Przypadek udaru mózgu powinien najpierw diagnozować neurochirurg, a nie neurolog
Udar mózgu można wyleczyć tak, by niemal nie pozostawił po sobie śladu. Konieczne jest jednak zorganizowanie takiego systemu, aby chorzy jak najszybciej trafiali na dobrze wyposażony oddział, gdzie zostaną poddani zdecydowanej, czasem nawet agresywnej terapii.
Szybka diagnoza
W SPSK natychmiast wykonano Urszuli C. badania, które potwierdziły całkowitą niedrożność tętnicy prowadzącej krew do prawej półkuli mózgu. ,O zdrowiu, a nawet życiu tej kobiety decydowały już wtedy minuty. Biorąc pod uwagę stan chorej i wyniki dotychczas zrobionych badań, zdecydowaliśmy się na ryzyko" - opowiada dr Maciej Bień, neurochirurg, który tego dnia miał dyżur.
Zabieg polegał na wprowadzeniu do tętnicy udowej cienkiego cewnika, przesunięciu go przez odpowiedni pień tętniczy aż do miejsca zatoru i podaniu tą drogą silnego leku, który rozpuszcza zakrzep. Skutek okazał się rewelacyjny. ,Kiedy lek zaczął działać, niemal natychmiast nastąpiło udrożnienie tętnicy i stan chorej zaczął się poprawiać. Już w kilka godzin po zabiegu cofał się niedowład. Wieczorem chora wstała z łóżka, następnego dnia już chodziła, a po dwóch tygodniach została wypisana do domu i to tylko dlatego tak późno, że chcieliśmy mieć absolutną pewność" - opowiada prof. Janusz Lewko, kierownik Kliniki Neurochirurgii SPSK.
Pacjentka miała więc szczęście w nieszczęściu: udar postępował tak szybko, że kiedy trafiła do szpitala była w bardzo ciężkim stanie. Leczenie standardowe - nawet gdyby uratowało jej życie - wiązałoby się z wielomiesięczną rehabilitację. Podawanie rozmaitych leków zmniejsza jedynie skutki niedokrwienia, ale rzadko znosi je całkowicie. Tylko zdecydowane, nawet agresywne leczenie, jakie zastosowano w tym przypadku, może dać tak szybkie i tak dobre rezultaty.
Niewykorzystane możliwości neurochirurgii
Oczywiście nie u wszystkich chorych można zastosować taką metodę leczenia. Nie jest ona również pozbawiona ryzyka i może być w miarę bezpiecznie wprowadzona tylko w dobrze wyposażonych ośrodkach, posiadających doświadczonych neuroradiologów i odpowiedni sprzęt. Tylko tam można szybko wykonać niezbędne badania (takie jak rezonans magnetyczny z zastosowaniem specjalnych technik), które pozwolą rozpoznać różne stany udaru i zastosować właściwą terapię.
Na neurochirurgię bardzo często trafiają jednak pacjenci, którym nie można już pomóc. Lekarze mają świadomość, że gdyby mogli interweniować wcześniej, mieliby większy wpływ na jakość ich życia. Ale do tego potrzebny jest system, który zorganizuje pracę w podobny sposób, jak zrobiono to dla przypadków zawału serca. Chorzy z podejrzeniem udaru mózgu powinni od razu docierać na neurochirurgię lub na inny oddział ratunkowy, gdzie jest możliwość natychmiastowego wykonania badań i gdzie stan pacjenta zostanie oceniony od razu, a nie po paru godzinach.
W zależności od diagnozy, powinni być zakwalifikowani do odpowiedniej interwencji albo - jeśli okaże się, że stopień zagrożenia jest za duży - odesłani na neurologię do leczenia zachowawczego i rehabilitacji. ,Chodzi o to, by szansę pomocy tym ludziom wykorzystywać do końca - tłumaczy prof. Zenon Mariak, neurochirurg z SPSK. - Tymczasem w planach usprawnienia systemu leczenia udarów mózgu przyjmuje się, że chorzy ci będą dowożeni do różnych oddziałów neurologicznych, gdzie będzie się podejmować decyzję, co dalej. Tylko że wtedy najczęściej jest już za późno - najwięcej można zdziałać przez pierwsze trzy godziny, zanim w niedokrwionym mózgu nie dojdzie do nieodwracalnych spustoszeń".
Takie działanie mogłoby wielu chorym uratować życie i przywrócić sprawność. I można to osiągnąć niemal tym samym nakładem środków. Chodzi tylko o przeorganizowanie systemu: gdyby zainwestowano w kilka dużych, dobrze wyposażonych ośrodków, gdzie pacjenci otrzymywaliby specjalistyczną pomoc, nie trzeba byłoby później wydawać ogromnych pieniędzy na leki, pobyt w szpitalu, rehabilitację, renty.
W tej chwili odpowiednie zaplecze ma jednak zaledwie kilka ośrodków w Polsce (m.in. Warszawa, Białystok, Łódź). I jeśli nie zmieni się całego systemu, tak pozostanie. A chorzy, którzy mogliby otrzymać szansę na powrót do zdrowia, skazani będą na inwalidztwo.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka