Lekarze mają dość: strajk

Anna Gwozdowska
opublikowano: 29-03-2006, 00:00

7 kwietnia tysiące lekarzy i pielęgniarek może nie przyjść do pracy. Zdecydowani są protestować, niektórzy aż do skutku. Dlaczego wezwania do protestów trafiły na podatny grunt właśnie teraz? Po 12 latach debat o reformach większość pracowników ochrony zdrowia nie wierzy już w zapowiedzi zmian i chce po prostu więcej zarabiać. Żeby ich nakłonić do cierpliwości minister zdrowia musiałby udowodnić, że obiecywane zmiany przybierają wreszcie konkretną formę. ; ; ;

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Lek. Przemysław Woźny, lat 32, żonaty, jedno dziecko, za rok kończy specjalizację z medycyny pracy. 7 kwietnia zaprotestuje z innymi lekarzami, mimo że, jak mówi, z publicznym systemem ochrony zdrowia wiąże go już tylko słabo płatna rezydentura.
"Dołożę w ten sposób moją cegiełkę" - tłumaczy swoją decyzję P. Woźny. Nie wierzy jednak w skuteczność zapowiadanego protestu. "Nie ma przecież pieniędzy, aby akurat tej jednej grupie zawodowej podwyższyć pensje" - argumentuje. Nie zamierza jednak wyjeżdżać za granicę. Na razie stara się wykorzystać szanse, jakie daje częściowo sprywatyzowany rynek świadczeń zdrowotnych. Jego głównym zmartwieniem jest to, aby nikt nie ograniczał mu tych możliwości. Pracuje w kilku miejscach: w dwóch placówkach poz, wykłada w Wyższej Szkole Humanistycznej, bada przyszłych kierowców, a nawet zapewnia od czasu do czasu obsługę medyczną w trakcie wyścigów konnych i meczów piłkarskich. Pracuje codziennie od 8 do 18, z wyjątkiem jednej soboty i niedzieli w miesiącu.
"To jest chore, bo nie mam czasu ani na naukę, ani dla rodziny. Chciałbym pracować w jednym miejscu - skarży się P. Woźny. - Osobiście nie wierzę już w żadne zapewnienia i gdybym kiedyś mógł inaczej zaplanować swoje życie, to w tym kraju bym nie został".

Dajcie nam zarobić!

Rozlewające się na cały kraj protesty wydają się wyrazem bezsilnej, gromadzonej od lat frustracji i trudno znaleźć w środowisku medycznym kogoś, kto wie, jak się skończą. Czy wie to na przykład Krzysztof Bukiel, przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, sygnatariusza porozumienia, które doprowadziło do powstania Krajowego Komitetu Porozumiewawczego na Rzecz Wzrostu Wynagrodzeń Pracowników Służby Zdrowia i jeden z głównych organizatorów akcji protestacyjnych lekarzy? Chyba nie. K. Bukiel uważa, że związkowcy starają się na razie zmobilizować jak najwięcej ludzi. "7 kwietnia będzie próbą generalną, która pokaże, czy ludzie są na tyle zdeterminowani, aby (w przyszłości - przyp. red.) urządzić strajk" - tłumaczy K. Bukiel. Jego zdaniem, protestujący lekarze powinni się domagać nie tylko wzrostu wynagrodzeń, ale także zasadniczych zmian w systemie ochrony zdrowia.
"Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że istnieje w środowisku medycznym bardzo wpływowa, choć niewielka grupa osób, którym nie zależy na zmianach" - przyznaje K. Bukiel.
Na razie postulaty dotyczące zmian w systemie ochrony zdrowia schodzą na dalszy plan. Regionalne komitety protestacyjne kładą nacisk na żądania płacowe i uzależniają przerwanie protestów od gwarancji niezwłocznego podwyższenia wynagrodzeń o 30 proc. i zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
"Skoro wy, politycy, nie chcecie reformować ochrony zdrowia, to dajcie nam przynajmniej zarobić" - tłumaczy determinację protestujących K. Bukiel. Ale słowo "strajk" pada rzadko.

Liczą na premiera

Dotychczasowe protesty miały formę jednodniowych urlopów na żądanie i nie wymagały wchodzenia w spory zbiorowe z pracodawcami. Protest zapowiadany na 7 kwietnia też będzie miał formę jednodniowego urlopu. "Na działania związkowców nie mamy specjalnego wpływu. Oni są bardzo radykalni, ale większość lekarzy myśli racjonalnie" - zapewnia Andrzej Wojnar, przewodniczący Okręgowej Izby Lekarskiej na Dolnym ląsku, gdzie odbył się już protest jednodniowy.
Racjonalne myślenie oznacza, że być może warto poczekać na decyzje trójstronnego branżowego zespołu ds. ochrony zdrowia, który działa pod kierownictwem ministra zdrowia Zbigniewa Religi. Powołany na prośbę premiera Kazimierza Marcinkiewicza zespół ma do końca marca opracować zmiany systemowe umożliwiające wzrost wynagrodzeń w służbie zdrowia (patrz też strona 12). Andrzej Włodarczyk, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, który uczestniczy w obradach zespołu jako obserwator i jest jednocześnie koordynatorem działań Krajowego Komitetu Porozumiewawczego na Rzecz Wzrostu Wynagrodzeń Pracowników Służby Zdrowia, jest sceptyczny. "Na razie nie stało się nic takiego, czym moglibyśmy się zachwycać - komentuje dotychczasową dyskusję w zespole A. Włodarczyk. - Wagę przypisujemy zresztą nie tylko do prac zespołu, ale przede wszystkim do kolejnego spotkania z premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem, które ma się odbyć na początku kwietnia".

Strach przed powtórką "203"

W trakcie obrad zespołu pojawiły się jednak konkretne propozycje, aby w ramach nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych wprowadzić w umowach zawieranych z NFZ przez świadczeniodawców obowiązek wyodrębniania środków finansowych na płace. Co na to dyrektorzy ZOZ-ów? "Jeśli w ślad za decyzją rządu, że należy podnieść wynagrodzenia, pójdzie wskazanie źródła wzrostu wynagrodzeń, to ja się pod tym podpiszę obiema rękami. Bo personelowi medycznemu to się należy" - uważa Krystyna Płukis, dyrektor Szpitala Zachodniego im. Jana Pawła II w Grodzisku Mazowieckim.
Diabeł tkwi jednak w szczegółach. K. Płukis niepokoi to, czy będzie w stanie utrzymać podwyższony, np. o 30 proc., poziom płac w kolejnych latach. "Proszę pamiętać, że z NFZ kontrakty podpisuje się na maksimum trzy lata, a z personelem mam umowę na czas nieokreślony - tłumaczy K. Płukis. - Kodeks pracy rządzi się innymi prawami".
Ustawowe uregulowanie minimalnych uposażeń lekarzy proponuje także Naczelna Rada Lekarska. Samorząd lekarski będzie zbierać podpisy pod obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty oraz nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych (czytaj powyżej).

Konieczne przesilenie

Sprawę omawiało już także Stowarzyszenie Menedżerów Opieki Zdrowotnej. "Podwyżki wynagrodzeń są możliwe poprzez podniesienie ceny zakupu przez NFZ usług zdrowotnych o co najmniej 20 proc., przy zachowaniu ich ilości, i przez jednoczesne zlikwidowanie danin publicznych SP ZOZ-ów, tj. podatku VAT, składki na PFRON i podatku od nieruchomości - uważa Marek Wójtowicz, prezes STOMOZ. - A te decyzje są w gestii ustawodawcy, a nie dyrektorów szpitali". Przy okazji M. Wójtowicz zwraca uwagę na to, jak protesty odbiją się na pacjentach. "Akcje protestacyjne prawdopodobnie wydłużą kolejki do planowych specjalistycznych wizyt w poradniach i zabiegów operacyjnych, choć w stanach rzeczywistego zagrożenia zdrowia i życia pomoc będzie udzielana - uważa M. Wójtowicz. - Niezadowolenie pacjentów będzie jednak rosło, a słupki popularności polityków będą szybko malały". M. Wójtowicz przyznaje mimo wszystko, że protest lekarzy był nieunikniony. "Konieczne jest przesilenie, a w Polsce jedyną, skuteczną, sprawdzoną metodą wywalczenia podwyżek są protesty" - podsumowuje Marek Wójtowicz.
Andrzej Włodarczyk tłumaczy, że w nagłym wybuchu protestów wśród lekarzy nie ma nic dziwnego. "O reformach mówi się już od 12 lat, wreszcie nadszedł czas na konkrety - argumentuje A. Włodarczyk. - Lekarze wiedzą, że nie da się lepiej zarabiać bez zmian systemowych, ale trzeba im wreszcie pokazać chociaż światło w tunelu".

Myśleliśmy, że możemy zmienić świat...
Przemysław Jakubowski, anestezjolog, który mieszka i pracuje w Holandii, pod koniec lat dziewięćdziesiątych stał na czele strajku anestezjologów w Polsce. Oto, co teraz myśli o protestach:

Kolegom, którzy teraz protestują, życzę jak najlepiej, bo są, tak jak my kiedyś, niezwykle zdeterminowani. Niestety, obawiam się, że te protesty nie odniosą żadnego skutku. Ja zrozumiałem wtedy, że w tym systemie nic się nie zmieni, dlatego wyjechałem. Teraz robię to, co lubię. Zmieniło się tempo mojego życia. Nigdzie się nie śpieszę. Pracuję 4 dni w tygodniu, nie licząc dyżurów. Zarabiam kilkanaście razy więcej niż w Polsce.
Kilka lat temu, kiedy trwały protesty anestezjologów, także byliśmy bardzo zdeterminowani. Myśleliśmy, że możemy zmienić świat, tymczasem efektem naszych protestów był przede wszystkim wyjazd za granicę wielu dobrze wykształconych lekarzy. Oczywiście, domagaliśmy się wtedy także zmian, normalności w systemie ochrony zdrowia, a nie tylko lepszych zarobków. Przeprowadziliśmy np. strajk głodowy, zresztą skuteczny, domagając się od ministra zdrowia akceptacji dla podwyższonych standardów sprzętu anestezjologicznego używanego w szpitalach. Chodziło nam o bezpieczeństwo pacjentów. Tę bitwę wygraliśmy. Jednak patrząc wstecz, jedynym prawdziwym pożytkiem z tych protestów były zmiany w świadomości lekarzy, także tych, którzy zostali w kraju. Zaczęli inaczej myśleć. Dlatego teraz historia sprzed kilku lat będzie się powtarzać, tym bardziej, że obecny system organizacji ochrony zdrowia w Polsce nadal nie pozwala lekarzom uczciwie zarabiać.
Aby coś zmienić, trzeba polski system urynkowić. Źle działające szpitale muszą upaść. Od czasu naszych protestów sprzed 7 lat nic się niestety nie zmieniło, bo politycy, zresztą nie tylko w Polsce, nadal myślą, że są właścicielami służby zdrowia. Poza tym Polacy są rozdwojeni. Z jednej strony chcą zarabiać, tak jak to się da robić na prawdziwie wolnym rynku, ale równocześnie mają głęboko zakodowany sposób myślenia z czasów socjalizmu i boją się rynkowych zmian w ochronie zdrowia.


Patrz także:

Poradnik dla lekarza-uczestnika protestu

Brak reprezentacji pracodawców a negocjacje podwyżek płac

Ofensywa samorządu lekarskiego

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Anna Gwozdowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.