Medycyna jak na dłoni
Medycyna jak na dłoni
KODEKS PRZEJRZYSTOŚCI Pracownicy służby zdrowia, a w szczególności lekarze i pielęgniarki to tradycyjnie uznawane zawody zaufania publicznego. Niestety, w oczach polskiego społeczeństwa — czy to się nam podoba, czy nie — zawody te nie cieszą się najlepszą opinią. Przyczyną tego jest silne od wielu lat przekonanie większości Polaków o często występującej korupcji w tych grupach zawodowych.
Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS) regularnie od lat zadaje ankietowanym pytania o korupcję w Polsce i jej główne obszary występowania. Polityka i służba zdrowia są w czołówce dziedzin życia publicznego uznawanych za najbardziej narażone na korupcję. W 2004 roku na służbę zdrowia jako istotny obszar ryzyka korupcji wskazało 37 proc. respondentów, w 2007 r. 58 proc., a w 2013 r. 53 proc.
Stereotypy kreują rzeczywistość
Opinia społeczna nie musi odzwierciedlać rzeczywistości. Służba zdrowia zapewne nie jest tak bardzo obarczona zjawiskiem korupcji, jak się to wydaje przeciętnemu Polakowi. Ale też daleko jej do najwyższych standardów przejrzystości. Niemniej przekonania, opinie, postawy czy stereotypy, choć nie muszą opierać się na faktach, same są zdolne do tworzenia rzeczywistości. Mogliśmy tego doświadczyć, gdy w 2006 r. powołano do życia Centralne Biuro Antykorupcyjne. Wśród pierwszych „grup docelowych” tej instytucji znaleźli się lekarze. Jedna z pierwszych, pokazowych akcji CBA objęła ordynatora Kliniki Kardiochirurgii szpitala MSWiA. Jego aresztowanie przyczyniło się do spadku liczby przeszczepów w całym kraju. Skutki domniemanej tylko wówczas korupcji i reakcji na nią okazały się więc jak najbardziej rzeczywiste.
Zresztą asumpt do utworzenia CBA i jego pierwszych, kontrowersyjnych działań dało właśnie silne przekonanie społeczne o tym, że służba zdrowia jest przeżarta korupcją. Ostatecznie CBA nie znalazło wielu jej przypadków (w 2010 r. zaledwie 12 proc. postępowań CBA dotyczyło korupcji w służbie zdrowia), ale utrwaliło się przekonanie, że lekarze i inni pracownicy tego sektora są skorumpowani.
Stereotyp skorumpowanego lekarza czy pielęgniarki może być niesprawiedliwy, ale sam w sobie jest faktem, bo istnieje w świadomości ludzi. Środowisko to powinno podejmować wysiłki, żeby zmienić ten pogląd, nie tylko po to, by uchronić się przed kolejnymi działaniami służb specjalnych, ale żeby budować lepszy wizerunek własny i relacje ze społeczeństwem. Poprawa wizerunku musi mieć swoje realne podstawy, więc działania w tym kierunku będą wcześniej czy później wymuszać zmiany w standardach pracy lekarzy, innych pracowników służby zdrowia i całych instytucji. Jednak samorząd lekarski boi się jakiejkolwiek publicznej debaty na ten temat, czego wyrazem jest chociażby stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej z 19 września br., w którym stwierdza się, że funkcjonujące już w środowisku standardy (np. Kodeks etyki lekarskiej) są całkowicie wystarczające i nie potrzeba żadnych innych rozwiązań.
Transparentność relacji poprawi wizerunek
Tymczasem są potrzebne kolejne inicjatywy samoregulacyjne zmierzające do pokazania, że to środowisko jest transparentne. Przykładem kodeks Europejskiej Federacji Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych (EFPIA), w Polsce promowany i wdrażany przez Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA (www.kodeksprzejrzystosci.pl). Nakazuje on firmom ujawnianie korzyści (np. wsparcia udziału w konferencjach) przekazywanych lekarzom i innym pracownikom medycznym.
Kodeks będzie obowiązywać od 2015 r. i stosować go będą wszystkie największe międzynarodowe koncerny farmaceutyczne w Polsce. Kosztem cząstki prywatności, pozwala zarówno lekarzom, jak i firmom farmaceutycznym osłabić odium podejrzeń o wątpliwe relacje łączące jednych i drugich. To cenna inicjatywa, wyjątkowa na tle braku podobnych działań w innych obszarach obarczonych dużym ryzykiem korupcji (np. inwestycje w infrastrukturę drogową czy projekty informatyczne nie skłaniają ani koncernów budowlanych, ani firm IT do przyjmowania paktów na rzecz przejrzystości w staraniu się o zamówienia publiczne).
Kodeks EFPIA ma też inną zaletę — pozwala wyjść naprzeciw czemuś, co może niebawem stać się udziałem Polski, a mianowicie ustawowej regulacji kwestii ujawniania przepływów miedzy pracownikami publicznej służby zdrowia a firmami dostarczającymi usługi i produkty medyczne. Już dziś mamy tego próbkę, w postaci uchwalonej w sierpniu 2014 r. nowelizacji ustawy o konsultantach w ochronie zdrowia. Nowe przepisy nakazują składanie przez konsultantów oświadczeń zawierających m.in. informację o korzyściach majątkowych, których wartość przekracza kwotę 380 zł, otrzymywanych od firm działających w branży medycznej. Imienne oświadczenia są umieszczane w Biuletynie Informacji Publicznej i podlegają kontroli CBA. Zmiana ta wywołała sprzeciw i oskarżenia, że jest zbyt daleko idąca. Mylą się jednak ci, którzy twierdzą, że są to przepisy bardziej restrykcyjne niż gdziekolwiek na świecie. W wielu krajach presja, żeby ujawniać relacje między lekarzami i innymi pracownikami publicznych systemów ochrony zdrowia jest o wiele większa, a regulacje idą o wiele dalej.
Restrykcyjne rozwiązania amerykańskie i francuskie
Liderem w tej dziedzinie są Stany Zjednoczone. W 2013 r. weszła tam w życie ustawa Patient Protection and Affordable Care Act (tzw. Sunshine Act), nakazująca firmom medycznym (dostarczającym zarówno leki, jak i sprzęt oraz akcesoria medyczne) ujawnianie wszelkich korzyści przekazywanych lekarzom i innym pracownikom służby zdrowia oraz szpitalom akademickim. Obowiązek dotyczy firm, które korzystają z pieniędzy federalnych programów ochrony zdrowia, takich jak MedicAid czy MediCare. W internetowym rejestrze od 2014 r. wykazywane są wszystkie korzyści o wartości przekraczającej 10 dol., jeśli ich suma przekroczy kwotę 100 dol. (z paroma wyjątkami dotyczącymi np. próbek leków i materiałów edukacyjnych przekazywanych pacjentom). Rejestr jest publiczny i zawiera dane osób oraz kwoty, które otrzymały. Firmy mają obowiązek ewidencjonowania wpłat. Pracownicy służby zdrowia mają możliwość rewizji i korekty danych przed ich publikacją.
Celem tej ustawy było stworzenie systemu, który uczyni relacje pracowników służby zdrowia z przemysłem medycznym bardziej transparentnymi i odpornymi na korupcję, ale też wymusi racjonalniejsze gospodarowanie pieniędzmi przekazywanymi na opiekę zdrowotną. Ten argument stał się tym istotniejszy, że w wyniku reformy „ObamaCare” do systemu publicznej służby zdrowia w USA trafia więcej pieniędzy podatników. Sunshine Act nie jest w USA nowością. W kilku stanach już wcześniej obowiązywały podobne regulacje, czasem bardziej restrykcyjne. Na przykład przepisy stanu Vermont z 2009 r. zobowiązują firmy medyczne do publikowania informacji o wszelkich korzyściach, ich charakterze, adresacie i celu, przekazywanych jakiemukolwiek „dostarczycielowi usług medycznych”. Obejmują więc nie tylko szpitale i pracowników służby zdrowia, ale wszystkie podmioty świadczące jakiekolwiek usługi medyczne.
Jeszcze dalej poszło ustawodawstwo francuskie — być może dlatego, że przyczynkiem do nowelizacji ustawy o zdrowiu publicznym, nazwanej w skrócie „prawo Bertrand”, był głośny skandal korupcyjny (tzw. afera Mediatora). Francuskie przepisy zobowiązują pracowników i kandydatów komisji podległych ministrom i innym instytucjom wspierającym służbę zdrowia oraz ekspertów przygotowujących opinie do składania deklaracji powiązań z dostarczycielami produktów medycznych. Celem jest ujawnianie relacji, które mogłyby skutkować konfliktem interesów. Publikacji podlegają umowy i informacje o innych korzyściach (podarkach, sprzęcie, próbkach, darowiznach, rabatach etc.) o wartości większej niż 10 euro.
Ponadto sami dostarczyciele produktów i usług medycznych (od producentów sprzętu, przez firmy farmaceutyczne, aż po wytwórców środków dezynfekcyjnych czy oprogramowania dla szpitali, a nawet niektóre salony masażu) są zobowiązani do ujawniania transferów przekazywanych pracownikom opieki zdrowotnej, placówkom ochrony zdrowia, instytucjom naukowym, podmiotom świadczącym usługi doradcze, organizacjom zrzeszającym pracowników sektora, a nawet studentom kierunków medycznych.
Wykaz przekazywanych korzyści jest publicznie dostępny i uaktualniany dwa razy do roku (na razie na stronach firm-donorów, a niebawem w państwowym centralnym rejestrze). Osoby zobowiązane do składania deklaracji, które tego nie zrobią, narażają się na grzywnę w wysokości 30 tys. euro, a firmy uchylające się od raportowania transferów mogą być ukarane grzywną od 40 do 225 tys. euro.
Francuska regulacja budzi spore kontrowersje, ponieważ ujawniane są dane osobowe ogromnej rzeszy pracowników ochrony zdrowia, a upublicznianie np. treści umów zawieranych z podmiotami czy osobami przez dostarczycieli usług i produktów medycznych może naruszać zasady konkurencyjności.
Łagodniejsze uregulowania w Holandii i Wielkiej Brytanii
Na tle przepisów amerykańskich czy francuskich regulacje słowackie, niemieckie czy włoskie prezentują się niewinnie. Również inicjatywy samoregulacyjne w Holandii czy w Wielkiej Brytanii nie są tak restrykcyjne (już choćby przez sam fakt ich dobrowolności), jak opisane wyżej rozwiązania prawne.
W Holandii z inicjatywą publikowania informacji o transferach między koncernami farmaceutycznymi wystąpiły same środowiska pracowników medycznych (w tym prestiżowa Royal Dutch Medical Association) i firmy, tworząc specjalną Fundację Kodeksu dla Reklamy Farmaceutycznej (CGR). Ujawniane są wszystkie pośrednie i bezpośrednie, finansowe i niefinansowe powiązania między podmiotami wytwarzającymi, sprowadzającymi i dystrybuującymi produkty lecznicze oraz pracownikami opieki zdrowotnej lub placówkami, które ich zatrudniają, kiedy wartości współpracy przekracza 500 euro rocznie. Publikacja następuje na portalu internetowym powstałym dzięki wsparciu holenderskiego resortu zdrowia.
Podobny, ale nieco bardziej rozbudowany system funkcjonuje też w Wielkiej Brytanii. Dotyczy on z jednej strony pracowników placówek opieki zdrowotnej, dentystów i farmaceutów, z drugiej natomiast firm zrzeszonych w Brytyjskim Stowarzyszeniu Przemysłu Farmaceutycznego (ABPI). Ujawnieniu podlegają przede wszystkim transfery związane z udziałem pracowników opieki zdrowotnej w wydarzeniach naukowych (konferencjach, sympozjach etc.) oraz wydatki związane z działalnością edukacyjną, ekspercką i badawczą. Kodeks regulujący zakres i tryb ujawniania tych informacji określa, co ma znajdować się w raportach.
Dodatkową zachętą do stosowania tych standardów są brytyjskie przepisy antykorupcyjne (tzw. Bribery Act z 2010 r.). Przewidują one odpowiedzialność karną podmiotów zbiorowych (tj. przedsiębiorstw) w przypadku, gdy powiązana z nimi osoba (pracownik lub współpracownik) popełni przestępstwo. Firmy mogą uniknąć konsekwencji, jeśli wykażą, że dysponowały wewnętrznymi procedurami zapobiegania korupcji. Do takich należą między innymi omawiane standardy. Stąd też koncerny farmaceutyczne chętnie akceptują i wdrażają postanowienia kodeksu.
Ten krótki przegląd zagranicznych rozwiązań wymuszających w mniej lub bardziej zdecydowany sposób większą przejrzystość relacji między przemysłem medycznym i pracownikami służby zdrowia uświadamia, że jest to silny nurt, który już jest odczuwalny w Polsce. Można mu się przeciwstawiać, tak jak robią to dziś środowiska lekarzy, ale podążanie z nim może przynieść więcej pożytku niż szkody. Może to być okazja do poprawy wizerunku, odzyskania zaufania społecznego, ale też realnego podniesienia standardów funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. Najlepszą strategią byłaby próba samoregulacji (np. kodeks EFPIA), a nie czekanie aż ustawodawca przejmie inicjatywę. Jeśli nawet w przyszłości miałby się pojawić polski Sunshine Act, to mając już wypracowane, wdrożone i sprawdzone własne standardy, firmy medyczne i środowiska pracowników służby zdrowia miałyby silniejszą pozycję, żeby przeciwstawić się tendencjom do przeregulowania (przykład Francji).
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Grzegorz Makowski, Fundacja im. Stefana Batorego
KODEKS PRZEJRZYSTOŚCI Pracownicy służby zdrowia, a w szczególności lekarze i pielęgniarki to tradycyjnie uznawane zawody zaufania publicznego. Niestety, w oczach polskiego społeczeństwa — czy to się nam podoba, czy nie — zawody te nie cieszą się najlepszą opinią. Przyczyną tego jest silne od wielu lat przekonanie większości Polaków o często występującej korupcji w tych grupach zawodowych.
Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS) regularnie od lat zadaje ankietowanym pytania o korupcję w Polsce i jej główne obszary występowania. Polityka i służba zdrowia są w czołówce dziedzin życia publicznego uznawanych za najbardziej narażone na korupcję. W 2004 roku na służbę zdrowia jako istotny obszar ryzyka korupcji wskazało 37 proc. respondentów, w 2007 r. 58 proc., a w 2013 r. 53 proc. Stereotypy kreują rzeczywistośćOpinia społeczna nie musi odzwierciedlać rzeczywistości. Służba zdrowia zapewne nie jest tak bardzo obarczona zjawiskiem korupcji, jak się to wydaje przeciętnemu Polakowi. Ale też daleko jej do najwyższych standardów przejrzystości. Niemniej przekonania, opinie, postawy czy stereotypy, choć nie muszą opierać się na faktach, same są zdolne do tworzenia rzeczywistości. Mogliśmy tego doświadczyć, gdy w 2006 r. powołano do życia Centralne Biuro Antykorupcyjne. Wśród pierwszych „grup docelowych” tej instytucji znaleźli się lekarze. Jedna z pierwszych, pokazowych akcji CBA objęła ordynatora Kliniki Kardiochirurgii szpitala MSWiA. Jego aresztowanie przyczyniło się do spadku liczby przeszczepów w całym kraju. Skutki domniemanej tylko wówczas korupcji i reakcji na nią okazały się więc jak najbardziej rzeczywiste. Zresztą asumpt do utworzenia CBA i jego pierwszych, kontrowersyjnych działań dało właśnie silne przekonanie społeczne o tym, że służba zdrowia jest przeżarta korupcją. Ostatecznie CBA nie znalazło wielu jej przypadków (w 2010 r. zaledwie 12 proc. postępowań CBA dotyczyło korupcji w służbie zdrowia), ale utrwaliło się przekonanie, że lekarze i inni pracownicy tego sektora są skorumpowani.Stereotyp skorumpowanego lekarza czy pielęgniarki może być niesprawiedliwy, ale sam w sobie jest faktem, bo istnieje w świadomości ludzi. Środowisko to powinno podejmować wysiłki, żeby zmienić ten pogląd, nie tylko po to, by uchronić się przed kolejnymi działaniami służb specjalnych, ale żeby budować lepszy wizerunek własny i relacje ze społeczeństwem. Poprawa wizerunku musi mieć swoje realne podstawy, więc działania w tym kierunku będą wcześniej czy później wymuszać zmiany w standardach pracy lekarzy, innych pracowników służby zdrowia i całych instytucji. Jednak samorząd lekarski boi się jakiejkolwiek publicznej debaty na ten temat, czego wyrazem jest chociażby stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej z 19 września br., w którym stwierdza się, że funkcjonujące już w środowisku standardy (np. Kodeks etyki lekarskiej) są całkowicie wystarczające i nie potrzeba żadnych innych rozwiązań.Transparentność relacji poprawi wizerunekTymczasem są potrzebne kolejne inicjatywy samoregulacyjne zmierzające do pokazania, że to środowisko jest transparentne. Przykładem kodeks Europejskiej Federacji Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych (EFPIA), w Polsce promowany i wdrażany przez Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA (www.kodeksprzejrzystosci.pl). Nakazuje on firmom ujawnianie korzyści (np. wsparcia udziału w konferencjach) przekazywanych lekarzom i innym pracownikom medycznym. Kodeks będzie obowiązywać od 2015 r. i stosować go będą wszystkie największe międzynarodowe koncerny farmaceutyczne w Polsce. Kosztem cząstki prywatności, pozwala zarówno lekarzom, jak i firmom farmaceutycznym osłabić odium podejrzeń o wątpliwe relacje łączące jednych i drugich. To cenna inicjatywa, wyjątkowa na tle braku podobnych działań w innych obszarach obarczonych dużym ryzykiem korupcji (np. inwestycje w infrastrukturę drogową czy projekty informatyczne nie skłaniają ani koncernów budowlanych, ani firm IT do przyjmowania paktów na rzecz przejrzystości w staraniu się o zamówienia publiczne).Kodeks EFPIA ma też inną zaletę — pozwala wyjść naprzeciw czemuś, co może niebawem stać się udziałem Polski, a mianowicie ustawowej regulacji kwestii ujawniania przepływów miedzy pracownikami publicznej służby zdrowia a firmami dostarczającymi usługi i produkty medyczne. Już dziś mamy tego próbkę, w postaci uchwalonej w sierpniu 2014 r. nowelizacji ustawy o konsultantach w ochronie zdrowia. Nowe przepisy nakazują składanie przez konsultantów oświadczeń zawierających m.in. informację o korzyściach majątkowych, których wartość przekracza kwotę 380 zł, otrzymywanych od firm działających w branży medycznej. Imienne oświadczenia są umieszczane w Biuletynie Informacji Publicznej i podlegają kontroli CBA. Zmiana ta wywołała sprzeciw i oskarżenia, że jest zbyt daleko idąca. Mylą się jednak ci, którzy twierdzą, że są to przepisy bardziej restrykcyjne niż gdziekolwiek na świecie. W wielu krajach presja, żeby ujawniać relacje między lekarzami i innymi pracownikami publicznych systemów ochrony zdrowia jest o wiele większa, a regulacje idą o wiele dalej.Restrykcyjne rozwiązania amerykańskie i francuskieLiderem w tej dziedzinie są Stany Zjednoczone. W 2013 r. weszła tam w życie ustawa Patient Protection and Affordable Care Act (tzw. Sunshine Act), nakazująca firmom medycznym (dostarczającym zarówno leki, jak i sprzęt oraz akcesoria medyczne) ujawnianie wszelkich korzyści przekazywanych lekarzom i innym pracownikom służby zdrowia oraz szpitalom akademickim. Obowiązek dotyczy firm, które korzystają z pieniędzy federalnych programów ochrony zdrowia, takich jak MedicAid czy MediCare. W internetowym rejestrze od 2014 r. wykazywane są wszystkie korzyści o wartości przekraczającej 10 dol., jeśli ich suma przekroczy kwotę 100 dol. (z paroma wyjątkami dotyczącymi np. próbek leków i materiałów edukacyjnych przekazywanych pacjentom). Rejestr jest publiczny i zawiera dane osób oraz kwoty, które otrzymały. Firmy mają obowiązek ewidencjonowania wpłat. Pracownicy służby zdrowia mają możliwość rewizji i korekty danych przed ich publikacją. Celem tej ustawy było stworzenie systemu, który uczyni relacje pracowników służby zdrowia z przemysłem medycznym bardziej transparentnymi i odpornymi na korupcję, ale też wymusi racjonalniejsze gospodarowanie pieniędzmi przekazywanymi na opiekę zdrowotną. Ten argument stał się tym istotniejszy, że w wyniku reformy „ObamaCare” do systemu publicznej służby zdrowia w USA trafia więcej pieniędzy podatników. Sunshine Act nie jest w USA nowością. W kilku stanach już wcześniej obowiązywały podobne regulacje, czasem bardziej restrykcyjne. Na przykład przepisy stanu Vermont z 2009 r. zobowiązują firmy medyczne do publikowania informacji o wszelkich korzyściach, ich charakterze, adresacie i celu, przekazywanych jakiemukolwiek „dostarczycielowi usług medycznych”. Obejmują więc nie tylko szpitale i pracowników służby zdrowia, ale wszystkie podmioty świadczące jakiekolwiek usługi medyczne.Jeszcze dalej poszło ustawodawstwo francuskie — być może dlatego, że przyczynkiem do nowelizacji ustawy o zdrowiu publicznym, nazwanej w skrócie „prawo Bertrand”, był głośny skandal korupcyjny (tzw. afera Mediatora). Francuskie przepisy zobowiązują pracowników i kandydatów komisji podległych ministrom i innym instytucjom wspierającym służbę zdrowia oraz ekspertów przygotowujących opinie do składania deklaracji powiązań z dostarczycielami produktów medycznych. Celem jest ujawnianie relacji, które mogłyby skutkować konfliktem interesów. Publikacji podlegają umowy i informacje o innych korzyściach (podarkach, sprzęcie, próbkach, darowiznach, rabatach etc.) o wartości większej niż 10 euro. Ponadto sami dostarczyciele produktów i usług medycznych (od producentów sprzętu, przez firmy farmaceutyczne, aż po wytwórców środków dezynfekcyjnych czy oprogramowania dla szpitali, a nawet niektóre salony masażu) są zobowiązani do ujawniania transferów przekazywanych pracownikom opieki zdrowotnej, placówkom ochrony zdrowia, instytucjom naukowym, podmiotom świadczącym usługi doradcze, organizacjom zrzeszającym pracowników sektora, a nawet studentom kierunków medycznych. Wykaz przekazywanych korzyści jest publicznie dostępny i uaktualniany dwa razy do roku (na razie na stronach firm-donorów, a niebawem w państwowym centralnym rejestrze). Osoby zobowiązane do składania deklaracji, które tego nie zrobią, narażają się na grzywnę w wysokości 30 tys. euro, a firmy uchylające się od raportowania transferów mogą być ukarane grzywną od 40 do 225 tys. euro. Francuska regulacja budzi spore kontrowersje, ponieważ ujawniane są dane osobowe ogromnej rzeszy pracowników ochrony zdrowia, a upublicznianie np. treści umów zawieranych z podmiotami czy osobami przez dostarczycieli usług i produktów medycznych może naruszać zasady konkurencyjności.Łagodniejsze uregulowania w Holandii i Wielkiej BrytaniiNa tle przepisów amerykańskich czy francuskich regulacje słowackie, niemieckie czy włoskie prezentują się niewinnie. Również inicjatywy samoregulacyjne w Holandii czy w Wielkiej Brytanii nie są tak restrykcyjne (już choćby przez sam fakt ich dobrowolności), jak opisane wyżej rozwiązania prawne. W Holandii z inicjatywą publikowania informacji o transferach między koncernami farmaceutycznymi wystąpiły same środowiska pracowników medycznych (w tym prestiżowa Royal Dutch Medical Association) i firmy, tworząc specjalną Fundację Kodeksu dla Reklamy Farmaceutycznej (CGR). Ujawniane są wszystkie pośrednie i bezpośrednie, finansowe i niefinansowe powiązania między podmiotami wytwarzającymi, sprowadzającymi i dystrybuującymi produkty lecznicze oraz pracownikami opieki zdrowotnej lub placówkami, które ich zatrudniają, kiedy wartości współpracy przekracza 500 euro rocznie. Publikacja następuje na portalu internetowym powstałym dzięki wsparciu holenderskiego resortu zdrowia. Podobny, ale nieco bardziej rozbudowany system funkcjonuje też w Wielkiej Brytanii. Dotyczy on z jednej strony pracowników placówek opieki zdrowotnej, dentystów i farmaceutów, z drugiej natomiast firm zrzeszonych w Brytyjskim Stowarzyszeniu Przemysłu Farmaceutycznego (ABPI). Ujawnieniu podlegają przede wszystkim transfery związane z udziałem pracowników opieki zdrowotnej w wydarzeniach naukowych (konferencjach, sympozjach etc.) oraz wydatki związane z działalnością edukacyjną, ekspercką i badawczą. Kodeks regulujący zakres i tryb ujawniania tych informacji określa, co ma znajdować się w raportach. Dodatkową zachętą do stosowania tych standardów są brytyjskie przepisy antykorupcyjne (tzw. Bribery Act z 2010 r.). Przewidują one odpowiedzialność karną podmiotów zbiorowych (tj. przedsiębiorstw) w przypadku, gdy powiązana z nimi osoba (pracownik lub współpracownik) popełni przestępstwo. Firmy mogą uniknąć konsekwencji, jeśli wykażą, że dysponowały wewnętrznymi procedurami zapobiegania korupcji. Do takich należą między innymi omawiane standardy. Stąd też koncerny farmaceutyczne chętnie akceptują i wdrażają postanowienia kodeksu.Ten krótki przegląd zagranicznych rozwiązań wymuszających w mniej lub bardziej zdecydowany sposób większą przejrzystość relacji między przemysłem medycznym i pracownikami służby zdrowia uświadamia, że jest to silny nurt, który już jest odczuwalny w Polsce. Można mu się przeciwstawiać, tak jak robią to dziś środowiska lekarzy, ale podążanie z nim może przynieść więcej pożytku niż szkody. Może to być okazja do poprawy wizerunku, odzyskania zaufania społecznego, ale też realnego podniesienia standardów funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. Najlepszą strategią byłaby próba samoregulacji (np. kodeks EFPIA), a nie czekanie aż ustawodawca przejmie inicjatywę. Jeśli nawet w przyszłości miałby się pojawić polski Sunshine Act, to mając już wypracowane, wdrożone i sprawdzone własne standardy, firmy medyczne i środowiska pracowników służby zdrowia miałyby silniejszą pozycję, żeby przeciwstawić się tendencjom do przeregulowania (przykład Francji).
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach