Plagiat.pl, czyli testowanie uczciwości autorów

Mirosław Stańczyk
opublikowano: 11-06-2008, 00:00

Zjawisko popełniania plagiatów na uczelniach medycznych występuje lub nie. Występuje, gdy podejmowane są próby zaradzenia złu. Nie występuje, gdy a priori zakłada się uczciwość studentów i kadry naukowej.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W tak spolaryzowanym świecie nauki od 2003 roku egzystuje spółka Plagiat. pl. To swoisty monopolista, pozostający na usługach tej części społeczności akademickiej, która stosuje zasadę ograniczonego zaufania, a więc patrzy przyszłym magistrom na ręce.
Ustawa o prawach autorskich i prawach pokrewnych nakazuje ścigać plagiaty w okresie pięciu lat od chwili popełnienia przestępstwa, a rektor uczelni ma obowiązek powiadomić o takich przypadkach prokuratora. Przepisy w tym zakresie dopasowują się do ogólnej kolorystyki polskiego prawa, a więc nie są konkretne, np. nie mówią, jak postępować wobec osób naruszających normy.
„67 uczelni, w tym cztery medyczne, zaufało programowi plagiat.pl" - informuje Puls Medycyny dr Sebastian Kawczyński, prezes spółki będącej właścicielem może bardziej filozoficznego podejścia do zagadnienia niż tylko komputerowego rozwiązania. Procedura jest prosta, program komputerowy analizuje sekwencję znaków w materiale źródłowym i porównuje z artykułami z bazy, którą stanowią informacje z Internetu. Na zasadach wzajemności uczelnie medyczne mogą korzystać z prac zgromadzonych w bliźniaczych placówkach kształcących lekarzy i farmaceutów. Poszerzone zasoby znakomicie zwiększają skuteczność działania programu. Opcję tę wprowadzono w 2005 r., o czym pisaliśmy w Pulsie Medycyny w styczniu 2006 r. (wówczas z plagiatu.pl korzystały dwie uczelnie medyczne: z Gdańska i Szczecina).
Jedną z wad komercyjnego systemu jest to, że trzeba za niego płacić: od kilku do kilkunastu tysięcy złotych rocznie. Ostatnia kwota dotyczy największych uczelni w kraju, które sprawdzają wszystkie prace magisterskie. Czy jest o co kruszyć kopię? Sebastian Kawczyński twierdzi, że tak, a na potwierdzenie swoich słów przywołuje statystykę z USA. Tam co druga praca wspomagana jest treściami z Internetu bez zgody prawowitych autorów. Nie ma powodu sądzić, że w Polsce pod tym względem jest o wiele lepiej.

Policjanci...

Straszak w postaci systemu, który jest w stanie zweryfikować pracę, powstałą w wyniku swobodnej kompilacji dzieł innych osób, funkcjonuje, o czym świadczą zamieszczone w ramkach cytaty.
Z narzędzia, pełniącego rolę swoistego wariografu, korzysta kilka uczelni medycznych. Do tej grupy należy Pomorska Akademia Medyczna w Szczecinie. „Za pomocą programu komputerowego plagiat.pl od trzech lat sprawdzamy wszystkie prace: licencjackie, magisterskie, doktorskie i habilitacyjne jeszcze przed wyznaczeniem recenzentów, a więc i oddaniem materiału do druku" - informuje Puls Medycyny Kinga Brandys, rzecznik prasowy PAM. Dodaje, że są przypadki wyłapywania plagiatów, ale zdarzają się niezmiernie rzadko. Na Wydziale Lekarskim dziekan sprawdza każdą pracę, ocenia ją, dopuszcza lub dyskwalifikuje. Stosowany jest wskaźnik powtórzeń do 5 proc., powyżej tego progu sprawą zajmuje się promotor, analizuje skalę plagiatu, interpretuje, czy są to np. zwroty powszechnie stosowane. Podobnie jest na Wydziale Nauk o Zdrowiu, gdzie rocznie studenci oddają ponad 250 prac.
Tyle o procedurach. Natomiast ocena funkcjonowania samego programu plagiat.pl jest kwestią odrębną. W opinii Kingi Brandys, podczas procesu porównywania tekstów: podstawowego i tych z bazy zbyt często, jako podejrzane, podawane są pojedyncze zwroty, które w takim systemie nie powinny być wyłapywane, bo tworzą tylko „szum informacyjny".
Systemowe rozwiązania wprowadził Uniwersytet Medyczny w Łodzi. Wszystkie powstałe tutaj prace, bez wyjątku, trafiają zapisane na CD do uczelnianego administratora serwisu Antyplagiat. W przypadkach wątpliwych, a tych jest wyjątkowo mało, decyzje podejmuje promotor autora zakwestionowanego materiału. Mirosław Wdowczyk, rzecznik prasowy uniwersytetu jest przekonany, że niewielka skala negatywnego zjawiska to efekt profilaktycznej funkcji programu antyplagiatowego, który z pewnością nie jest doskonały. Łódzka uczelnia nie planuje jednak wdrażać własnego rozwiązania.
Dotychczas żadnego przypadku plagiatu nie wykryto w Akademii Medycznej w Gdańsku, w której ze sprawdzającego systemu komputerowego korzysta się bodajże najdłużej, bo od lutego 2004 roku. Od dwóch lat Gdańsk współpracuje z uczelniami medycznymi w Szczecinie i Łodzi, tworząc wspólną bazę prac: licencjackich, magisterskich, doktorskich oraz habilitacyjnych. „Na jej podstawie w przyszłości zbudowany być może zostanie ogólnopolski system antyplagiatowy" - wyjaśnia prof. Roman Nowicki, rzecznik prasowy AMG.

...kaznodzieje...

Inne rozwiązanie stosuje Uniwersytet Medyczny w Poznaniu. Otóż studenci z I i II Wydziału Lekarskiego składają pisemne oświadczenia, że praca nie opiera się na skradzionych zapożyczeniach. „Natomiast osoby kończące Wydział Farmaceutyczny i Nauk o Zdrowiu dodatkowo dołączają CD z deklaracją, iż wersja elektroniczna jest identyczna z papierową" - poinformowała nas Dominika Bazan z Biura Promocji poznańskiej uczelni.
Na poszanowanie prawa przez studentów stawia także Danuta Dąbrowska-Charytoniuk, dyrektor biblioteki Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, która wyjaśnia, że promotorzy we własnym zakresie analizują zgłoszone im prace, a w razie jakichkolwiek wątpliwości podejmują działania wyjaśniające.

...i samotny jeździec Apokalipsy

Bezwzględną walkę o respektowanie prawa prowadzi dr Marek Wroński, rzecznik rzetelności naukowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. To bodajże pierwsze tego typu stanowisko w całej Europie. „Zajmuję się sprawą plagiatów w pracach naukowych, jeżdżę z prelekcjami, uświadamiam, namawiam do bezwzględnej walki o poszanowanie intelektualnej własności uczonych" - mówi dr Wroński.
Poza swoją uczelnią, która aktywnie korzysta m.in. z systemu plagiat.pl, Marek Wroński czuje się trochę jak samotny szeryf, zagrzewany przez mieszkańców miasteczka do walki z bezprawiem. Zainteresowani, których - w razie zagrożenia - ma bronić, obserwują go zza przysłoniętych firanek. Nie chcą stanąć w otwartej potyczce. Boją się, że po przeciwnej stronie barykady spotkają sąsiada. Poza tym w takim miasteczku da się jakoś żyć.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Mirosław Stańczyk

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.