Co czeka polską kadrę medyczną po 1 maja

Anna Gwozdowska
opublikowano: 18-02-2004, 00:00

Do przełomowej daty 1 maja 2004 roku zostały już tylko trzy miesiące. Postanowiliśmy sprawdzić, co czeka lekarzy i placówki medyczne w związku z rychłą akcesją.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Na pierwszy rzut oka dostęp do unijnego rynku wiąże się z samymi korzyściami. Według Adama Kozierkiewicza, asystenta w Zakładzie Medycznych Systemów Informacyjnych Instytutu Zdrowia Publicznego UJ, placówki ochrony zdrowia w Polsce nie muszą obawiać się o swoją przyszłość po wejściu Polski do Unii Europejskiej, ponieważ dopełnienie krajowych przepisów prawnych wystarcza, aby funkcjonować na rynku europejskim. ?Podmiot zarejestrowany w Krakowie, spełniający odpowiednie wymogi, bez dodatkowych formalności może świadczyć usługi w Londynie. Lekarze prowadzący praktykę, na podstawie uznania kwalifikacji w kraju, mogą świadczyć swoje usługi placówkom zagranicznym - wyjaśnia A. Kozierkiewicz i dodaje - Oczywiście niektóre kraje nałożyły na Polskę okresy karencji, ograniczając dostęp do rynku pracy, lecz w większości przypadków zawody medyczne są na tyle pożądane, że ograniczenia te nie będą miały praktycznego znaczenia".
Od 1 maja pojawi się również dodatkowa możliwość zwiększania przychodów szpitali. Obywatele krajów unijnych mogą - za zgodą swojego ubezpieczyciela - w ramach tzw. procedury E112, leczyć się za granicą, jeśli długie kolejki w ich szpitalach uniemożliwiają szybką operację. Według A. Kozierkiewicza, w wielu krajach, w których tworzą się szczególnie uciążliwe kolejki w szpitalach, ta procedura jest bardzo rozpowszechniona. ?W Wielkiej Brytanii czy Skandynawii nawet 70 proc. rozliczeń międzynarodowych to właśnie takie leczenie planowe" - ocenił A. Kozierkiewicz. Jednak polskie placówki medyczne nie przyciągną zagranicznych pacjentów, przyzwyczajonych do wysokiej jakości usług, i nie zatrzymają polskich pacjentów, którzy od 1 maja tego roku będą mieli (w ramach tej samej procedury) możliwość leczenia się za granicą - jeśli już teraz nie pomyślą o podniesieniu jakości świadczeń.
Przede wszystkim jakość
Wprawdzie zdaniem A. Kozierkiewicza, w UE nie istnieje ogólnoeuropejski mechanizm koordynujący jakość usług medycznych w poszczególnych krajach i nic nie zapowiada, żeby takie regulacje się pojawiły, jednak Komisja Europejska popiera organizacje pozarządowe zajmujące się monitorowaniem jakości. Zachodni ubezpieczyciele przykładają do jakości usług szczególną wagę.
W Polsce od 1998 roku działa krakowskie Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia (CMJ) przyznające szpitalom certyfikaty jakości, tzw. akredytacje. Według Anny Iwaszkiewicz-Pawłowskiej, dyrektora Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku, który odnowił właśnie akredytację CMJ, jednym z powodów poddania się procedurze zdobywania certyfikatu jakości była perspektywa wejścia Polski do UE. ?W Unii staniemy być może przed możliwością leczenia pacjentów z innych krajów UE, a te szpitale, które zdobywają akredytację, mogą czuć się dopasowane do norm obowiązujących w Polsce, w większości zgodnych z unijnymi" - powiedziała A. Iwaszkiewicz-Pawłowska.
?Akredytacja to dobrowolny, systematyczny przegląd jednostek opieki zdrowotnej prowadzony na podstawie wcześniej znanych kryteriów" - wyjaśnia Halina Kutaj-Wąsikowska z Ośrodka Akredytacji CMJ. Jeśli szpital spełnia powyżej 70 proc. wymogów, otrzymuje akredytację na rok, jeśli więcej niż 75 proc. - na trzy lata. Wśród wymogów akredytacyjnych H. Kutaj-Wąsikowska, także wiceprezydent Towarzystwa Promocji Jakości Opieki Zdrowotnej, wymienia procedury redukowania ryzyka zakażeń szpitalnych u pacjentów, racjonalną politykę antybiotykową i politykę gospodarowania odpadami. Jej zdaniem, potencjalny ubezpieczyciel z Zachodu szuka takiego szpitala, w którym pacjent będzie bezpieczny, a system akredytacji pomaga takie szpitale wskazać. ?W szpitalu akredytowanym prawdopodobieństwo zdarzeń niepożądanych jest mniejsze" - uważa H. Kutaj-Wąsikowska. Jak wynika ze statystyki prowadzonej przez CMJ, takich szpitali jest ciągle bardzo mało. Na 200 placówek ubiegających się o akredytację posiada ją 59 ośrodków.
Dwa końce kija
Zasada swobodnego przepływu osób i usług może mieć również mniej korzystne konsekwencje, jeśli weźmie się pod uwagę finansowy i organizacyjny chaos w NFZ. ?Z zasady swobody przepływu osób wynika prawo zachowania bezpieczeństwa socjalnego przy przemieszczaniu się w ramach UE, co oznacza, że prawo do świadczeń społecznych, w tym do leczenia, nabyte w jednym kraju, nie znika w innym - wyjaśnia A. Kozierkiewicz. - Na tej podstawie polscy obywatele podróżujący do innych krajów UE będą mieli prawo do leczenia, podobnie jak obywatele innych krajów UE przebywający akurat w Polsce". W praktyce oznacza to, że polski szpital będzie musiał przyjąć obywatela UE potrzebującego natychmiastowej interwencji lekarskiej w trakcie pobytu w naszym kraju i nie pobierze za to opłaty, ponieważ rozliczenia za takie leczenie odbywają się na poziomie międzynarodowym. Szpital przyjmie od zagranicznego pacjenta specjalny formularz E111 i wyśle go do NFZ, który w ciągu 6 miesięcy rozliczy się z zachodnim ubezpieczycielem.
Podobna procedura dotyczy Polaków wyjeżdżających za granicę. ?Symulacje dotyczące wyjazdów i leczenia Polaków poza krajem wykazały, że to może być źródło wypływu pieniędzy. Już w 2004 r. generowane w ten sposób koszty mają wynieść 300-400 milionów złotych" - szacuje A. Kozierkiewicz. Mimo że rząd zdecydował 21 stycznia, iż NFZ pokryje te dodatkowe koszty, w jego budżecie na ten rok nie przewidziano pieniędzy na ten cel.
?Plan finansowy na 2004 r. zatwierdzony przez ministra zdrowia w porozumieniu z ministrem finansów nie zawiera rezerwy na opłacenie procedur związanych z leczeniem Polaków za granicą - powiedział Andrzej Troszyński z biura rzecznika NFZ. - Spodziewamy się, że te pieniądze będą, jednak za wcześnie jest jeszcze, by mówić o terminie".
Bezpieczeństwo i higiena pracy
Urzędnicy postarali się o więcej przykrych niespodzianek związanych z akcesją. Małgorzata Suchocka, kierownik kadr w SDSK im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku, martwi się, że zgodnie z prawem unijnym dyżury lekarskie przestaną istnieć w obecnej formie, a dotąd nie otrzymała żadnych wskazówek z Ministerstwa Zdrowia, jak tę sprawę rozwiązać. Dyżury są dużym zastrzykiem finansowym dla słabo zarabiających lekarzy. ?Można jedynie zastosować pracę zmianową lekarzy, co ze względów finansowych spowoduje na pewno ich niezadowolenie, lub podpisywać umowy cywilnoprawne, obligujące lekarzy do zakładania firm" - powiedziała M. Suchocka.
Zmiany w prawie pracy, które obejmą również polskich lekarzy, wynikają z unijnej dyrektywy, zabraniającej lekarzom pracować dłużej niż 48 godzin w tygodniu. Dodatkowo do czasu pracy wlicza się czas dyżurów. ?Choć dyrektywa wynika z dbałości o bezpieczeństwo pacjentów i jakość pracy lekarzy, kraje UE obawiają się, że w wyniku wprowadzenia jej w życie wystąpi deficyt lekarzy. Niemcy szacują że zabraknie od 16 do 25 tys. lekarzy" - komentuje A. Kozierkiewicz. Paradoksalnie więc wprowadzenie tej dyrektywy stanowi szansę dla tych polskich lekarzy, którzy zdecydują się pracować za granicą. ?Pokusa pracy za lepsze pieniądze jest duża. Trzeba się liczyć z odpływem kadry" - wyrokuje A. Kozierkiewicz.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Anna Gwozdowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.