Dlaczego w psychiatrii warto pamiętać o farmakologicznych klasykach
Dlaczego w psychiatrii warto pamiętać o farmakologicznych klasykach
O nieprzemijających wartościach sprawdzonych leków starszej generacji „Puls Medycyny” rozmawia z prof. dr. hab. Przemysławem Bieńkowskim, kierownikiem Zakładu Farmakologii Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
W tytule wykładu podczas Bieszczadzkich Dni Psychiatrycznych użył pan sformułowania „Z lekiem jak z winem”. Czy rzeczywiście?
W medycynie są odkrycia ponadczasowe i bardzo wiele leków psychotropowych stosowanych w psychiatrii do takich odkryć należy. To nie znaczy, że nie ma postępu. Z nadzieją witamy rejestracje nowych leków stanowiących często cenne uzupełnienie w wielu obszarach terapeutycznych. Ale w dziedzinach niezabiegowych, do których należy psychiatria, ważne jest, aby doceniać starsze molekuły. Szanujmy sprawdzone narzędzia farmakologiczne...
Czy jakieś konkretne substancje ma pan profesor na myśli?
To hasło dotyczy w zasadzie wszystkich grup leków stosowanych w psychiatrii. Postęp widać, ale jest on ewolucyjny, a nie rewolucyjny. Warto więc przypominać, że leki antydepresyjne nie narodziły się wraz z fluoksetyną czy citalopramem, ale raczej te preparaty były ukoronowaniem długiego i mozolnego rozwoju całej grupy terapeutycznej. Dobrze jest, jeżeli lekarze dostrzegają, że lek psychotropowy, który pojawia się jako rynkowa nowość, jest konsekwencją rozwoju — ulepszania, poprawiania — starszych związków. Bardzo rzadko nowy lek jest w stanie wyprzeć albo zastąpić stare leki z powodów tylko medycznych. Preparat nowszy często zyskuje na bezpieczeństwie, ponieważ dziś w procesie rozwoju leku jest to jeden z absolutnych priorytetów. Często odbywa się to nawet kosztem skuteczności, czyli selekcjonowane są preparaty bezpieczniejsze, a niekoniecznie bardziej skuteczne.
Lek starszy to zwykle lek sprawdzony w praktyce przez różne generacje lekarzy i pacjentów. Jest to bardzo istotne, ponieważ nie jesteśmy tą samą populacją, którą byliśmy 50-70 lat temu, chociażby ze względów dietetycznych, ze względu na inną masę ciała, styl życia, używki itp. Dobrze jest więc odpowiednio spojrzeć na te stare sprawdzone preparaty, które na przestrzeni dziesiątków lat wykazywały się skutecznością, często bardzo dobrą. Psychiatra nie powinien mieć w swoim portfolio terapeutycznym trzech scyzoryków, tylko dużą skrzynkę zróżnicowanych narzędzi, z których twórczo korzysta. Wtedy sięgając po preparat starszy ma świadomość, że czasami musi dokładniej monitorować bezpieczeństwo stosowania. Jeżeli zyskuje na tym pacjent, to cena nie jest wygórowana.
Czy zarzut, że różne leki psychotropowe starszej generacji uzależniają jest słuszny?
W żadnym wypadku, nie można tu generalizować. Benzodiazepiny mają pewien potencjał uzależniający, ale jest to problem rozpoznany na wszystkich frontach. Psychiatrzy powinni o tym ryzyku pamiętać, umieć sobie z nim radzić i wkalkulowywać w ryzyko terapii. Ważne jest, aby korzyści przeważały nad efektami ubocznymi, tak żeby pacjent z terapii benzodiazepinami korzystał, nawet kosztem ryzyka nadużywania.
Spójrzmy też na problem działań niepożądanych z szerszej perspektywy. Na innym biegunie terapeutycznym, mamy drugą generację leków przeciwpsychotycznych, stosowanych np. w schizofrenii, które przyniosły ewidentny postęp, ale też wniosły znaczące ryzyko metaboliczne, w tym diabetologiczne. Tyle tylko, że ryzyko uzależnienia od razu, niejako automatycznie, źle się kojarzy. Sami walczymy z taką stygmatyzacją zakodowaną w pojęciach medycznych. Dla konkretnego pacjenta dużo bardziej niebezpieczna niż nadużywanie benzodiazepin może być cukrzyca, której powikłania pojawią się za pięć czy dziesięć lat. Jest to jednak problem przez większość świadomie lub podświadomie bagatelizowany, bo „to nie moja specjalność”, bo „tego nie widać”, „ktoś inny będzie się tym zajmował” etc.
