Lekarze rzadko piją na dyżurach, częściej po powrocie do domu [FELIETON]

opublikowano: 09-06-2023, 15:30

Lekarz pijany jak bela – to nie pierwsza ani nie ostatnia rewelacja na okładce lokalnej gazety z Polski powiatowej. Mniejsza o nazwy miejscowości, bo cóż one same są winne. Przecież nie tylko tam i nie tylko miejscowe elity, ale wszyscy piją ze wszystkimi. Z okazji i bez, aby sobie nieba przychylić i załatwić co nieco z władzą na boku. Alkohol owszem szkodzi, ale nie im – oto ich dewiza.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Marek Stankiewicz
Marek Stankiewicz
Fot. Archiwum

Pokaźna butla 18-letniej szkockiej whisky wciąż zalicza się do tradycyjnych dowodów wdzięczności pacjentów dla męskiej części lokalnego stanu lekarskiego. Krótko mówiąc: lekarze zatopieni w tym leju po komunie zawsze mieli alkohol za darmo, pod dostatkiem i dobrej jakości. A to samo w sobie stwarza pewien rodzaj pokusy.

Niechybną tragedię zwiastuje niewinne popijanie przez lekarzy w szpitalu dla rzekomego zabicia stresu. Chociaż i panie coraz częściej sobie nie folgują. Tak odstresowani pan/pani doktor wsiada po pracy do auta i przypadkowo potrąca już na szpitalnym parkingu niedołężną starszą panią. Na nic wówczas przydaje się zażyłość z powiatowymi wielmożami, począwszy od proboszcza, a kończąc na komendancie policji. Całe to combo nagle nabiera wody w usta, zamiast uderzyć się w piersi i potraktować zdarzenie niczym palec Boży.

Lekarze boją się łatki „alkoholika” i wprost śmierci zawodowej. Przyznanie się do picia to dla lekarzy nie lada problem. Nie dziwnego, przecież u podłoża choroby alkoholowej leży iluzja i zaprzeczenie. Lekarz jest uznawany, i sam się zresztą uznaje, za osobę, która z medycznego punktu widzenia wie wszystko. Dlatego zakłada, że kontroluje sytuację, zna objawy i skutki choroby. Niektórzy dbają, żeby o ich problemie nie dowiedzieli się nie tylko koledzy z pracy, ale nawet rodzina.

Zdarza się nawet, że targani wstydem odmawiają stawienia się przed okręgowym rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej w izbie lekarskiej, który na podstawie doniesienia prasowego podejmuje poufne postępowanie wyjaśniające. Ten fortel, zalecany czasem przez adwokatów, ma krótkie nogi, bo sprawa po dwóch tygodniach ląduję przed okręgowym sądem lekarskim.

Kodeks Etyki Lekarskiej nakazuje lekarzowi zachowanie trzeźwości w czasie wykonywania zawodu. Tymczasem nierzadko lekarze udają się do swych szpitali i poradni nazajutrz po suto zakrapianej kolacji, balu czy oblewaniu doktoratu. Biada tym, którzy wierzą w gusła, że krótki sen czy poranny prysznic przywrócą im stan wymaganej trzeźwości i będą przesłanką uwalniającą od winy za kierowanie autem i dziarskie przystąpienie do czynności lekarskich.

Niewinna z pozoru wpadka będzie kosztować zawieszenie prawa wykonywania zawodu przez okręgową izbę lekarską na okres aż do osiągnięcia pełnej abstynencji po zakończonym cyklu leczenia w ośrodku uzależnień. Rowerzysta za jazdę pod wpływem alkoholu ciupasem trafia do aresztu. Pijany piłkarz polskiej ekstraklasy z dnia na dzień rozstaje się z kontraktem i możliwością lukratywnego transferu do ligi hiszpańskiej. Ale pijany jak bela słynny lekarz dentysta z Małopolski, który pacjentowi bez potrzeby usunął górną jedynkę, choć miał jedynie oszlifować zęby pod korony, zaledwie doczekał się nagany od sądu lekarskiego. Co więcej, nasz bohater nadal leczył po pijanemu.

Alkoholizm to nie powód do chwały, ale również nie do wstydu, jeśli się z nim walczy i utrzymuje abstynencję. W publicznym odczuciu lekarz nadużywający alkoholu to ktoś skazany na szczególne potępienie. Bo jak można leczyć, będąc systematycznie nietrzeźwym? Tymczasem schowane za kurtyną hipokryzji społeczeństwo, stygmatyzowane półwieczną pieczęcią komuny, przystaje na tolerowanie pijaństwa.

Praca po pijanemu powoli staje się „obciachem”. Psycholodzy twierdzą, że lekarze obecnie rzadko piją na dyżurach, częściej po powrocie do domu. Piją zgodnie z grafikiem i trzymają rękę na pulsie. Dziennikarze i ośmieleni obywatele oraz wyrywkowe kontrole policyjne zrobiły swoje. Za utratą prawa jazdy ordynatora czy szefa kliniki uniwersyteckiej skrywa się alkoholizm jego środowiska pracy. Poranna kawa na odprawie, ochrzczona pół na pół z procentami, ma dawać im kopa do pracy.

Nie mamy reprezentatywnych badań dla lekarzy, które pokazywałyby, jakie uzależnienie wśród nich dominuje. A szkoda. Za granicą takich badań się nie boją. Co więc nas hamuje? Refleksja, że leczą nas alkoholicy? I to nierzadko skutecznie. Komu jeszcze słowa: jestem alkoholikiem więzną w gardle? Jazdę po kielichu z polowania na dzika uważano kiedyś za wyraz ułańskiej fantazji pana doktora. Sądy powszechne i lekarskie przez lata wymierzały najniższe wymiary kar nawet dla recydywistów. Niskie grzywny czy symboliczne zawiasy w opinii skazanych nie były żadną karą. Obrońcy wręcz przeganiali się w absurdalnych usprawiedliwieniach swoich klientów, a prokuratorzy nie wysilali się, by je procesowo obalić. Bo sami nie wylewali za kołnierz. Tyle, że z immunitetem.

Trzeba podjąć walkę z przyczynami, a nie ze skutkami. Wszystkie kampanie typu „życie masz tylko jedno” to zawracanie głowy, bo nie można od uzależnionego człowieka oczekiwać zdrowego rozsądku, skoro jego życiem rządzi nałóg.

W odczuciu społecznym alkoholizm to nadal wynik słabej woli, a nie choroba. A przecież od wielu lat wiemy, że uzależnienie od alkoholu jest chorobą ośrodkowego układu nerwowego. Dwie osoby mogą pić tyle samo – i jedna z nich się uzależni, a druga nie, co nie jest wadą ani zaletą. Zastanawiam się, czy grupa lekarzy chorych na parkinsonizm też zbudziłaby w mediach podobne emocje?

[email protected]

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.