Pacjenci czekają w kolejce, rak nie
Nikt nie wie, ile jest w Polsce pacjentów zdiagnozowanych, ale czekających na leczenie onkologiczne. Nie ma też wiarygodnych statystyk, jak długo czeka się na taką terapię. Zła organizacja leczenia onkologicznego to problem, z którym boryka się cała Europa. Duński minister zdrowia z tego powodu w listopadzie 2006 roku stracił stanowisko.
Duńczycy też mają problemy
Dania ma bardzo precyzyjne regulacje dotyczące leczenia chorób zagrażających życiu. Tamtejszy parlament uchwalił prawo, zgodnie z którym pacjent z podejrzeniem nowotworu musi mieć w ciągu dwóch tygodni od zgłoszenia do lekarza wykonane badania, a jego leczenie po rozpoznaniu musi być rozpoczęte w czasie kolejnych dwóch tygodni. Na leczenie uzupełniające nie może czekać dłużej niż miesiąc.
Decyzję duńskich parlamentarzystów trudno jednak wprowadzić w życie. Największym problemem w Danii jest dostęp do specjalistów, ponieważ w tym kraju dramatycznie brakuje onkologów. W szpitalach zaczęły więc powstawać ukryte listy oczekujących na leczenie. Duńskim dziennikarzom, którzy postanowili sprawdzić, jak w praktyce realizuje się ustawowe prawa pacjentów chorych na nowotwory, bez trudu udało się udowodnić, że są one łamane. Opisali oni przypadki pacjentów onkologicznych, którzy zmarli, bo ich leczenie nie zostało podjęte w ustawowym czasie. Co więcej, zgodnie z prawem unijnym, pacjenci ci mogliby poddać się leczeniu za granicą, ale lekarze prowadzący nic nie zrobili w tym kierunku. Odpowiedzialnością za takie traktowanie chorych duńskie media obarczyły ministra zdrowia.
Prawa pacjenta
W Polsce nigdy nie było poważnej debaty ani o prawach pacjentów onkologicznych, ani o odpowiedzialności za brak odpowiednio skutecznego i szybkiego ich leczenia. Trudno nawet mówić o skali problemu, ponieważ przypadków pacjentów zdiagnozowanych, ale czekających na leczenie nie ujmują żadne statystyki. "Nie mamy żadnych "twardych" danych na potwierdzenie tezy, że w Polsce ktokolwiek nie miał podjętego leczenia, mimo że były wskazania. Na podstawie swoich dyżurów w infolinii mogę powiedzieć, że pacjenci, którzy dzwonią do Centrum Onkologii bardzo rzadko skarżą się na brak leczenia w ogóle, częściej na kolejki do zabiegów operacyjnych, radioterapii czy chemioterapii" - twierdzi dr n. med. Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.
Jak długo czeka się w kolejce, nie wiadomo. Zdaniem dr. n. med. Grzegorza Luboińskiego, kierownika Pododdziału Chirurgii Endokrynologicznej w warszawskim Centrum Onkologii, bolączką polskiej onkologii jest to, że w większości klinik i oddziałów nie ma jednolitego systemu list oczekujących. Zwykle każda klinika kieruje się własnymi zasadami. Tymczasem chorym onkologicznym, jak wszystkim pacjentom, należy się prawo do realizacji rozporządzenia ministra zdrowia dotyczącego kolejek.
"W oddziale, którym kieruję, zasady dotyczące czasu oczekiwania na przyjęcie są proste. Pacjent z rozpoznanym nowotworem nie może czekać dłużej niż miesiąc, chory z podejrzeniem raka zostaje zaś przyjęty maksymalnie w ciągu trzech miesięcy. Pacjent jest wpisany do kolejki i wszystko jest jasne i przejrzyste" - mówi dr G. Luboiński. "Zdarza się jednak - zauważa dr J. Meder - że nie wpisując chorego do kolejki, przyspieszając jego leczenie, możemy komuś uratować życie".
