Liczenie godzin
Według niektórych, można rozwiązać problem wprowadzając pracę zmianową. Ale to iluzja. I to nie tylko z uwagi na różnice dzielące szpital od fabryki oraz pracę lekarzy od robotników. Weźmy 40-łóżkowy oddział internistyczny zatrudniający sześciu lekarzy. Łącznie będą oni mogli spędzić w pracy 288 godzin w tygodniu. Zakładając obecność w oddziale od soboty rano do poniedziałku rano (48 godzin) tylko jednego lekarza, pojedynczą obsadę lekarską po południu i w nocy w pozostałe dni tygodnia (razem 80 godzin), w dni robocze od 7-15 na oddziale będzie mogło pracować tylko czterech lekarzy (bo do wykorzystania pozostaje 160 godzin). Obsada zmniejszy się dokładnie o jedną trzecią w porównaniu ze stanem obecnym. Przy tak wąskiej kadrze nie będzie mowy o specjalizowaniu się, udziale w szkoleniach, a sezon urlopowy będzie dla pozostających w pracy czasem wyklętym. Gorszy dostęp do lekarza poskutkuje niezadowoleniem pacjentów. Niezadowoleni, z powodu niższych zarobków, będą lekarze. Można założyć, że doświadczeni specjaliści tak szybko jak to będzie możliwe przejdą do lecznictwa otwartego. Na oddziale zostanie ordynator i młodzi lekarze. Ale i oni, wobec braku możliwości oddelegowania na staże specjalizacyjne, zaczną oglądać się za innym miejscem pracy.
Można oczywiście zapobiec urzeczywistnieniu się przedstawionej wizji. Możliwości są dwie: albo wyjść surowemu prawu naprzeciw, albo spróbować je obejść. Nietrudno zgadnąć, że na słynącym z legalizmu Zachodzie nikt nie myśli o obchodzeniu przepisów i tamtejsi łowcy głów intensywnie szukają nowych pracowników. W kręgu ich zainteresowania leży również Polska, bo w przeciwieństwie do rozpowszechnianych w naszym kraju opinii, za granicą nie uważa się polskich lekarzy za nieuków. Ale dodatkowe etaty dla medyków to drogi biznes. Dlatego pozostaje nam wyjście numer dwa, czyli obejście prawa.
Akurat w tym mamy dużą wprawę. A i drzwi wyważać nie trzeba, bo od kilku lat spora grupa lekarzy pracuje na podstawie umowy cywilnoprawnej, czyli tak zwanego kontraktu. Wygląda na to, że ta forma zatrudnienia dostała swoje pięć minut. To duża szansa dla lekarzy. Zarówno tych, którzy dopiero przejdą na umowę cywilnoprawną, jak i dla tych, którzy już to zrobili. Będzie można spróbować wynegocjować lepsze warunki zatrudnienia. I nie chodzi przy tym wyłącznie o stawki, ale choćby tak ważne kwestie jak urlopy i szkolenia. Wiem, że wiele z obecnie zawieranych kontraktów stawia lekarzy w roli pozbawionych praw najemników. A tak być przecież nie musi.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: lek. Sławomir Badurek