Lekarz-biznesmen z powołaniem
W miejscu, gdzie stoi dziś ładny Ośrodek Medycyny Rodzinnej, w 1993 roku było szczere pole. Zresztą pola i łąki rozciągały się jak okiem sięgnąć. Nawet drogi asfaltowej nie było. Gdzieniegdzie stały chałupy miejscowych, mieszkających w Dąbrowicy z dziada pradziada. Znajomi pukali się w czoło i mówili: gdzie ty jedziesz, przecież tam nic nie ma, kto ci na tę wichurę do lekarza przyjedzie?
Dwa tysiące na liście
Zaczynał z 300 pacjentami na liście, którą zaniósł do Lubelskiej Regionalnej Kasy Chorych. "Najtrudniej było zbierać pacjentów, ponieważ przeszkadzały mi ościenne, publiczne ośrodki zdrowia - wspomina L. Kijewski. - W nich mówiono ludziom, że jestem prywatny i u mnie trzeba płacić".
Zmieniało się stopniowo i powoli. Przyszedł jeden pacjent. Zobaczył, że nie musi płacić za wizytę, więc przyszli następni. Popatrzyli, że pomieszczenia są estetyczne, niepodobne do brzydkich przychodni, w jakich leczyli się dotychczas. I powiedzieli o tym kolejnym pacjentom. Ośrodek powoli nabierał wiatru w żagle.
W 2000 r. Lech Kijewski podpisał dodatkową umowę z branżową kasą chorych. Oprócz tego świadczył całodobową opiekę dla ubezpieczonych zarówno w kasie regionalnej, jak i branżowej. Kiedy przybyło mu pacjentów, wreszcie zaczął zarabiać.
Lech Kijewski ma pięć specjalizacji: z medycyny rodzinnej, medycyny ogólnej, ginekologii, medycyny społecznej, organizacji ochrony zdrowia. Ma za sobą szefowanie pogotowiu ratunkowemu w Pionkach, później największemu ZOZ-owi w Polsce, czyli w Grójcu. A jeszcze później pracę w lubelskim pogotowiu i Klinice Ginekologii SPSK nr 4 w Lublinie.
W Dąbrowicy pracuje z żoną, która jest lekarzem rodzinnym i pediatrą. Mają pod opieką blisko 2 tys. pacjentów. Są samowystarczalni. "Robię wszystko. Ktoś włoży rękę w krajzegę, szyję rękę. Wpadnie coś do oka, wyjmuję. Problem z uchem? Zaglądam do ucha. Nie wysyłam do specjalistów z głupotami, które jestem w stanie sam załatwić. Mam tyle narzędzi, że mogę wykonać nawet operację brzuszną" - podkreśla L. Kijewski.
Przyznaje, że zwariowany na punkcie sprzętu był od zawsze. Zainwestował w aparaturę mnóstwo pieniędzy. Niektóre narzędzia zaczął kupować już na studiach. W jego ośrodku jest więc USG, lampa szczelinowa, pompy infuzyjne, aparat do EKG, spirometr, otoskop, laryngoskop, oftalmoskop, audiometr, fotel ginekologiczny. "Są też dermatoskopy, dlatego rozpoznajemy zmiany na skórze - dodaje. - Wszystkie urządzenia obsługuję sam".
Najbardziej skomplikowanym zabiegiem, jaki przeprowadził w Dąbrowicy, było usunięcie kaszaka na łopatce. "Okazało się, że kaszak penetrował jakieś 10 cm w dół, pod łopatkę i jeszcze w kierunku karku. Nie przypuszczałem, że będzie tak rozgałęziony. To był trudny zabieg" - mówi L. Kijewski.
Nie jestem kretynem
Zdaniem Lecha Kijewskiego, ludzi nauczono, że doktor w zwykłej przychodni jest do niczego. I pacjent idzie teraz do specjalisty z byle czym, najczęściej nie na badanie, lecz po receptę. Dlatego u specjalistów brakuje miejsc. "Paranoja. Wiele dolegliwości powinno się leczyć w podstawowej opiece zdrowotnej - mówi lekarz. - Chory powinien być zdiagnozowany przez specjalistę i odesłany na leczenie do mnie. A ja za pół roku wyślę go na kolejną konsultację".
L. Kijewski krytykuje też wyłączenie z poz ginekologii. "U nas w kraju myślą chyba, że doktor rodzinny to kretyn. Że będzie się brał za prowadzenie pacjentki z ciążą z wysokim ryzykiem lub usuwał nadżerki. W cywilizowanym świecie wiedzą, że lekarz rodzinny tym się nie zajmuje. Ale w cywilizowanym świecie, do którego Polska nie należy, ordynator i profesor nie przyjmują ciężarnych, jeśli ich ciąża przebiega normalnie. Takimi powinien zajmować się lekarz rodzinny i jego położna. Mówimy oczywiście o fizjologii, której w ciąży jest 80 proc. A nie o patologii, której jest 20 proc. i która powinna trafić do ginekologów" - podkreśla L. Kijewski.
W swoim ośrodku nie organizuje "białych" niedziel. "Za to umawiam się z kolegami i robię badania, ale tylko dla moich pacjentów - opowiada. - Mówię do znajomego urologa: stary wpadnij, wybierzemy facetów po czterdziestce i zbadamy im gruczoł krokowy. Wpadł na jeden dzień. Wszystkich przebadaliśmy. Na podobnej zasadzie zrobiłem cytologię u pacjentek. Teraz szykuję się do badań układu oddechowego".
Czy z pieniędzy, które na poz przeznacza Narodowy Fundusz Zdrowia można dobrze leczyć? "Najlepszą stawką byłoby 100-120 zł na pacjenta rocznie - wylicza L. Kijewski. - To daje około 10 zł na miesiąc. A mam 5 zł".
Mimo trudności, nie rezygnuje. I ciągle planuje coś nowego. "Kupię karetkę reanimacyjną. Pod wjazd dostosowałem już jeden garaż. Chcę otworzyć salkę seminaryjno-dydaktyczną, aby organizować praktyczne warsztaty dla lekarzy rodzinnych. Planuję rozbudowę ośrodka o kolejne gabinety i o niedużą salę do zabiegów operacyjnych" - mówi.
Zawód wyuczony i kochany
O zostaniu lekarzem myślał już mając 7 lat. "Na wycieczki szkolne zabierałem swoją apteczkę - wspomina z uśmiechem. - Miałem w niej materiały opatrunkowe, które można było wtedy zdobyć w aptekach".
Chociaż urodził się w Lublinie, do szkoły chodził w Pionkach. I w Pionkach zdobywał pierwsze szlify w zawodzie. "Kiedy byłem na stażu na internie, ordynator mówi raz do mnie: Kijewski, jutro przyjdziesz na dyżur. Ja na to: Ależ panie doktorze, jestem dopiero dwa tygodnie na stażu. A on mówi: "A co, masz dyplom gorszy od mojego? Jak będziesz miał problem, jestem pod telefonem". I dzięki temu już na stażu zaliczyłem operacje kilku wyrostków, przepuklin, amputacje kończyn dolnych, nauczyłem się znieczulać do operacji, intubować. Bywały takie dni, że na dyżurze byli sami stażyści. I nikomu pacjent nie zmarł. I każdy się wyuczył zawodu" - mówi Lech Kijewski.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Ewa Stępień, Lublin