Dramatyczny wybór
Jak twierdzi J. Meder, wszystkie decyzje przyspieszające leczenie zapadają w Centrum Onkologii na zasadzie konsylium zespołowego, bo nie powinno się ich podejmować jednoosobowo. "Zawsze dajemy pierwszeństwo osobom młodym, u których wiadomo, że nowotwór rośnie szybko - podkreśla J. Meder. - Bywają sytuacje, kiedy ktoś przychodzi pierwszy raz do instytutu i jest przyjmowany do szpitala od razu po zdiagnozowaniu choroby, nawet kosztem innych chorych, tych, którzy przyszli za późno. Jeżeli lekarz musi wybierać, to musi zacząć od leczenia tego pacjenta, który ma większe szanse na wyleczenie".
Janusz Meder jest przeciwny restrykcyjnemu ustalaniu maksymalnego dopuszczalnego czasu oczekiwania na leczenie onkologiczne. "Przykład Danii pokazuje, że nie ma sensu przyjmować przepisów, które są nie do zrealizowania" - mówi.
Zdaniem prof. Cezarego Szczylika, kierownika Kliniki Onkologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, największym problemem polskiej onkologii są nowotwory tzw. sieroce, gdyż ich leczenie nie jest w ogóle finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Prof. C. Szczylik podaje przykład najbliższego jego zainteresowaniom naukowym raka nerki, który nie jest schorzeniem stricte sierocym, ale tak jest traktowany przez urzędników NFZ. "Nowe terapie są dla większości chorych z zaawansowanym rakiem nerki jedynym skutecznym leczeniem. Nowe leki mają też mniej działań ubocznych, zwłaszcza tych groźnych dla życia. Chorzy z nowotworem o niskim stopniu złośliwości powinni być leczeni interferonem. Te rzadkie przypadki musimy jednak finansować z wartości rocznego kontraktu, co dla szpitala akademickiego jest dużym problemem. Udaje nam się wygrywać w sądzie sprawy o zwrot kosztów tego leczenia, ale przecież nie w ten sposób powinna wyglądać nasza komunikacja z NFZ. W Polsce minister zdrowia powinien wydzielić 4-5 klinik referencyjnych, które otrzymałyby dodatkowe środki na leczenie onkologiczne poza standardami" - twierdzi prof. C. Szczylik.
Onkolodzy ostrzegają, że rak będzie epidemią XXI wieku. To oznacza, że dyskusji na temat niedostatecznego finansowania i słabej organizacji leczenia nowotworów w Polsce nie można odkładać w nieskończoność.
Znikąd ratunku?
Procedura wydania zgody na leczenie za granicą dla pacjentów chorych na nowotwory jest taka sama, jak dla wszystkich pozostałych. Jak zapewnia Jolanta Kocjan, rzeczniczka Narodowego Funduszu Zdrowia, dotychczasowy oraz przewidywany dalszy czas oczekiwania na terapię w Polsce jest istotnym argumentem, który powinien uwzględnić lekarz kierujący pacjenta onkologicznego na leczenie za granicę. Problem w tym, że nie wiadomo, po jakim czasie oczekiwania na terapię w Polsce chory ma prawo domagać się leczenia za granicą, ponieważ maksymalny okres oczekiwania na świadczenie medyczne w Polsce (nie tylko zresztą dla chorych onkologicznych) nie jest sprecyzowany. Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej prezes NFZ wydał zaledwie 5 zgód dla pacjentów onkologicznych na leczenie za granicą. Były to dwa przypadki chemioterapii (koszt 5 tys. euro oraz 13,3 tys. euro) oraz radioterapii połączonej z chemioterapią (9,9 tys. euro). Wszyscy pacjenci leczyli się w Niemczech. NFZ zgodził się też na oprotezowanie okulistyczne po leczeniu nowotworu (koszt 210 euro) oraz na jedno badanie PET w Belgii (koszt 900 euro).
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Beata Lisowska