Małe szpitale mają coraz szczuplejsze zaplecze kadrowe, a na lokalnych rynkach pracy nie ma specjalistów.
Ten artykuł czytasz w
ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
"Zaczyna nam brakować lekarzy. Przy tej liczbie świadczeń, które kupuje u nas NFZ, jeszcze wystarcza nam personelu, ale deficyt zaczynamy odczuwać w pogotowiu. Największe braki są w obsłudze karetek rano i po południu, a prawda jest taka, że nasi pracownicy są przepracowani i obawiam się, iż nie będą w stanie podołać obowiązkom" - mówi Krystyna Grzesiek, dyrektor Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Wadowicach. Takie specjalności, jak anestezjolog czy traumatolog zaczynają być w tym regionie deficytowe. Coraz mniej osób otwiera specjalizację, więc nie ma prostego odtworzenia kadr. "Lekarze specjaliści coraz bardziej się cenią. Szukamy ich poprzez ogłoszenia. Owszem, mamy telefony z pytaniami. Rozmowa zwykle kończy się jednak na pytaniu: ile płacicie, wtedy nawet nie bardzo chcą podawać kontakt do siebie ani umówić się na rozmowę" - skarży się K. Grzesiek. Dzięki ogłoszeniu, które ukazało się w Pulsie Medycyny, dyrekcji szpitala wadowickiego udało się jednak zatrudnić lekarza ginekologa.
Natomiast nawet mieszkanie nie skusiło żadnego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej do przeprowadzki do Kwidzyna. Dlaczego? Jak twierdzi Czesław Szmiendowski, dyrektor Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej im. św. Łukasza w Kwidzynie, chodziło o to, że lekarz musiałby dojeżdżać do dwóch oddalonych o parę kilometrów od tego miasta ośrodków, które znajdują się w strukturze NZOZ-u. "Odnoszę wrażenie, że wszystkim tak się dobrze powodzi, iż nikt nie chce pracować na wsi. Stawki mamy atrakcyjne, widać, że problemem jest ta wieś, która wydaje się lekarzom nieatrakcyjna" - uważa Cz. Szmiendowski.