Na ratunek lekarzowi, który zaraz utonie w morzu sprawozdawczości
Tonę w papierach! Wcale nie dlatego, że wróciłem z urlopu i muszę wyczyścić biurko z przedwakacyjnych zaległości.
Teoretycznie powinno być łatwiej, bo na każdym biurku stoi już komputer. Tyle że ciągle lwią część dokumentacji wypełnia się w całości lub częściowo ręcznie. Bo tak trzeba, z przyzwyczajenia albo na wszelki wypadek. A komputery też przecież jeszcze nie słuchają wypowiadanych w myślach poleceń, tylko czekają na kliknięcie myszką lub naciśnięcie klawiatury. Pół biedy, gdy system komputerowy działa sprawnie i nie udowadnia – w najmniej spodziewanym momencie – że oprogramowanie to taka część systemu, której nie można kopnąć, a kopia zapasowa to coś, co nigdy nie zostaje sporządzone w porę. Każde zawieszenie się sprzętu, chwilowy brak dostępu czy zasilania, nieznośnie dłużący się czas potrzebny na przesłanie danych, tudzież brak możliwości otwarcia programu z powodu przekroczenia limitu licencji irytują, bo za drzwiami czeka tłum pacjentów, za chwilę trzeba iść na wizytę, konsultację lub umyć się do zabiegu.
Szans na poprawę nie widać. Stale rosnąca liczba dokumentów to wynik nie tylko zmieniających się wymagań NFZ i akredytacyjnych, ale także skutek wiary, moim zdaniem nieuzasadnionej, we wzrost bezpieczeństwa prawnego, wprost proporcjonalny do ilości liter, kresek i krzyżyków w historii choroby. Rozrost papierowej biurokracji stymuluje oddolna, szpitalna lub przychodniana inicjatywa. Nie może więc dziwić dokumentacyjna specyfika poszczególnych placówek.
Ten miszmasz mogłoby ogarnąć Ministerstwo Zdrowia. Potrzebne byłoby tylko dobre prawo. Tylko i aż. W grudniu ubiegłego roku resort zdrowia opublikował projekt rozporządzenia w sprawie rodzajów i zakresu dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania. Ministerialne propozycje poddano miażdżącej krytyce, m.in. ze strony izb lekarskich. Projekt poprawiono i ponownie przedstawiono do konsultacji. Niestety, tak ważny z praktycznych względów akt prawny przedłożono do opiniowania akurat w środku sezonu urlopowego. Zmniejsza to szanse na poprawę rozporządzenia, które w przedstawionej przez ministerstwo formie bardziej mnoży biurokrację niż porządkuje zasady dokumentowania i sprawozdawania. Nowe prawo nie ukróci radosnej twórczości dokumentacyjnej w placówkach medycznych. Nadal będzie można tworzyć dziesiątki formularzy tylko dlatego, że ktoś chce się wykazać. I nadal ich postać oraz zawartość będzie charakterystyczna dla danej placówki.
Na temat karty wypisowej pacjenta projekt wypowiada się szczegółowo, co wcale nie znaczy jasno i precyzyjnie. To co najważniejsze w wypisie – rozpoznanie będzie, tak jak to jest od 2006 roku, pisane po polsku. Dodano poprawkę, by na życzenie pacjenta można było podawać diagnozę po łacinie. Widać tu rękę urzędnika, a nie lekarza. Bo to tak, jakby pacjent mówił: „Panie doktorze, jak się okaże, że mam raka, proszę mi tego nie pisać po polsku”. Kto pracuje w szpitalu, wie, że chorzy rzadko sami proszą, by nie przekazywać im diagnozy. Zabiegają o to najbliżsi i to im prawo powinno dawać taką możliwość. Czysto biurokratycznym wymysłem jest obowiązek wydania karty wypisowej w dwóch egzemplarzach. Znając życie, drugi egzemplarz wyląduje w koszu.
Zupełnie nie rozumiem, skąd wziął się pomysł wpisywania do książki raportów numeru PESEL pacjenta. Ostry dyżur, dwadzieścia przyjęć, kilkadziesiąt interwencji na oddziale, konsultacje i jeszcze rządek cyferek przy każdym nazwisku. Dyżurny straci czas i nerwy, o ile w ogóle zechce się podporządkować nowym, biurokratycznym wymogom. Z powodu braku czasu już teraz w dokumentacji panoszy się bylejakość.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek