Odmowa finansowania nadwykonań narusza Konstytucję RP
Dyrektorzy pięciu dużych szpitali z woj. kujawsko-pomorskiego odmówili w grudniu podpisania kontraktów z NFZ. Solidarność szefów; lecznic, a także kluczowe dla ochrony zdrowia w regionie znaczenie ich placówek zmusiły płatnika do ogłoszenia dodatkowego konkursu ofert. Pod koniec stycznia odtrąbiono porozumienie. Nie wiemy, na jakich warunkach je zawarto, bo w Polsce publiczne pieniądze na ochronę zdrowia wydaje się ciągle za zamkniętymi drzwiami.
Przypomnijmy, że chodzi o świadczenia gwarantowane przez państwo, które nie mieszczą się w kontrakcie na dany rok, a które najczęściej, z powodu stanu zdrowia chorego, muszą być wykonane. Odmowa ich sfinansowania ze strony narodowego płatnika prowadzi do złamania konstytucyjnego prawa do równego dostępu do świadczeń zdrowotnych ze środków publicznych. Bo cóż to za równy dostęp, jeśli chory, który zachoruje w marcu, ma większe szanse na leczenie od tego, któremu choroba przytrafi się w listopadzie? Rady NFZ, by rozłożyć kontrakt równomiernie na cały rok, nie rozwiązują problemu, bo w wielu dziedzinach kontraktuje się zdecydowanie za mało świadczeń. Tymczasem wykonanie procedur kosztuje coraz więcej, a stawka za punkt ledwie drgnęła.
O tym, że wycena punktu musi zostać zwiększona głośno mówiono pod koniec 2008 roku. Wygasały wówczas postanowienia tzw. ustawy wedlowskiej, zapewniające szpitalom odrębny strumień pieniędzy na wynagrodzenia. Szacowano wtedy, że do zachowania finansowego status quo wartość punktu należy podnieść do 54-55 złotych. Korekty nie dokonano. Nie tylko w 2009, ale i w kolejnych dwóch latach NFZ płacił za punkt 51 złotych. W tym roku jest o złotówkę więcej.
Niespełna dwuprocentowa podwyżka to zmiana kosmetyczna, bo inflacja w ostatnich czterech latach wyniosła około 15 procent. W tym czasie o kilkaset procent wzrosły płacone przez szpitale składki ubezpieczenia OC. Przykładowo cena rocznej polisy dla 600-łóżkowego wielospecjalistycznego szpitala to około 700 tysięcy złotych. Od tego roku taki szpital musi za około pół miliona złotych wykupić dodatkowe ubezpieczenie z tytułu tzw. zdarzeń medycznych. Część dyrektorów płacić nie chce, wychodząc z założenia, że ubezpieczyciel-monopolista, jakim jest dla lecznic PZU, powinien obniżyć stawki za nowe ubezpieczenie lub OC.
Drożej przyjdzie szpitalom zapłacić za leki. Nowa ustawa refundacyjna zakazuje przyjmowania darowizn w postaci leków refundowanych. Dotychczas w takiej formie przekazywano do szpitalnych aptek m.in. insuliny, statyny, witaminy i odżywki dla dzieci. Wydatki zwiększy również podwyżka składki rentowej. Z pewnością wielu dyrektorów sięgnie po redukcję personelu i obniżkę wynagrodzeń. Zwłaszcza w przypadku lekarzy może to być gra ryzykowna. Już dziś ich podstawowe wynagrodzenie jest przeważnie niższe w szpitalach niż w lecznictwie ambulatoryjnym. Ewentualne obniżki grożą dopływem specjalistów ze szpitali, co w konsekwencji będzie oznaczać utratę możliwości zawierania kontraktów w niektórych dziedzinach.
Tak jak się spodziewano, cudów nie zdziałało przekształcenie szpitali w spółki. Najczęściej tam, gdzie zmieniono formę własnościową, korzyści były tylko na początku. Z czasem szpital wracał na tory zadłużenia. Nic dziwnego, że w ubiegłym roku, po raz pierwszy od czterech lat, długi szpitali publicznych radykalnie wzrosły, przekraczając w II kwartale barierę 10 miliardów złotych.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek