Na nowej ustawie refundacyjnej najwięcej stracą diabetycy

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 24-01-2012, 00:00

Moim zdaniem: Sławomir Badurek pokazuje, jak Ministerstwo Zdrowia żongluje dowodami naukowymi.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Pamiętam, jak trzy lata temu ówczesny wiceminister zdrowia Marek Twardowski zapewniał na antenie radiowej „Jedynki” o wpisaniu długo działających analogów insuliny na listę leków refundowanych. Zamiar popierała szefowa resortu Ewa Kopacz. Mimo to obietnicy nie zrealizowano. Nadzieje odżyły w kolejnym roku. Jeszcze pod koniec października 2010 r. wiceminister Twardowski informował, że środki na refundację wspomnianych insulin będą pochodzić z „ostrych negocjacji z koncernami farmaceutycznymi”. Kilka tygodni później doktor Twardowski podał się do dymisji, a na ogłoszonej praktycznie w tym samym czasie liście leków refundowanych znów zabrakło bez-
szczytowych analogów insuliny. Oficjalnie nikt tych faktów nie łączył. Podobnie rzecznik MZ Piotr Olechno, odpowiadając na pytania dziennikarzy, słowem nie wspominał o silnym niezadowoleniu krajowych producentów insulin z ministerialnych planów, tylko przekonywał, że wzięto pod uwagę wątpliwości związane z bezpieczeństwem długo działających analogów. To prawda, opublikowane w czasopiśmie „Diabetologia” wyniki retrospektywnych analiz statystyczno-epidemiologicznych, przeprowadzonych w Niemczech, Szwecji, Szkocji i Anglii, wskazywały na możliwość rakotwórczego działania jednego z bezszczytowych analogów — glarginy. Ale praca została wydrukowana w numerze czerwcowym z roku 2009, a w momencie ogłoszenia listy leków refundowanych, czyli prawie półtora roku później (!), było jasne, że nie ma podstaw, by kwestionować standardy leczenia.

Rok później ministerstwo uraczyło nas równie efektowną żonglerkĄ faktami. Tym razem w roli sztukmistrza wystąpił wiceminister Andrzej Włodarczyk. Na konferencji prasowej poświęconej nowej liście refundacyjnej doktor Włodarczyk, posiłkując się publikacją w „poważnym piśmie”, rzucił cień na leki inkretynowe, które miały być refundowane. I znów, tak jak w przypadku bezszczytowych analogów, usłyszeliśmy o zagrożeniu rakiem i — jakże by inaczej — o tym, że dobro pacjenta to dla resortu bezdyskusyjny priorytet. Pewnie zdecydowana większość słuchających ostrzeżeń wiceministra Włodarczyka czuła dumę, że mamy tak czujne władze. Mnie natomiast przepełniały zawód i niesmak. Zawód, bo po raz kolejny prysła nadzieja na poprawę dostępu diabetyków do nowoczesnego leczenia o udowodnionej skuteczności. Niesmak, bo znów posłużono się zasadą, 
że jak się chce uderzyć, kij zawsze się znajdzie. 
Kij to publikacja naukowców z University of California w „Gastroenterology” z lipca ubiegłego roku. W pracy, będącej retrospektywną analizą bazy FDA pod kątem działań niepożądanych sitagliptyny i eksenatydu, nie napisano, że leki inkretynowe powodują ostre zapalenie trzustki, raka trzustki i raka tarczycy. Zwrócono natomiast uwagę, że zwiększone ryzyko wymienionych jednostek chorobowych u leczonych sitagliptyną lub eksenatydem może być związane z czynnikami, które z uwagi na brak danych nie były przedmiotem analizy i dlatego potrzebne są dalsze badania i obserwacje. Tymczasem wiceminister Włodarczyk wypowiadał się na konferencji prasowej tak emocjonalnie, jakby chodziło o trucizny, a nie o leki określane jako najbardziej obiecujące w diabetologii!

Zupełnie nie wiadomo, jakie prace naukowe przesądziły o wycofaniu się z refundacji najpopularniejszych pasków do pomiaru glikemii, używanych przez 600 tysięcy chorych. Nawet gdyby dysponowano wiarygodnymi danymi, że konkurencyjne produkty są zdecydowanie lepsze, podjęto fatalną decyzję, mając gdzieś dobro diabetyków. Pomijając „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, nie jest tak, że chory na cukrzycę, po przestudiowaniu nowej listy leków refundowanych, zaopatruje się w aptece lub przychodni w nowy glukometr. W większości przypadków taka zmiana sprzętu wymaga edukacji. Pan premier wspomniałby pewnie o „komforcie pracy lekarza”. I słusznie, bo jakaś lekarska ręka musi wypisać receptę na nowe paski. To oznacza dodatkowe koszty. Podobnie jak zużycie kilkuset tysięcy opakowań testów dodatkowo „na naukę”. Z całą pewnością znajdą sie także chorzy, którzy wskutek nieprzemyślanych, wprowadzonych zza węgła zmian w refundacji pasków przerwą samokontrolę. Budżet zaoszczędzi? Wręcz odwrotnie. Wzrośnie liczba hospitalizacji.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.