Nie ma narzędzi farmakologicznych, które nie niosłyby ryzyka. Zawsze w proces terapeutyczny wpisany jest zysk, strata, bilans korzyści w stosunku do ryzyka. Chodzi o to, aby kierować się właśnie tymi kategoriami i nie eliminować preparatów (nie tylko benzodiazepin, ale też kwasu walproinowego, karbamazepiny, litu, starszych leków przeciwdepresyjnych czy uspokajających), dlatego że te preparaty, czasami, niosą podwyższone ryzyko powikłań tarczycowych, neurologicznych czy ryzyko nadużywania. Jest to ryzyko znane, opisane i są pacjenci, którzy mają większe ryzyko pojawienia się owych powikłań. Należy na to po prostu zwracać uwagę. I zawsze pamiętać, że w przypadku nowych leków część działań niepożądanych nie jest jeszcze znana.
Pacjenci zapewne chcieliby, aby ordynowano im najnowsze osiągnięcia farmakoterapii.
Z nowym lekiem jest jak z nowym modelem samochodu, nową linią ubrań, z każdym nowym produktem. W nowości czai się obietnica. Dla nowego leku producenci starają się marginalizować ryzyka znane i pomijać ryzyka jeszcze nieokreślone, choć badania I, II i III fazy często nie wystarczają do pełnego zbadania leku. W odniesieniu do produktów o ugruntowanej pozycji na rynku mamy daleko idącą pewność, że to, co było ważnego do odkrycia w kwestii bezpieczeństwa, zapewne zostało odkryte.
To jest jednak również wybór pacjenta, z którym dyskutuje się opcje terapeutyczne. Pacjentowi nastawionemu na spróbowanie czegoś nowego nie można tego kategorycznie zabraniać. Nie można jednak pozwolić pacjentowi na to, żeby był konikiem szachowym i „skakał” z leku na lek. Internet dostarcza informacji łatwiej i szybciej niż literatura medyczna, ale głównie informacji z pogranicza medycyny i biznesu. Na przykład o tym, że jakaś firma wprowadza przełomowy lek na rynek czy o tym, że przysłowiowi amerykańscy naukowcy rozwiązali kolejny poważny problem medyczny. Te nowiny wzbudzają entuzjazm wśród pacjentów, entuzjazm często szkodliwy. Bo od informacji, że jakaś firma zamierza zbadać lek X we wskazaniu Y do zarejestrowania konkretnego preparatu w tym wskazaniu upływają lata.
Czy są jakieś leki, od których zdecydowanie należałoby odchodzić?

Już ponad dwie dekady zajmuję się lekami psychotropowymi i muszę powiedzieć, że do odpowiedzi na takie pytania podchodzę ostrożnie. Bardzo łatwo jest wykreślić preparat z lekospisu, wycofać z rynku, doprowadzić do tego, że wytwórcy nie będzie się leku opłacało produkować. A po jakimś czasie okazuje się, że może to nie był lek dla wszystkich, ale była subpopulacja pacjentów, która świetnie na tę molekułę reagowała.
Chcemy mieć magiczną pigułkę dla wszystkich, a w farmakoterapii nie ma rozwiązań przeznaczonych, z założenia, dla wszystkich. Musi być pluralizm terapeutyczny. W psychiatrii, jak w każdej innej dziedzinie, jeśli pomnożymy naturalną zmienność choroby — bo nie ma jednej schizofrenii, jednej depresji, jednego zaburzenia lękowego — przez naturalną zmienność człowieka, to wyjdzie zmienność nieskończona.
Oczywiście psychiatria stara się typologizować pacjentów, ale to relatywnie rzadko prowadzi do standaryzacji leczenia. Pacjenci wymykają się typologiom. Myślę, że psychiatrzy z doświadczeniem widzą i wiedzą, że nawet leki psychotropowe odsądzane od czci i wiary mają swoich adresatów. One są dla określonej grupy pacjentów — czasem ciężej chorych, czasem nietolerujących innych preparatów, a czasem nie wiadomo czemu pacjent chce brać i bierze z dobrym skutkiem ten konkretny lek. Dlatego bardzo ostrożnie krytykuję leki psychotropowe, bo to nie lek sam w sobie szkodzi. To jednak lekarz bierze odpowiedzialność za decyzję terapeutyczną, on powinien monitorować proces leczenia, wycofywać lek, kiedy trzeba, modyfikować dawkę, wprowadzać lek korygujący itd. Potrzebujemy wielu preparatów, również w jednej grupie terapeutycznej. Jest miejsce dla benzodiazepin, starszych leków przeciwdepresyjnych i uspokajających czy leków przeciwpsychotycznych I generacji. Poszczególni pacjenci mogą nie tolerować nawet drobnych różnic w budowie chemicznej między preparatami, źle znosić wynikające z nich różnice farmakokinetyczne, czyli takie, które związane są z pikiem stężenia czy czasem działania leku. Powtórzę — potrzebujemy wielu narzędzi. Nie ma chirurga, który weźmie tylko przysłowiowy skalpel i zoperuje trudnego pacjenta. Instrumentariuszka rozkłada przed operatorem dziesiątki narzędzi. I ja takiego podejścia bronię w odniesieniu do leków psychotropowych. Jednocześnie nie twierdzę, że należy wszystkich leczyć wyłącznie przy pomocy farmakoterapii. Są pacjenci, którzy bardzo dobrze reagują na psychoterapię, elektrowstrząsy lub inne metody oddziaływań.
O nieprzemijających wartościach sprawdzonych leków starszej generacji „Puls Medycyny” rozmawia z prof. dr. hab. Przemysławem Bieńkowskim, kierownikiem Zakładu Farmakologii Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
W tytule wykładu podczas Bieszczadzkich Dni Psychiatrycznych użył pan sformułowania „Z lekiem jak z winem”. Czy rzeczywiście? W medycynie są odkrycia ponadczasowe i bardzo wiele leków psychotropowych stosowanych w psychiatrii do takich odkryć należy. To nie znaczy, że nie ma postępu. Z nadzieją witamy rejestracje nowych leków stanowiących często cenne uzupełnienie w wielu obszarach terapeutycznych. Ale w dziedzinach niezabiegowych, do których należy psychiatria, ważne jest, aby doceniać starsze molekuły. Szanujmy sprawdzone narzędzia farmakologiczne...Czy jakieś konkretne substancje ma pan profesor na myśli?To hasło dotyczy w zasadzie wszystkich grup leków stosowanych w psychiatrii. Postęp widać, ale jest on ewolucyjny, a nie rewolucyjny. Warto więc przypominać, że leki antydepresyjne nie narodziły się wraz z fluoksetyną czy citalopramem, ale raczej te preparaty były ukoronowaniem długiego i mozolnego rozwoju całej grupy terapeutycznej. Dobrze jest, jeżeli lekarze dostrzegają, że lek psychotropowy, który pojawia się jako rynkowa nowość, jest konsekwencją rozwoju — ulepszania, poprawiania — starszych związków. Bardzo rzadko nowy lek jest w stanie wyprzeć albo zastąpić stare leki z powodów tylko medycznych. Preparat nowszy często zyskuje na bezpieczeństwie, ponieważ dziś w procesie rozwoju leku jest to jeden z absolutnych priorytetów. Często odbywa się to nawet kosztem skuteczności, czyli selekcjonowane są preparaty bezpieczniejsze, a niekoniecznie bardziej skuteczne. Lek starszy to zwykle lek sprawdzony w praktyce przez różne generacje lekarzy i pacjentów. Jest to bardzo istotne, ponieważ nie jesteśmy tą samą populacją, którą byliśmy 50-70 lat temu, chociażby ze względów dietetycznych, ze względu na inną masę ciała, styl życia, używki itp. Dobrze jest więc odpowiednio spojrzeć na te stare sprawdzone preparaty, które na przestrzeni dziesiątków lat wykazywały się skutecznością, często bardzo