Mina podłożona pod szpitalne łóżko [FELIETON Marka Stankiewicza]
Mina podłożona pod szpitalne łóżko [FELIETON Marka Stankiewicza]
Sędziwy Hipokrates nikomu nie obiecywał, że tajniki medycyny będzie się zgłębiać łatwo, lekko i przyjemnie. Co więcej, to nie on sam, lecz jego uczniowie należący do związku pitagorejskiego byli autorami przysięgi składanej już w starożytności. W Polsce osoby kończące medycynę i podejmujące praktykę lekarską składają Przyrzeczenie Lekarskie, które jest częścią Kodeksu Etyki Lekarskiej, uchwalonego przez Krajowy Zjazd Lekarzy. Nasze Przyrzeczenie Lekarskie tylko w porywach nawiązuje do przysięgi Hipokratesa.

Medycyna jest wciąż marzeniem wielu tysięcy polskich maturzystów i w dwójnasób ich rodziców, którym marzenia o białym kitlu, prestiżu i życiowym spełnieniu z rożnych powodów niegdyś prysły jak bańka mydlana. Po latach przełykania goryczy gotowi są wspierać na całego swoje dzieci, aby tylko zdobyły upragniony dyplom lekarza lub lekarza dentysty. Studia stacjonarne są bezpłatne, natomiast średnia cena płatnego kierunku lekarskiego w Polsce wynosi 38 205 zł za rok studiów. A to oznacza, że przez 6 lat studia kosztują rodzinę przyszłych lekarzy średnio 229 230 zł.
Jednocześnie minister zdrowia kuchennymi drzwiami wpuszcza do systemu ochrony zdrowia, już nie tylko zza wschodniej rubieży, każdego posiadacza dyplomu lekarskiego, bez stosownej weryfikacji i nostryfikacji. A co gorsza, bez znajomości języka polskiego i terminologii medycznej. Dla resortu zdrowia priorytetem jest liczba lekarzy.
Świat zachodni już nie jest taki łaskawy dla kandydatów na medyków. Studia lekarskie za oceanem to inwestycja piekielnie kosztowna, ale za to perspektywicznie niesłychanie intratna. Po ukończeniu czteroletnich pełnych studiów pierwszego stopnia można się ubiegać o miejsce na uniwersytecie medycznym (medical school), gdzie po kolejnych 4 latach nauki uzyskuje się tytuł MD (Doctor of Medicine). Ścieżka edukacyjna amerykańskiego lekarza trwa więc łącznie minimum 8 lat. A nie sześć jak w Polsce!
Wybierając ścieżkę studiów lekarskich w USA, trzeba liczyć się z ogromnymi kosztami — studia te należą do najdroższych na świecie. Czesne za rok wynosi 40 tys. dolarów, ale za ubiegły rok akademicki studenci prestiżowego Harvardu musieli zapłacić 52 659 dolarów. Uczelnie z pierwszej i drugiej ligi w Stanach (pierwsza setka) są znacznie lepsze niż najlepsza uczelnia w Polsce. Dostać się na nie jest odpowiednio trudno.
Nie jest żadnym odkryciem, że polskie uczelnie medyczne, nawet te, które dumnie uważają się za renomowane, w rankingach europejskich znajdują się poza linią horyzontu, daleko nawet za słowackimi. Traktowanie studentów jak tłuszczę, którą się doi, ile wlezie, oblewając złośliwie, nie podnosi poziomu kształcenia. Wiadomo od dawna, że uczelnie powoływane naprędce służą „wyrwaniu” kasy i często nawet nie uzyskują akredytacji. To bezczelny sposób na zarabianie pieniędzy. Odarte z zaplecza i kadry pedagogicznej, stanowią mglistą fikcję i obłudę. A zresztą jeśli LEK wystarczy do praktykowania medycyny, to może zamiast studiów wystarczą eksternistyczne weryfikacje?
Ale kpiny na bok! Naczelna Rada Lekarska od lat domaga się, aby lekarzy kształcić i doskonalić w uczelniach mających status uniwersytetu lub znajdujących się pod nadzorem uczelni uniwersyteckiej. Niestety, NRL przegrała już chyba z kretesem bój o przejęcie organizacji kształcenia podyplomowego. CMKP trzyma się mocno. Coraz częściej postulat ten jest ich marzeniem ściętej głowy. Dlaczego? Bo ministerialna droga na skróty wychodzi naprzeciw dramatycznym brakom obsady lekarskiej w setkach powiatowych szpitali, gdzie zapychanie dziur w organizacji i dostępności doczekało się uświęcenia z urzędu, a niekoniecznie z mocy prawa. Dyrekcje, indagowane przez dziennikarzy o jakość i kompetencje zatrudnianych medyków z antypodów, nabierają wody w usta.
Minister zdrowia podczas briefingu prasowego przekonywał, że standardy kształcenia przyszłej kadry lekarskiej są uniwersalne, niezależnie, czy chodzi o uczelnie publiczne, czy prywatne. „Droga, którą proponuje ministerstwo, prowadzi do felczeryzacji medycyny” — ripostuje Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Troskę samorządu o jakość władze odczytują jako przewrotną grę o własny interes i zaprogramowane stawanie w kontrze do konkretnych formacji politycznych.
Po armagedonie w wymiarze sprawiedliwości nadchodzi kolej na strażników zdrowia publicznego. Walenie w lekarzy jak w bęben od dawna na salonach władzy zalicza się do dobrego tonu. Lepiej karać i pastwić się nad medykami niż z mozołem budować rejestr zdarzeń niepożądanych. A czyje to interesy miałby reprezentować samorząd lekarski, jeśli nie swoich członków, lekarzy i lekarzy dentystów. To wynika wprost z przepisów. Ktoś chyba zapomniał, że lekarze nie istnieją bez pacjentów. I vice versa. Kultowa ponoć solidarność i zmowa milczenia lekarzy jest zwykłą iluzją i bajeczką, która w chwilach społecznych napięć służy do bałamucenia mas.
W naszym uroczym kraju panuje nadal przemożne przekonanie, że wysoka jakość leczenia jest zarezerwowania tylko dla ośrodków centralnych i wojewódzkich. Zaś w Węgorzewie, Hrubieszowie czy Iłży — żeby tylko skarg nie było, a starostwo rozkoszowało się świętym spokojem. Tyle tylko, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem. To mina podłożona pod szpitalne łóżko.
Niezwykle frustrująca, zwłaszcza dla lekarskiej młodzieży, jest pryncypialność menedżerów szpitali i poradni, wymuszających oszczędzanie na diagnostyce oraz leczeniu i mających w głębokim poważaniu jakość i skuteczność. Ale za błędy i zaniedbania zawsze odpowie lekarz — nigdy menedżer, który jest jego cichym kreatorem. Klęska ochrony zdrowia w Polsce powinna być czołowym tematem kampanii wyborczej, ale można się założyć, że nim, również i tym razem, nie będzie. Dlaczego? Bo na pozór apolityczne zdrowie to partyjny bękart, który nie zasłużył sobie na hojny posag.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Jankowski: wkrótce będziemy mieli za dużo lekarzy
Sędziwy Hipokrates nikomu nie obiecywał, że tajniki medycyny będzie się zgłębiać łatwo, lekko i przyjemnie. Co więcej, to nie on sam, lecz jego uczniowie należący do związku pitagorejskiego byli autorami przysięgi składanej już w starożytności. W Polsce osoby kończące medycynę i podejmujące praktykę lekarską składają Przyrzeczenie Lekarskie, które jest częścią Kodeksu Etyki Lekarskiej, uchwalonego przez Krajowy Zjazd Lekarzy. Nasze Przyrzeczenie Lekarskie tylko w porywach nawiązuje do przysięgi Hipokratesa.
Marek StankiewiczFot. Archiwum
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach