„Daj, a potem zabierz” to jedna z głównych strategii NFZ
Prawie 250 milionów złotych — tyle wynosi zadłużenie firm budujących autostrady wobec podwykonawców. Ci podwykonawcy to najczęściej małe, prywatne firmy, dla których z jednej strony brak wypłaty, a z drugiej konieczność rozliczenia się z fiskusem z zafakturowanych dochodów oznacza bankructwo, wymuszające w wielu przypadkach utratę prywatnego majątku. Problem narastał przynajmniej od kilku miesięcy. Przedstawiciele rządu woleli go jednak nie widzieć, deklarując, że państwo nie zamierza wtrącać się do „biznesowych sporów”. Sytuacja zmieniła się, gdy największe stacje telewizyjne pokazały w głównych wydaniach wiadomości relacje z obrad Komisji Infrastruktury, a w nich rozpaczliwie miotającego się między posłami oszukanego przedsiębiorcę ze Słupska, Marka Szymczaka. Przyparty do muru minister transportu obiecał pomoc, ale... No właśnie, by pieniądze trafiły do oszukanych, trzeba zmienić ustawę, a zainteresowany podwykonawca musi wywalczyć w sądzie prawomocny nakaz zapłaty za wykonaną pracę. Dopiero wtedy państwo, reprezentowane przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, stanie się wierzycielem, który będzie mógł domagać się wypłaty zaległości. Ile to potrwa? Z całą pewnością nie miesiące, a lata. A że zleceniodawcy nie będą chcieli oddawać owoców (być może dawno już skonsumowanych) swojego cwaniactwa, bardzo prawdopodobne są rozstrzygnięcia ugodowe, czyli wypłaty tylko części zobowiązań.
Znamy to. Sami też jesteśmy podwykonawcami. A w zasadzie podwykonawcami podwykonawców. Pracując na kontraktach, wystawiamy szpitalom i przychodniom rachunki i zakładamy, że w ustalonym terminie pieniądze wpłyną na konto. I tak się zazwyczaj dzieje, choć zdarza się, że wypłaty realizowane są z opóźnieniem albo na raty. Chciałoby się powiedzieć: mamy szczęście, bo w przeciwieństwie do wykiwanych podwykonawców z A2 płaci nam rzetelna, publiczna instytucja. W praktyce z rzetelnością NFZ różnie bywa. W wielu przypadkach jest ona na tym samym poziomie, co u nieuczciwych budowniczych autostrady. Bo jak inaczej określić sytuację, gdy płatnik monopolista miga się od zapłaty za procedury ratujące życie? Dobrze, że zatrudniające nas instytucje mają zakontraktowane różne świadczenia, co stwarza szefom pewne pole manewru. Z drugiej strony ogromnym zagrożeniem jest coraz powszechniejsza praktyka odbierania przez NFZ pieniędzy.
Nie mam wątpliwości — bieżący rok będzie pod tym względem rekordowy.
Wskutek wzrostu bezrobocia i częstszego wybierania przez pracodawców nieetatowych form zatrudnienia, do kasy NFZ wpłynie mniej pieniędzy niż zakładano. W I kwartale różnica ta wyniosła 422 miliony złotych. W kolejnych będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, bo wszystko wskazuje, że kryzys tym razem nie ominie naszej „zielonej wyspy”, a po Euro wiele inwestycji albo się skończy, albo wyraźnie przyhamuje, co sprawi, że duma rządzących, czyli soczysta zieleń wzrostu gospodarczego, wyraźnie zblednie. Jasne więc jak słońce, że najdalej po wakacjach czekają nas wzmożone kontrole.
W ostatnich miesiącach bulwersujemy się drakońskimi karami, zapisanymi w umowach na wypisywanie leków refundowanych. Słusznie, ale to tylko fragment strategii „daj, a potem zabierz”. Na celowniku są i będą dyrektorzy szpitali, a także przychodni. Pierwsi muszą się liczyć z utratą do 3 proc. wartości kontraktu z tytułu kar umownych w toku jednego postępowania kontrolnego. Biorąc pod uwagę wielkość szpitalnych budżetów, są to kwoty liczone w milionach złotych, mogące zrujnować wielomiesięczne wysiłki utrzymania dyscypliny finansowej. Kary mają na celu dyscyplinowanie świadczeniodawców — ma się rozumieć — „dla dobra pacjenta”.
Tylko czy uszczuplenie szpitalnej kasy o 1 proc. wartości kontraktu za spóźnienie się o jeden dzień z przekazaniem do NFZ listy oczekujących to pouczający środek dyscyplinujący, czy też cios poniżej pasa? Szpitale chroni przynajmniej to, że są duże. Boleśnie odczują kopniaki wymierzane im przez enefzetowskich kontrolerów, ale nie tak łatwo jest zwalić je z nóg. Inaczej z poradniami. Kujawsko-Pomorski Oddział NFZ wypowiedział niedawno umowy bez mała 40 poradniom za „drastyczne naruszenia zapisów w umowach”. Chodziło przede wszystkim o czas pracy lekarzy, którzy zamiast — jak NFZ przykazał — siedzieć w pustym gabinecie zgodnie z wywieszką na drzwiach, wybrali inne formy aktywności. I znów to samo co przed chwilą retoryczne pytanie: pouczający środek dyscyplinujący czy cios poniżej pasa?
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek