Dziś skupię się na sprawozdaniu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za 2016 rok, szeroko traktującym m.in. zagadnienie reklamy leków i suplementów diety w mediach elektronicznych. Rada wzięła pod lupę zjawisko, które — zdaniem sporej części posłów z Komisji Zdrowia — wymaga jakichś regulacji, a przynajmniej zwiększenia nadzoru i monitoringu. Zajmuje się tym także powołany w 2015 roku przez ministra zdrowia interdyscyplinarny zespół, mający ogłosić swoje rekomendacje dotyczące reklamy.
Jak wiadomo, reklamowane mogą być jedynie leki OTC oraz suplementy diety, które nie będąc lekami są kwalifikowane jako żywność. Nie każdemu to rozróżnienie przychodzi z łatwością, a jest ono o tyle ważne, że tu i ówdzie zdarza się polecanie leku bądź suplementu diety przez osobę w białym kitlu. Z punktu widzenia odbiorcy reklamy jest to równoznaczne z lekarzem bądź farmaceutą i wzmaga zaufanie do produktu, który taka osoba chwali bądź poleca.
Jeśli nawet w tej sprawie obowiązują już kodeksy dobrych praktyk reklamowych, a same przekazy starają się być dalekie od tych skojarzeń, to i tak utrwaliły w nich lekarską biel i nieskazitelny gabinet, a ostatnio grupę rówieśniczą, np. pań czy panów po 50. Co też nie jest dobre, bo — jak wiadomo — w Polsce każdy jest lekarzem bądź farmaceutą, a „dr Internet” niezawodną wyrocznią na wszystkie niedomogi.
Sprawozdanie KRRiT sumiennie wylicza, iż w analizowanych telewizjach głównego nurtu (TVP, Polsat, TVN, Puls, TV4) oraz trzech tematycznych i dwóch skierowanych do małoletnich wyemitowano od lipca 2015 do lipca 2016 roku łącznie 2 523 194 reklam. Aż 511 306 reklam dotyczyło produktów zdrowotnych i leków, co daje 20,26 proc. wszystkich przekazów.
„Branża medyczna była najbardziej reklamowaną branżą, co piąta reklama pochodziła z tego sektora” — można przeczytać w sprawozdaniu. Jest to więc problem wcale niewydumany, bo według danych z rynku medialnego, który tworzy ok. 250 programów telewizyjnych nadawanych w języku polskim, reklama ta dostarcza ponad 1/3 przychodów.
Awers i rewers tego samego medalu to z jednej strony zakupy pod wpływem reklamy, często na zapas i bez żadnej potrzeby, a z drugiej — sytuacja rynku medialnego, który żyje z reklamy i dzięki niej konkuruje o abonenta. Choć ta symbioza wydaje się nie do ruszenia, pewnym wyjściem byłoby wyjęcie wszystkich reklam z kanałów telewizyjnych nadawcy publicznego w zamian za opłatę telewizyjną. Ale przecież przepłyną one do stacji komercyjnych, bo zakazy reklamowe w dobie Internetu raczej nie poskutkują.
A może ograniczyć ich dobowe nasilenie, tak aby np. reklamy środków na potencję były dostępne w innych niż dotychczas godzinach? Albo solidniej etykietować treść samych reklam, unikając np. takich samych nazw leków i suplementów oraz skojarzeń z lekarzem/farmaceutą i ich miejscem pracy? Chciałoby się w tej sprawie usłyszeć pomysły środowiska lekarskiego i farmaceutycznego, ale przede wszystkim rekomendacje ministerialnego zespołu, który ma za zadanie coś w tej mierze ustawodawcom podpowiedzieć.
Ważne, żeby była to dyskusja niewykluczająca nikogo, także reklamodawców i nadawców telewizyjnych, i żeby nie było w niej prostych jak cep recept w rodzaju zakazu bądź karania. W dzisiejszym e-świecie byłoby to raczej nieskuteczne i wzmogło zainteresowanie „dr Internetem”, który nie zna żadnych ograniczeń i kar, za to niesie porady niepodlegające niczyjej kontroli i zazwyczaj fatalne w skutkach.