dobrą. Psychiatra nie powinien mieć w swoim portfolio terapeutycznym trzech scyzoryków, tylko dużą skrzynkę zróżnicowanych narzędzi, z których twórczo korzysta. Wtedy sięgając po preparat starszy ma świadomość, że czasami musi dokładniej monitorować bezpieczeństwo stosowania. Jeżeli zyskuje na tym pacjent, to cena nie jest wygórowana.Czy zarzut, że różne leki psychotropowe starszej generacji uzależniają jest słuszny?W żadnym wypadku, nie można tu generalizować. Benzodiazepiny mają pewien potencjał uzależniający, ale jest to problem rozpoznany na wszystkich frontach. Psychiatrzy powinni o tym ryzyku pamiętać, umieć sobie z nim radzić i wkalkulowywać w ryzyko terapii. Ważne jest, aby korzyści przeważały nad efektami ubocznymi, tak żeby pacjent z terapii benzodiazepinami korzystał, nawet kosztem ryzyka nadużywania. Spójrzmy też na problem działań niepożądanych z szerszej perspektywy. Na innym biegunie terapeutycznym, mamy drugą generację leków przeciwpsychotycznych, stosowanych np. w schizofrenii, które przyniosły ewidentny postęp, ale też wniosły znaczące ryzyko metaboliczne, w tym diabetologiczne. Tyle tylko, że ryzyko uzależnienia od razu, niejako automatycznie, źle się kojarzy. Sami walczymy z taką stygmatyzacją zakodowaną w pojęciach medycznych. Dla konkretnego pacjenta dużo bardziej niebezpieczna niż nadużywanie benzodiazepin może być cukrzyca, której powikłania pojawią się za pięć czy dziesięć lat. Jest to jednak problem przez większość świadomie lub podświadomie bagatelizowany, bo „to nie moja specjalność”, bo „tego nie widać”, „ktoś inny będzie się tym zajmował” etc. Nie ma narzędzi farmakologicznych, które nie niosłyby ryzyka. Zawsze w proces terapeutyczny wpisany jest zysk, strata, bilans korzyści w stosunku do ryzyka. Chodzi o to, aby kierować się właśnie tymi kategoriami i nie eliminować preparatów (nie tylko benzodiazepin, ale też kwasu walproinowego, karbamazepiny, litu, starszych leków przeciwdepresyjnych czy uspokajających), dlatego że te preparaty, czasami, niosą podwyższone ryzyko powikłań tarczycowych, neurologicznych czy ryzyko nadużywania. Jest to ryzyko znane, opisane i są pacjenci, którzy mają większe ryzyko pojawienia się owych powikłań. Należy na to po prostu zwracać uwagę. I zawsze pamiętać, że w przypadku nowych leków część działań niepożądanych nie jest jeszcze znana. Pacjenci zapewne chcieliby, aby ordynowano im najnowsze osiągnięcia farmakoterapii. Z nowym lekiem jest jak z nowym modelem samochodu, nową linią ubrań, z każdym nowym produktem. W nowości czai się obietnica. Dla nowego leku producenci starają się marginalizować ryzyka znane i pomijać ryzyka jeszcze nieokreślone, choć badania I, II i III fazy często nie wystarczają do pełnego zbadania leku. W odniesieniu do produktów o ugruntowanej pozycji na rynku mamy daleko idącą pewność, że to, co było ważnego do odkrycia w kwestii bezpieczeństwa, zapewne zostało odkryte. To jest jednak również wybór pacjenta, z którym dyskutuje się opcje terapeutyczne. Pacjentowi nastawionemu na spróbowanie czegoś nowego nie można tego kategorycznie zabraniać. Nie można jednak pozwolić pacjentowi na to, żeby był konikiem szachowym i „skakał” z leku na lek. Internet dostarcza informacji łatwiej i szybciej niż literatura medyczna, ale głównie informacji z pogranicza medycyny i biznesu. Na przykład o tym, że jakaś firma wprowadza przełomowy lek na rynek czy o tym, że przysłowiowi amerykańscy naukowcy rozwiązali kolejny poważny problem medyczny. Te nowiny wzbudzają entuzjazm wśród pacjentów, entuzjazm często szkodliwy. Bo od informacji, że jakaś firma zamierza zbadać lek X we wskazaniu Y do zarejestrowania konkretnego preparatu w tym wskazaniu upływają lata.Czy są jakieś leki, od których zdecydowanie należałoby odchodzić?
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach