent, który jest chory, nie zwraca uwagi na szyld, na to, czy placówka jest publiczna, czy niepubliczna, on szuka lekarza w dobrym ośrodku.
- W Śląskiej Regionalnej Kasie Chorych udało się naruszyć tzw. układ profesorsko-ordynatorski. Opłaciło się?
- Śląska kasa chorych kontraktowała nie tylko oddziały znanych szpitali publicznych, ale także nowo tworzone prywatne ośrodki chirurgii jednego dnia. Po pewnym czasie lekarze zauważali, że lepiej pracować za legalne pieniądze, w coraz lepiej wyposażonych prywatnych ośrodkach, niż leczyć w publicznym szpitalu, w którym o dopuszczeniu do zabiegów i tak decyduje ordynator. Także niektórzy ordynatorzy zauważali, że ich dotychczasowi asystenci, których nie dopuszczali do zabiegów pod pretekstem braku odpowiednich umiejętności, świetnie sobie radzą. Okazało się, że większość prostych zabiegów może być przeprowadzona w takich jednooddziałowych szpitalach, a dopiero skomplikowane przypadki powinny być leczone w klinikach akademickich czy dużych, publicznych ośrodkach.
- Czy udałoby się panu osiągnąć sukces podobny do tego, który odniósł pan na ląsku, gdyby był pan dyrektorem w biedniejszym regionie, np. Lubelskiej Regionalnej Kasy Chorych?
- Oczywiście, jeszcze szybciej. To się najbardziej udaje w ośrodku, gdzie te prestiżowe układy są mniejsze. Gdzie służba zdrowia po prostu zajmuje się codzienną działalnością i nie ma zbyt wielu ośrodków klinicznych. Na ląsku istniała zbyt duża struktura szpitalna i trzeba ją było ograniczać.
- Ale anestezjolodzy z Podlasia czy Lubelszczyzny narzekają, że mają kłopoty z dorabianiem, bo jest tam zbyt mało prywatnych ośrodków...
- To jest oczywiście pytanie, dlaczego w jakimś regionie mogły powstać prywatne ośrodki, a w drugim nie. Wszystko zależy od sposobu traktowania takich ośrodków. Ci, dla których powstanie tego typu ośrodków jest konkurencją, zresztą nie zawsze bezpośrednią, mówią często, że one nie spełniają standardów, że mogą być groźne dla pacjentów, bo lekarze je prowadzący czegoś nie potrafią. Tak jakby lekarze pracujący w szpitalu wszystko potrafili, mieli tylko doskonały sprzęt i nie zdarzały się im błędy. To są oczywiście preteksty, których używa się do blokowania konkurencji. Taką frazeologię można pominąć i opierając się na prawie, umożliwić działanie konkurencji. Spełniasz warunki, posiadasz udokumentowane kwalifikacje, to masz kontrakt i żadne niewymierne opinie dodatkowe nie powinny mieć na to wpływu.
Trzeba w systemie unikać rozwiązań zależnych od widzimisię jakiegoś urzędnika, konsultanta, bo każdy człowiek jest ułomny i jego opinia bywa niewymierna. Należy próbować budować obiektywne kryteria, które się spełnia albo nie. U nas na Śląsku przyjęcie takich zasad sprawiało, że korzystne zmiany szły jak burza.
- Czy można powiedzieć, że na Śląsku powstała w ten sposób klasa średnia?
- Środowisko medyczne to taki obszar, gdzie w całej Polsce może jeszcze powstać taka polska klasa średnia, bo w innych obszarach zawłaszczonych przez oligarchię finansową już to się nie uda. To są właściciele drobnych i średnich zakładów opieki zdrowotnej. To są przedsiębiorcy, którzy mają obroty od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych. Także lekarze rodzinni są zaczątkiem klasy średniej. Szczególnie warto, aby klasa średnia masowo powstawała wśród lekarzy, bo to grupa społeczna wykształcona i inteligentna, która potrafi swoje środki finansowe przeznaczać nie tylko na rzeczy doraźne. Kiedy uzyska już lepszy status finansowy, zaczyna doceniać kulturę i sztukę. A to jest niezbędne. Nie przez przypadek w Niderlandach, kiedy bogaciło się mieszczaństwo, powstawały wspaniałe dzieła malarskie.
- Czy właśnie tym ludziom zawdzięcza pan dobry wynik w wyborach parlamentarnych?
- To rzeczywiście m.in. dzięki dobrej opinii o śląskiej kasie chorych ludzie głosowali na mnie, choć z nie do końca uświadomionych powodów. Wielu ludzi nawet nie wie, że ma liberalne poglądy na gospodarkę, dlatego często nawet nie próbuję odwoływać się do liberalizmu, tylko po prostu do zdrowego rozsądku. A wracając do kas chorych, to na Śląsku ludzie wiedzieli, że nie muszą się kłaniać w pas, a ich interesy mogą funkcjonować i rozwijać się. Większość zrozumiała, że lepiej jeść małymi łyżkami, ale długo, niż chochlą, jak to się dzieje w niektórych branżach, ale krótko.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska