Parszywe jedynki
Ostrzej, ale bez skalpela: felieton Marka Stankiewicza.
48 tysięcy lekarzy z „jedynką”, z czego blisko 20 tysięcy grubo po pięćdziesiątce żali się, że NFZ eliminuje ich z rynku. Co więcej, podważa ich kwalifikacje i ignoruje długoletnie doświadczenie. Naczelna Rada Lekarska chce uregulowania statusu prawnego lekarzy posiadających specjalizację I stopnia, którzy udzielają świadczeń kontraktowanych. „Jedynka” i co najmniej 10-letni okres wykonywania świadczeń specjalistycznych, potwierdzone przez okręgową izbę lekarską, powinny upoważniać NFZ do honorowania uprawnień tych lekarzy. Stosowny projekt zmiany ustawy trafił już do rąk posłów. Ale co dalej?Prawdziwym dziwactwem w naszej ochronie zdrowia jest fakt, że o prawie wykonywania zawodu przez lekarza z pierwszym stopniem specjalizacji w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej decydują zarządzenia prezesa NFZ. Jako płatnik, może on wymagać, co mu się tylko zamarzy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten sterowany galimatias w medycznej biurokracji (niczym paradoksy i sofizmaty w matematyce) służy tylko wywołaniu złudzenia szczelności systemu. Nie potrzeba sofizmatów, aby gołym okiem dostrzec, że cała ta operacja jest po to, by jak najmniej zapłacić lekarzom za pracę. Fundusz, wymyślając tabelę oceny oferty o tak dużej rozpiętości punktów za kwalifikacje lekarza, uzyskał efekt kontraktowania po niższej niż dotychczas cenie. Placówki, które nie miały specjalisty pracującego przynajmniej przez połowę czasu pracy poradni, ze strachu, że nie zostaną wybrane, już w ofercie proponowały cenę niższą bądź minimalną. Każdy, kto choć trochę orientuje się w tej grze, wie, że jedynie cena i liczba świadczeń są negocjowane. NFZ tym sposobem upiekł dwie, a może nawet trzy pieczenie, na jednym ogniu: niższe koszty kontraktów, więcej świadczeń, a co się z tym wiąże większą ich dostępność oraz realizację umów przez kadrę specjalistów. Prawdziwy majstersztyk w wykonaniu politycznych magów funduszu.Przekonanie ludzi do tego, aby robili to, czego chce władza, jest o wiele prostsze, niż może się to komukolwiek wydawać. Manipulowanie ludźmi, również lekarzami, było, jest i będzie, pewnie aż po kres cywilizacji. Najważniejsze, aby medycy dostrzegali nakłanianie ich do podejmowania decyzji sprzecznych z zawodowymi i życiowymi interesami. Najskuteczniej manipuluje się ludźmi pozbawionymi stosownej informacji i wiedzy. No i tymi, którzy bardzo chcą usłyszeć miłe ich sercom zapewnienia i obietnice.Tu i ówdzie daje się usłyszeć w środowisku lekarskim gromką krytykę, że izba lekarska chce ciągnąć za uszy tych, którym kiedyś nie chciało się uczyć. Niemal do żywego dotknięci są specjaliści, którzy uzyskali tytuł w nowym trybie. Nic w tym dziwnego, każdy strzeże dostępu do swojej piaskownicy. Okazuje się, że osławiona i wyświechtana solidarność lekarzy ma również wiele zwrotów i odcieni. Ale inicjatywa Naczelnej Rady Lekarskiej ma swoje mocne korzenie. O dziwo, rodem z dogorywającej komuny. Do 1988 roku nie istniała w Polsce neonatologia jako lekarska specjalność, choć setki pediatrów z powodzeniem przez całe dekady prowadziło w terenie oddziały noworodkowe. Wtedy to właśnie ówczesna minister zdrowia prof. Izabela Płaneta-Małecka wyznaczyła błyskawiczną ścieżkę do nowej specjalizacji dla pediatrów, legitymujących się nie krótszym niż 10 lat stażem pracy w oddziałach noworodkowych. Po kilku miesiącach pionierska 40-osobowa kadra neonatologów pomyślnie zdała centralny egzamin w Białymstoku. Dla chcącego nie ma więc nic trudnego.Prawda ma wstydliwe oblicza, o których czasem wolimy nie mówić. Co gorsza, również nie pamiętać. Przypominam, że dwustopniowa specjalizacja posiada swoją dobrą i złą legendę. O ile specjalizacje, doktoraty i zagraniczne stypendia były oczywistą codziennością w miastach akademickich, o tyle w Polsce powiatowej dość powszechną praktyką było intensywne przeszkolenie młodego lekarza, aby jak najszybciej powierzyć mu pełnienie dyżurów czy przyjmowanie tłumów matek z dziećmi w poradniach, specjalistycznych zresztą. Temu właśnie miała służyć tzw. „jedynka” po 2-3 latach praktyki, a niekiedy i szybciej. Czas uzyskania uprawnień determinowała potrzeba kadrowa, a nie litera prawa. Ordynatorzy zacierali ręce, bo mogli już z lżejszym sercem pospacerować sobie ze strzelbą po pobliskich kniejach, zamiast za każdym razem w środku nocy biec na wezwanie do szpitala. Wcale niemłodzi już „jedynkowicze” sami w nocy znieczulali, operowali i robili niemal wszystko to, czego NFZ im teraz odmawia. Klucz do pełnej specjalizacji był wówczas pilniej niż dziś strzeżony. Bynajmniej niekoniecznie literą prawa. Ale to raczej temat na serial, a nie felieton.Wiosenna sesja egzaminacyjna 2007 r. była ostatnią, w której lekarze w systemie dwustopniowym mieli możliwość przystąpienia do egzaminu specjalizacyjnego. Włos z głowy nie spadnie tym, którzy przed 29 sierpnia 2007 roku przepracowali nieprzerwanie 10 lat w poz — bezterminowo zachowują prawo pracy jako lekarze poz. Natomiast lekarze innych specjalności niż pediatria, interna i medycyna ogólna, którzy wówczas nie mogli wykazać się 10-letnią, nieprzerwaną pracą w poz, ale pracowali jako lekarze poz w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, na podstawie umowy z NFZ lub w poradni, która taką umowę posiadała, utracą prawo wykonywania zawodu w poz 31 grudnia 2017 roku.Co dalej? Sprawa budzi kontrowersje. PR-owym czarodziejom, udającym ekonomistów przypominam, że równowaga między popytem i podażą to sytuacja, w której określona cena ustala się samoistnie. Ale wiem również, że nawet najlepszy pomysł nie zadowoli wszystkich. Niezależnie od zamiarów i posunięć decydentów zdrowia publicznego, nie zapominajmy, że jak się jest na celowniku, to też można zginąć od przypadkowego pociągnięcia za spust. [email protected]