Ordynator nie czuje się winny

Beata Lisowska
opublikowano: 05-02-2003, 00:00

Przed Sądem Lekarskim w Gdańsku toczy się prawdopodobnie pierwsza w Polsce w pełni udokumentowana sprawa o mobbing.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Powódkami jest 11 pielęgniarek z Oddziału Chirurgii Onkologicznej w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu im. J. Korczaka w Słupsku, które twierdzą, że ich praca jest ciągłym stresem. Pozwanym zaś ordynator tego oddziału - dr nauk medycznych z II stopniem specjalizacji z chirurgii ogólnej i ukończoną specjalizacją chirurgii onkologicznej. W listopadzie ub. r. okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej Pomorskiej OIL wystąpił z wnioskiem do sądu o ukaranie lekarza za nieetyczne zachowanie wobec pracowników.
Sprawa zaczęła się półtora roku temu, kiedy do słupskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych zgłosiły się ze skargą na swojego szefa cztery pielęgniarki. ,Opowiadały, że wychodząc do pracy już miały bóle żołądka, wracając do domu musiały brać środki na uspokojenie, bały się odgłosu kroków ordynatora na korytarzu, codziennie rano zastanawiały się, ,czy szef będzie miał dzisiaj żylety w oczach" - wspomina Dorota Gardias, szefowa słupskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Wtedy związek zawodowy uznał, że na podstawie ustnego zgłoszenia czterech tylko sióstr nie można podjąć interwencji. Dziś D. Gardias przyznaje, że to był błąd.
,Powinno nas zastanowić to, że w ciągu trzech lat na tym oddziale zmieniły się trzy oddziałowe. Odeszły na własną prośbę, nikt ich nie zwalniał. Jeśli oddziałowa rezygnuje z prestiżu, wyższej pensji i odchodzi na inny wydział do pracy przy łóżku chorego, jest to sygnał, że w tym oddziale dzieje się źle" - uważa D. Gardias.
Po roku wszystkie pielęgniarki, włącznie z oddziałową, ponownie zgłosiły się do związku o pomoc, twierdząc, że traktowanie ich przez ordynatora nie uległo zmianie. Tym razem przyszły z oficjalnym pismem do dyrektora. Po rozmowach z dyrekcją doszło do pierwszej ugody. Po trzech tygodniach pielęgniarki wróciły, twierdząc, że z ordynatorem nadal nie można współpracować. Wtedy postępowanie przeciwko lekarzowi było już równolegle prowadzone przez rzecznika odpowiedzialności zawodowej w Pomorskiej Okręgowej Izbie Lekarskiej. O sytuacji na oddziale pielęgniarki powiadomiły również organ założycielski szpitala - urząd marszałkowski, który także zaangażował się w mediacje. Pielęgniarki korzystały też z pomocy prawnej senator Ewy Serockiej oraz konsultowały się ze Stowarzyszeniem Antymobbingowym Barbary Grabowskiej. Cały czas były pod opieką psychologa zatrudnionego przez OZZPiP. Ponownie nie doszło do porozumienia między pielęgniarkami a ordynatorem. Lekarz twierdził, że nie czuje się winny. Zamieszanie wokół swojej osoby nazywał intrygą uknutą przez tych, którzy chcą, by zrezygnował ze stanowiska.
Po przesłuchaniach pielęgniarek i lekarzy pracujących z ordynatorem, rzecznik odpowiedzialności zawodowej skierował sprawę do sądu.
Jednak pielęgniarki nie są usatysfakcjonowane. ,Sprawa jest trudna. Kwestia deontologii to zawsze bardzo delikatna sfera. W tym wypadku dodatkowym utrudnieniem jest to, że ordynator jest Macedończykiem. Dochodzą więc kwestie innej obyczajowości i traktowania kobiet. Mamy wrażenie, że ordynator przez cały czas nie rozumie, że postąpił źle. Takie konflikty można załatwić wewnętrznie. Na każdym kolejnym etapie miałyśmy nadzieję, że uda się dojść do porozumienia" - zapewnia Dorota Gardias.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.