Profesor otworzył nam umysły i zaraził pasją
Profesor otworzył nam umysły i zaraził pasją
O trudnych początkach polskiej kardiochirurgii i wyjątkowej roli, jaką w jej tworzeniu odegrał prof. Zbigniew Religa rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Andrzejem Bochenkiem, jednym z bohaterów filmu Łukasza Palkowskiego „Bogowie”.
Widział pan już film „Bogowie”?
Widziałem jeszcze w trakcie tworzenia i muszę przyznać, że wywarł na mnie ogromne wrażenie. Film jest bardzo dobry i bardzo wiernie pokazuje, co się wtedy działo w Zabrzu. Oczywiście dla celów filmu pewne sprawy musiały zostać nieco sfabularyzowane, dzięki czemu to się dobrze ogląda, ale nie ma zbyt wielu przekłamań. Naprawdę tak było! Praca w zabrzańskim ośrodku w tamtym czasie tak właśnie wyglądała, to był zryw, powiedziałbym, niemal powstanie kardiochirurgiczne.
W latach 80. XX wieku robiło się w Polsce nieliczne operacje kardiochirurgiczne — trochę w Łodzi, w Poznaniu, w Krakowie. I nagle, dzięki temu, co się wtedy stało, została przełamana bariera niemożliwości. I nie chodzi o samo przeszczepianie serc — bo to akurat było spektakularne wydarzenie — ale coś się dzięki temu otworzyło. Mamy dziś świetnie rozwiniętą dziedzinę medycyny, uznaną w świecie, polscy pacjenci nie muszą czekać na operacje serca, nie muszą jeździć za granicę, bo nie ma takiego zabiegu kardiochirurgicznego, którego w Polsce się nie wykonuje, zostały przygotowane kadry i całe zaplecze.
Wracając do filmu — jakie były jego początki?
Jakiś czas temu zgłosił się do mnie scenarzysta Krzysztof Rak i przedstawił pomysł na taki film. Długo dyskutowaliśmy o tym, jak to mogłoby wyglądać. Wiem, że konsultował się także z żoną profesora Religi i jego synem. Szczerze mówiąc, na początku myślałem, że z braku pieniędzy nic z tego nie będzie, ale bardzo szybko zaczęły się zdjęcia. Okazało się, że Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, po zapoznaniu się ze scenariuszem, zgodził się przeznaczyć pieniądze na ten film.
Potem przyjechał do mnie aktor Szymon Warszawski, który odtwarzał w filmie moją postać. Solidnie się do tego zadania przygotował. Najpierw zaangażował się w życie Kliniki Kardiochirurgii w Instytucie Kardiologii w Warszawie, a potem przyjechał do Katowic i przez dwa tygodnie „pracował” u mnie w klinice: obserwował nas podczas operacji, chodził po oddziale, podpatrywał mnie, rozmawiał z zespołem, przebrany w fartuch, jak prawdziwy lekarz. Kiedy powiedziałem w zespole, że to aktor, który będzie grał mnie w filmie, pierwsza reakcja była: „No, ale przecież on taki młody”. Musiałem im uświadomić, że ja też kiedyś taki byłem!
Jakie to uczucie patrzeć na „siebie” na ekranie?
Dziwne. Zarówno ja, jak i prof. Zembala przyjmujemy ten film bardzo osobiście i bardzo nas ciekawiło, jak to wyjdzie. Każdy ma takie momenty, które zaważyły na jego życiu. W naszym życiu to było właśnie spotkanie prof. Religi. Zaraził nas swoją pasją, wszyscy staraliśmy się robić podobne rzeczy jak on, mając dobry przykład. Oczywiście, nie wszystko było super, ale z całą pewnością to był moment, który miał ogromny wpływ na nasze życie zawodowe. I patrząc na Szymona Warszawskiego, widziałem siebie z tamtego okresu: młodego człowieka, który bez przerwy musi walczyć ze swoimi przekonaniami, z tym, że poza pracą nic więcej się nie liczyło, ani to, czy masz dom, rodzinę, ani czy masz czas. Jakie życie osobiste? Jaka zapłata za nadgodziny? Ten film pokazuje, jak bardzo zmieniły się realia. Kiedy słyszę dziś, że nie można pracować po godzinach, bo nie jest się ubezpieczonym, albo że lekarze za dodatkową pracę muszą dostać dodatkowe wynagrodzenie — to uśmiecham się, bo kiedyś takie sprawy nie miały znaczenia.
W filmie jest więcej scen, które mogą wydawać się wręcz naciągane…
Tak. Dziś wydaje się to niewyobrażalne, ale tak właśnie było: przyjechały lekarki z Nowego Sącza i myły podłogę, a chirurdzy własnymi rękami remontowali klinikę. Ten film doskonale oddaje tamte realia i pokazuje nietuzinkowego człowieka. Można powiedzieć, że gdyby nie było Religi, kardiochirurgia też w końcu jakoś by się rozwinęła. Niektórzy mówią, jak można było tak ryzykować, stosować niekonwencjonalne metody. Ale nie dało się inaczej, jeśli w tamtych czasach chciało się coś więcej osiągnąć. Dziś też nie jest łatwo, ale wtedy rzucano dodatkowe kłody pod nogi.
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że prof. Religa nie miał samych przyjaciół, nie był też pupilkiem starszyzny kardiochirurgicznej. Jemu zależało, żeby młodzi szybko zaczęli robić to, co on. Dążył do tego, żeby jak najszybciej otworzyć nowe kliniki: w Zamościu, we Wrocławiu, w Białymstoku, w Olsztynie. W miarę szybko dał mi przecież klinikę do prowadzenia. Niektórych to przerastało, traktowali takie postępowanie jak zagrożenie. Kiedy robiłem habilitację, dość młodo, jak na ówczesne czasy, usłyszałem: „A co się panu tak śpieszy?”. Cały rok czekałem na akceptację. Bo byłem od Religi. Tak samo było z Marianem Zembalą. Kiedy pojechał do prof. Dziatkowiaka, już od sekretarki usłyszał, że lepiej, żeby nie wchodził, bo tamten właśnie zobaczył w CNN prof. Religę, który opowiadał o przeszczepie. Były napięcia, które dziś mogą wydawać się dziwne. Jako młodemu kierownikowi kliniki, na radach wydziału podpowiadano mi: „Kolego, dobrze panu radzę, żeby tych młodych za bardzo nie wypuszczać, bo później nie będzie miał pan co robić”.
Czy stawianie na prof. Religę nie było więc zbyt ryzykowne? Przecież jemu też nie wszystko się udawało.
To prawda, pierwsze przeszczepy skończyły się przecież niepowodzeniem. Muszę przyznać, że bardzo sceptycznie podchodziłem do kolejnych, co zresztą widać na ekranie. Gdyby to ode mnie zależało, nie zdecydowałbym się na ich wykonanie. Ale on poszedł za ciosem. I szósty czy siódmy przeszczep dał zrobić już mnie! Choć wtedy mnie to przerażało, to jednak było to normalne, bo my wierzyliśmy, za Religą, że potęgę kliniki tworzy się zespołem, a nie jednoosobowo.
Dla młodego lekarza trafić do takiego zespołu to chyba najlepsze, co mogło się zdarzyć."
Religa był jak szybki pociąg i albo się do niego wskoczyło, albo się odpadało. Podobało mi się to i dlatego zdecydowałem się zrezygnować z pracy w klinice, której kierownikiem był wtedy prof. Woś. Były o to zresztą pretensje — że obok Religi nie tworzyliśmy konkurencyjnych działalności. Ale ja wiedziałem, że wtedy nie byliśmy w stanie tego zrobić. Chciałem podłączyć się do tego szybszego pociągu. Prof. Religa utorował drogę bardzo wielu ludziom, otworzył nam umysły, a my otwieraliśmy je kolejnym osobom. Wszyscy wyznajemy zasadę, że najważniejsze jest nie to, żeby kurczowo trzymać się stanowiska, ale żeby mieć następców, bo nic nie trwa wiecznie.
On sam zresztą w końcu odszedł do polityki, bo zauważył, że stał się mało skuteczny. A on chciał działać, zmieniać system. To on spowodował, że nie czeka się dziś na operacje kardiochirurgiczne. To było jego głównym celem. Kiedyś na zwykłą operację wymiany zastawki czekało się w Zabrzu dwa lata, teraz maksymalnie dwa tygodnie. I w dodatku chory może sobie wybrać, w której klinice chce być operowany. Dziś oczekiwanie na przeszczep serca to tylko kwestia braku dawcy, a nie pieniędzy.
Nie jest jednak tajemnicą, że prof. Religa bywał trudny…
Faktycznie. W filmie są dość drastyczne sceny. Bez ogródek jest pokazane, jak nadużywał alkoholu. Tak rzeczywiście było. Wiem, że żona wyraziła zgodę na te obrazy. To bardzo światła, inteligentna osoba. Muszę powiedzieć, że wielki sukces Religi to w dużej mierze zasługa pani Anny. Gdyby miał inną żonę, nigdy nie zaszedłby tak daleko. Ona bardzo mu pomagała w karierze, dopingowała go do pewnych działań, choć w filmie aż tak tego nie widać. Była niezwykle wyrozumiała dla jego pasji, bo kardiochirurgia stała się jego pasją.
Dzięki temu film jest bardzo prawdziwy.
Można było stworzyć laurkę wybitnego Profesora, w aureoli sławy, który chodził w wyprasowanym fartuchu. Ale tak nie było. Była to osoba bardzo niekonwencjonalna. Faktem jest, że po 5-6 latach wspólnej pracy napięcia były tak duże, że odczułem ulgę, kiedy przeszedłem do pracy „na swoje”. Jednak nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że kardiochirurgii nauczyłem się u niego, nie w Anglii czy gdziekolwiek indziej. Chociaż gdy zacząłem kierować swoją kliniką, widziałem to inaczej, nie chciałem postępować jak on. To było na dłuższą metę nie do wytrzymania. Powiedziałem sobie „dość”, nie będziemy wariowali, pracowali po nocach, stworzymy klinikę, która dzięki temu, co on przewalczył, będzie mogła funkcjonować normalnie. I dzięki zdobytym wcześniej doświadczeniom to się udało: wykonywaliśmy po 1000 operacji rocznie, z bardzo niskimi wskaźnikami śmiertelności. Myślę, że to też był sukces, choć uszyty według innej miary.
Dziś już wiemy, że film został świetnie przyjęty przez krytyków, otrzymał główną nagrodę Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni — Złote Lwy.
Znakomicie, że udało się zrobić taki film, bo to kawał historii. To dobrze zrobiony film, ze świetną muzyką i rewelacyjną grą aktorską Tomasza Kota. Niewiele jest takich prawdziwych obrazów o ludziach, z których możemy być dumni. Na szczęście jego mitu, historii, sławy inni nie byli w stanie zniszczyć. Myślę, że gdyby trafił na obecne czasy, bardzo szybko by go zniszczono. Bo skoro można kalać Wałęsę, rzucać błoto na papieża, to znaczy, że można zniszczyć każdego. Pamiętajmy — wtedy nie było Internetu. Było trudniej, a jednocześnie łatwiej. Podejrzewam, że przy jego kontrowersyjnej postawie, niepoddawaniu się naciskom, dziś mógłby nie przetrwać. Bardzo się cieszę, że ten film powstał, że utrwalono te ważne chwile.

JAK TO JEST BYĆ KARDIOCHIRURGIEM
Szymon Piotr Warszawski, odtwórca postaci prof. Andrzeja Bochenka w filmie „Bogowie”, opowiada o wcielaniu się w rolę kardiochirurga.
Jakie było pana pierwsze spotkanie z prof. Bochenkiem?
Była 6 rano, Katowice Ochojec. Wchodzę do sekretariatu i słyszę: „O Boże, jaki pan jest podobny. Na żywo wygląda pan naprawdę jak on”. Pojechałem do Katowic dwa dni po ostrzymaniu roli, chciałem natychmiast spotkać się z Andrzejem. Pochodzę z Katowic, więc nie była to dla mnie postać anonimowa, tam każdy wie, kim on jest i jaka jest jego historia. Odtąd spotykaliśmy się wielokrotnie. Nie chciałem go zawieść, więc postawiłem sobie za cel dowiedzieć się jak najwięcej o kardiochirurgii i o nim samym.
Spodobał się panu ten świat?
Od pierwszej operacji! Wszyscy bardzo szybko wkręciliśmy się w to życie, spędzaliśmy mnóstwo czasu w szpitalach, informując się nawzajem o tym, co którego dnia się działo. Lekarze zaprosili nas do swojego świata. I wydaje mi się, że to było fascynujące obustronnie. Z Andrzejem rozmawialiśmy głównie na temat historii, przeżyć, doświadczeń. Słuchałem jego anegdot, pytałem o jego stosunek do pracy, o wątpliwości. A w Aninie uczyłem się kardiochirurgii, czytałem specjalistyczne książki, rozmawialiśmy na temat wszystkich etapów operacji, tego, co się dzieje na sali operacyjnej, dostałem narzędzia i zestaw szwów. Uczyłem się procedur, używania narzędzi, szyłem wszystko i wszędzie, wiązałem supełki na wszystkie dostępne sposoby, zacząłem nawet bardzo precyzyjnie kroić składniki przygotowywanych posiłków! Obserwowałem cały ten kardiochirurgiczny świat właściwie non stop, często z planu zdjęciowego jechałem prosto na dyżur do kliniki i rano z powrotem na zdjęcia. Poziom skupienia, adrenaliny, emocji był ogromny. Chciałem możliwie jak najbardziej przesiąknąć klimatem kardiochirurgicznego bloku, żeby podczas „wyżymania” na planie tryskać nim, niczym krew z odpowietrzanej aorty. Te trzy miesiące byłem przełączony na inny tryb życia, chłonąłem medyczną wiedzę i lekarski sposób postrzegania rzeczywistości.
To było trudne?
Tak i nie. Ci ludzie codziennie zajmują się ratowaniem życia, trzeba oswoić się z pojęciem zgonu, nauczyć się radzić sobie z tym. Ale jednocześnie to była fantastyczna, fascynująca przygoda. Nagle znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości. Lekarze to normalni ludzie, ale to, czym się zajmują, powoduje, że są zupełnie wyjątkowi. W dodatku historia każdego z trzech głównych bohaterów nadaje się na osobny film. Po zakończeniu zdjęć miałem bardzo trudny tydzień, bo z tak intensywnego trybu funkcjonowania znalazłem się nagle we własnym życiu, bez serca w bliskim otoczeniu, coś się urwało, miałem poczucie straty. W szkole teatralnej uczy się studentów jak wchodzić w rolę, ale nie uczy się, jak z niej wychodzić. Nastąpiła potworna pustka.
Nie ma się co dziwić, przez trzy miesiące był pan Andrzejem Bochenkiem…
To spotkanie mocno zmieniło moje postrzeganie świata. Ta praca była bardzo uszlachetniająca, tak po ludzku. Zrozumiałem, że wiele rzeczy jest dla nas ważnych, ale nie ma nic ważniejszego niż życie. Mogłem się na chwilę zatrzymać i odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę jest ważne dla mnie i dlaczego. A wracając do Andrzeja Bochenka — dostałem od profesora film dokumentalny o nim pt. „Dyżurka”, puszczałem go sobie non stop, leciał w tle. Wyselekcjonowałem sobie kilka fragmentów, z których wynikało, jaka jest jego ekspresja, w jaki sposób mówi, jak gestykuluje. Lata 80. znam tylko z opowieści, próbowałem więc dokonać własnej interpretacji tej postaci i skorelować ją z kardiochirurgiczną wiedzą oraz z tym, co dostałem od Andrzeja. Kiedy miałem kwestię, której nie byłem pewien i chciałem ją zmienić, to dzwoniłem i pytałem go, w jaki sposób by to powiedział.
Co było najbardziej zaskakujące?
Po pierwsze nie mogłem uwierzyć, że ten scenariusz jest oparty na faktach i to niemal dosłownie. Zaskoczeniem dotyczącym pracy na bloku operacyjnym był zaś fakt, że tam rozmawia się o czymś innym niż operacja. To było urocze, kiedy pochylając się nad rozkrojonym człowiekiem rozmawiali o wymianie opon… No bo o czym mają rozmawiać, przecież wszyscy są tam — trafnie zdefiniował to Tomek Kot — jak jednostka specjalna. Tam nie ma przypadkowych osób, każdy wie, co się dzieje, nie trzeba tego opisywać. Gdy jakaś maszyna piszczy, to każdy kto na tym bloku jest wie, co to znaczy. Dlatego lekarze tak się śmieją z filmów medycznych — że tam wszystko się tłumaczy widzowi, że nie ma wolnej przestrzeni. Cieszę się, że w filmie „Bogowie” tak nie jest, że przynajmniej wiemy, jak prawidłowo trzymać narzędzia chirurgiczne.
O trudnych początkach polskiej kardiochirurgii i wyjątkowej roli, jaką w jej tworzeniu odegrał prof. Zbigniew Religa rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Andrzejem Bochenkiem, jednym z bohaterów filmu Łukasza Palkowskiego „Bogowie”.
Widział pan już film „Bogowie”?Widziałem jeszcze w trakcie tworzenia i muszę przyznać, że wywarł na mnie ogromne wrażenie. Film jest bardzo dobry i bardzo wiernie pokazuje, co się wtedy działo w Zabrzu. Oczywiście dla celów filmu pewne sprawy musiały zostać nieco sfabularyzowane, dzięki czemu to się dobrze ogląda, ale nie ma zbyt wielu przekłamań. Naprawdę tak było! Praca w zabrzańskim ośrodku w tamtym czasie tak właśnie wyglądała, to był zryw, powiedziałbym, niemal powstanie kardiochirurgiczne.W latach 80. XX wieku robiło się w Polsce nieliczne operacje kardiochirurgiczne — trochę w Łodzi, w Poznaniu, w Krakowie. I nagle, dzięki temu, co się wtedy stało, została przełamana bariera niemożliwości. I nie chodzi o samo przeszczepianie serc — bo to akurat było spektakularne wydarzenie — ale coś się dzięki temu otworzyło. Mamy dziś świetnie rozwiniętą dziedzinę medycyny, uznaną w świecie, polscy pacjenci nie muszą czekać na operacje serca, nie muszą jeździć za granicę, bo nie ma takiego zabiegu kardiochirurgicznego, którego w Polsce się nie wykonuje, zostały przygotowane kadry i całe zaplecze. Wracając do filmu — jakie były jego początki?Jakiś czas temu zgłosił się do mnie scenarzysta Krzysztof Rak i przedstawił pomysł na taki film. Długo dyskutowaliśmy o tym, jak to mogłoby wyglądać. Wiem, że konsultował się także z żoną profesora Religi i jego synem. Szczerze mówiąc, na początku myślałem, że z braku pieniędzy nic z tego nie będzie, ale bardzo szybko zaczęły się zdjęcia. Okazało się, że Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, po zapoznaniu się ze scenariuszem, zgodził się przeznaczyć pieniądze na ten film. Potem przyjechał do mnie aktor Szymon Warszawski, który odtwarzał w filmie moją postać. Solidnie się do tego zadania przygotował. Najpierw zaangażował się w życie Kliniki Kardiochirurgii w Instytucie Kardiologii w Warszawie, a potem przyjechał do Katowic i przez dwa tygodnie „pracował” u mnie w klinice: obserwował nas podczas operacji, chodził po oddziale, podpatrywał mnie, rozmawiał z zespołem, przebrany w fartuch, jak prawdziwy lekarz. Kiedy powiedziałem w zespole, że to aktor, który będzie grał mnie w filmie, pierwsza reakcja była: „No, ale przecież on taki młody”. Musiałem im uświadomić, że ja też kiedyś taki byłem! Jakie to uczucie patrzeć na „siebie” na ekranie?Dziwne. Zarówno ja, jak i prof. Zembala przyjmujemy ten film bardzo osobiście i bardzo nas ciekawiło, jak to wyjdzie. Każdy ma takie momenty, które zaważyły na jego życiu. W naszym życiu to było właśnie spotkanie prof. Religi. Zaraził nas swoją pasją, wszyscy staraliśmy się robić podobne rzeczy jak on, mając dobry przykład. Oczywiście, nie wszystko było super, ale z całą pewnością to był moment, który miał ogromny wpływ na nasze życie zawodowe. I patrząc na Szymona Warszawskiego, widziałem siebie z tamtego okresu: młodego człowieka, który bez przerwy musi walczyć ze swoimi przekonaniami, z tym, że poza pracą nic więcej się nie liczyło, ani to, czy masz dom, rodzinę, ani czy masz czas. Jakie życie osobiste? Jaka zapłata za nadgodziny? Ten film pokazuje, jak bardzo zmieniły się realia. Kiedy słyszę dziś, że nie można pracować po godzinach, bo nie jest się ubezpieczonym, albo że lekarze za dodatkową pracę muszą dostać dodatkowe wynagrodzenie — to uśmiecham się, bo kiedyś takie sprawy nie miały znaczenia. W filmie jest więcej scen, które mogą wydawać się wręcz naciągane… Tak. Dziś wydaje się to niewyobrażalne, ale tak właśnie było: przyjechały lekarki z Nowego Sącza i myły podłogę, a chirurdzy własnymi rękami remontowali klinikę. Ten film doskonale oddaje tamte realia i pokazuje nietuzinkowego człowieka. Można powiedzieć, że gdyby nie było Religi, kardiochirurgia też w końcu jakoś by się rozwinęła. Niektórzy mówią, jak można było tak ryzykować, stosować niekonwencjonalne metody. Ale nie dało się inaczej, jeśli w tamtych czasach chciało się coś więcej osiągnąć. Dziś też nie jest łatwo, ale wtedy rzucano dodatkowe kłody pod nogi. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że prof. Religa nie miał samych przyjaciół, nie był też pupilkiem starszyzny kardiochirurgicznej. Jemu zależało, żeby młodzi szybko zaczęli robić to, co on. Dążył do tego, żeby jak najszybciej otworzyć nowe kliniki: w Zamościu, we Wrocławiu, w Białymstoku, w Olsztynie. W miarę szybko dał mi przecież klinikę do prowadzenia. Niektórych to przerastało, traktowali takie postępowanie jak zagrożenie. Kiedy robiłem habilitację, dość młodo, jak na ówczesne czasy, usłyszałem: „A co się panu tak śpieszy?”. Cały rok czekałem na akceptację. Bo byłem od Religi. Tak samo było z Marianem Zembalą. Kiedy pojechał do prof. Dziatkowiaka, już od sekretarki usłyszał, że lepiej, żeby nie wchodził, bo tamten właśnie zobaczył w CNN prof. Religę, który opowiadał o przeszczepie. Były napięcia, które dziś mogą wydawać się dziwne. Jako młodemu kierownikowi kliniki, na radach wydziału podpowiadano mi: „Kolego, dobrze panu radzę, żeby tych młodych za bardzo nie wypuszczać, bo później nie będzie miał pan co robić”. Czy stawianie na prof. Religę nie było więc zbyt ryzykowne? Przecież jemu też nie wszystko się udawało. To prawda, pierwsze przeszczepy skończyły się przecież niepowodzeniem. Muszę przyznać, że bardzo sceptycznie podchodziłem do kolejnych, co zresztą widać na ekranie. Gdyby to ode mnie zależało, nie zdecydowałbym się na ich wykonanie. Ale on poszedł za ciosem. I szósty czy siódmy przeszczep dał zrobić już mnie! Choć wtedy mnie to przerażało, to jednak było to normalne, bo my wierzyliśmy, za Religą, że potęgę kliniki tworzy się zespołem, a nie jednoosobowo. Dla młodego lekarza trafić do takiego zespołu to chyba najlepsze, co mogło się zdarzyć."Religa był jak szybki pociąg i albo się do niego wskoczyło, albo się odpadało. Podobało mi się to i dlatego zdecydowałem się zrezygnować z pracy w klinice, której kierownikiem był wtedy prof. Woś. Były o to zresztą pretensje — że obok Religi nie tworzyliśmy konkurencyjnych działalności. Ale ja wiedziałem, że wtedy nie byliśmy w stanie tego zrobić. Chciałem podłączyć się do tego szybszego pociągu. Prof. Religa utorował drogę bardzo wielu ludziom, otworzył nam umysły, a my otwieraliśmy je kolejnym osobom. Wszyscy wyznajemy zasadę, że najważniejsze jest nie to, żeby kurczowo trzymać się stanowiska, ale żeby mieć następców, bo nic nie trwa wiecznie. On sam zresztą w końcu odszedł do polityki, bo zauważył, że stał się mało skuteczny. A on chciał działać, zmieniać system. To on spowodował, że nie czeka się dziś na operacje kardiochirurgiczne. To było jego głównym celem. Kiedyś na zwykłą operację wymiany zastawki czekało się w Zabrzu dwa lata, teraz maksymalnie dwa tygodnie. I w dodatku chory może sobie wybrać, w której klinice chce być operowany. Dziś oczekiwanie na przeszczep serca to tylko kwestia braku dawcy, a nie pieniędzy.Nie jest jednak tajemnicą, że prof. Religa bywał trudny…Faktycznie. W filmie są dość drastyczne sceny. Bez ogródek jest pokazane, jak nadużywał alkoholu. Tak rzeczywiście było. Wiem, że żona wyraziła zgodę na te obrazy. To bardzo światła, inteligentna osoba. Muszę powiedzieć, że wielki sukces Religi to w dużej mierze zasługa pani Anny. Gdyby miał inną żonę, nigdy nie zaszedłby tak daleko. Ona bardzo mu pomagała w karierze, dopingowała go do pewnych działań, choć w filmie aż tak tego nie widać. Była niezwykle wyrozumiała dla jego pasji, bo kardiochirurgia stała się jego pasją.Dzięki temu film jest bardzo prawdziwy.Można było stworzyć laurkę wybitnego Profesora, w aureoli sławy, który chodził w wyprasowanym fartuchu. Ale tak nie było. Była to osoba bardzo niekonwencjonalna. Faktem jest, że po 5-6 latach wspólnej pracy napięcia były tak duże, że odczułem ulgę, kiedy przeszedłem do pracy „na swoje”. Jednak nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że kardiochirurgii nauczyłem się u niego, nie w Anglii czy gdziekolwiek indziej. Chociaż gdy zacząłem kierować swoją kliniką, widziałem to inaczej, nie chciałem postępować jak on. To było na dłuższą metę nie do wytrzymania. Powiedziałem sobie „dość”, nie będziemy wariowali, pracowali po nocach, stworzymy klinikę, która dzięki temu, co on przewalczył, będzie mogła funkcjonować normalnie. I dzięki zdobytym wcześniej doświadczeniom to się udało: wykonywaliśmy po 1000 operacji rocznie, z bardzo niskimi wskaźnikami śmiertelności. Myślę, że to też był sukces, choć uszyty według innej miary. Dziś już wiemy, że film został świetnie przyjęty przez krytyków, otrzymał główną nagrodę Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni — Złote Lwy.Znakomicie, że udało się zrobić taki film, bo to kawał historii. To dobrze zrobiony film, ze świetną muzyką i rewelacyjną grą aktorską Tomasza Kota. Niewiele jest takich prawdziwych obrazów o ludziach, z których możemy być dumni. Na szczęście jego mitu, historii, sławy inni nie byli w stanie zniszczyć. Myślę, że gdyby trafił na obecne czasy, bardzo szybko by go zniszczono. Bo skoro można kalać Wałęsę, rzucać błoto na papieża, to znaczy, że można zniszczyć każdego. Pamiętajmy — wtedy nie było Internetu. Było trudniej, a jednocześnie łatwiej. Podejrzewam, że przy jego kontrowersyjnej postawie, niepoddawaniu się naciskom, dziś mógłby nie przetrwać. Bardzo się cieszę, że ten film powstał, że utrwalono te ważne chwile.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach