Na nowej ustawie refundacyjnej najwięcej stracą diabetycy
Moim zdaniem: Sławomir Badurek pokazuje, jak Ministerstwo Zdrowia żongluje dowodami naukowymi.
Rok później ministerstwo uraczyło nas równie efektowną żonglerkĄ faktami. Tym razem w roli sztukmistrza wystąpił wiceminister Andrzej Włodarczyk. Na konferencji prasowej poświęconej nowej liście refundacyjnej doktor Włodarczyk, posiłkując się publikacją w „poważnym piśmie”, rzucił cień na leki inkretynowe, które miały być refundowane. I znów, tak jak w przypadku bezszczytowych analogów, usłyszeliśmy o zagrożeniu rakiem i — jakże by inaczej — o tym, że dobro pacjenta to dla resortu bezdyskusyjny priorytet. Pewnie zdecydowana większość słuchających ostrzeżeń wiceministra Włodarczyka czuła dumę, że mamy tak czujne władze. Mnie natomiast przepełniały zawód i niesmak. Zawód, bo po raz kolejny prysła nadzieja na poprawę dostępu diabetyków do nowoczesnego leczenia o udowodnionej skuteczności. Niesmak, bo znów posłużono się zasadą, że jak się chce uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Kij to publikacja naukowców z University of California w „Gastroenterology” z lipca ubiegłego roku. W pracy, będącej retrospektywną analizą bazy FDA pod kątem działań niepożądanych sitagliptyny i eksenatydu, nie napisano, że leki inkretynowe powodują ostre zapalenie trzustki, raka trzustki i raka tarczycy. Zwrócono natomiast uwagę, że zwiększone ryzyko wymienionych jednostek chorobowych u leczonych sitagliptyną lub eksenatydem może być związane z czynnikami, które z uwagi na brak danych nie były przedmiotem analizy i dlatego potrzebne są dalsze badania i obserwacje. Tymczasem wiceminister Włodarczyk wypowiadał się na konferencji prasowej tak emocjonalnie, jakby chodziło o trucizny, a nie o leki określane jako najbardziej obiecujące w diabetologii!
Zupełnie nie wiadomo, jakie prace naukowe przesądziły o wycofaniu się z refundacji najpopularniejszych pasków do pomiaru glikemii, używanych przez 600 tysięcy chorych. Nawet gdyby dysponowano wiarygodnymi danymi, że konkurencyjne produkty są zdecydowanie lepsze, podjęto fatalną decyzję, mając gdzieś dobro diabetyków. Pomijając „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, nie jest tak, że chory na cukrzycę, po przestudiowaniu nowej listy leków refundowanych, zaopatruje się w aptece lub przychodni w nowy glukometr. W większości przypadków taka zmiana sprzętu wymaga edukacji. Pan premier wspomniałby pewnie o „komforcie pracy lekarza”. I słusznie, bo jakaś lekarska ręka musi wypisać receptę na nowe paski. To oznacza dodatkowe koszty. Podobnie jak zużycie kilkuset tysięcy opakowań testów dodatkowo „na naukę”. Z całą pewnością znajdą sie także chorzy, którzy wskutek nieprzemyślanych, wprowadzonych zza węgła zmian w refundacji pasków przerwą samokontrolę. Budżet zaoszczędzi? Wręcz odwrotnie. Wzrośnie liczba hospitalizacji.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek