Pacjenci z SM czekają nawet rok na rozpoczęcie leczenia
Choć medycyna zrobiła wielki postęp w leczeniu SM, polscy pacjenci nie mogą się z tego cieszyć. 20 lat temu pojawił się pierwszy lek, który spowalniał rozwój choroby
Dziś zarejestrowanych jest 7 leków pozwalających zahamować progresję choroby na wiele lat lub spowolnić jej postęp. Jeszcze do niedawna chorzy na SM mogli korzystać z leczenia tylko 5 lat, choć specjaliści uważają, że należy je kontynuować jak najdłużej. Po protestach pacjentów resort zdrowia zniósł czasowe ograniczenie pierwszoliniowego leczenia. Nie dołożył jednak środków. W efekcie kolejka uległa wydłużeniu.
"Są ośrodki, gdzie chorzy mogą czekać ponad rok na rozpoczęcie leczenia" – mówi prof. Krzysztof Selmaj, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii UM w Łodzi. Agata Byszewska sekretarz Fundacji Neuropozytywni zrzeszającej dotkniętych chorobami neurodegeneracyjnymi dodaje, że na przykład w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu na leczenie czeka się 300 dni.
Chory, który musi rozpocząć leczenie drugoliniowe też czeka w kolejce. Ale największym problemem jest kwalifikacja do takiego leczenia. Leki podstawowe, takie jak interferon beta i octan glatimeru pomagają jedynie 35 proc. pacjentów z SM, dwukrotnie bardziej skuteczne są natomiast leki nowszej generacji, tzw. drugiego rzutu. Ich wskazania rejestracyjne mówią, że powinni być nim leczeni pacjenci po pierwszym zaostrzeniu choroby. Tak też uważają specjaliści.
"Tymczasem nie zważając na efekty trwających wiele lat badań klinicznych małe gremium przy stoliku w polskim ministerstwie zdrowia podejmuje decyzję, że terapię można rozpocząć dopiero po drugim zaostrzeniu"- oburza się prof. Selmaj.
"To jest dramat pacjenta" – podkreśla Urszula Jaworska, której Fundacja przygotowała wspólnie z warszawską uczelnie Łazarskiego Białą Księgę SM. Zaangażowała się też wraz z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego w przygotowanie projektu narodowego programu dla chorych na SM.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: HP