Zaostrzenie zakazu palenia

Monika Wysocka
opublikowano: 27-06-2007, 00:00

Podczas gdy kolejne państwa przyjmowały zaostrzone ustawy zakazujące palenia w miejscach publicznych, w Polsce wciąż nic się nie działo w tej sprawie. "Jako onkolog i lekarz nie mogłem siedzieć bezczynnie. Z pomocą kilku osób przygotowaliśmy dla Sejmu odpowiedni projekt ustawy. Mamy nadzieje, że wkrótce dołączymy do reszty cywilizowanej Europy" - zapowiada prof. Jacek Jassem z AM w Gdańsku.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Nowelizacja ustawy o zakazie palenia w miejscach publicznych przeszła już przez obrady Komisji Ustawodawczej w Sejmie, czyli przez pierwszy etap, zanim projekt będzie mógł stać się przedmiotem prac parlamentarnych. Ku satysfakcji autorów, projekt przeszedł jednogłośnie. Obecnie ma się nim szczegółowo zająć sejmowa Komisja Zdrowia. Dwóch wybitnych ekspertów, gorących orędowników walki z nikotynizmem: prof. Witold Zatoński z Zakładu Epidemiologii warszawskiego Centrum Onkologii i prof. Jacek Jassem z Kliniki Onkologii i Radioterapii AMG, będą punkt po punkcie omawiać zgłoszone propozycje i - jak zapowiadają - będą się starali wybronić je w obecnej formie.

Martwe przepisy

Polski projekt zmierza do takich samych rozwiązań, jakie przyjęto w innych krajach europejskich, to znaczy do zakazu palenia w miejscach publicznych, przede wszystkim w sektorze gastronomiczno-rozrywkowym, czyli kawiarniach, restauracjach, pubach i dyskotekach. "Walczymy o to z dwóch powodów: po pierwsze w tego typu miejscach jest bardzo wysoki poziom stężenia dymu tytoniowego. Dotychczasowe rozwiązania nie zdają egzaminu, ponieważ wydzielanie części dla palących i niepalących jest fikcją, to martwy przepis. Każdy, kto był w polskiej restauracji, wie, jak to wygląda: w jednej części sali można palić, a w drugiej jest zakaz, ale najczęściej stoliki te sąsiadują ze sobą, a wszyscy oddychamy tym samym powietrzem" - mówi prof. J. Jassem.
Drugi powód to troska o osoby zatrudnione w tych instytucjach. Ten zapis można by właściwie egzekwować w ramach dotychczasowych przepisów. Obowiązkiem państwa jest zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa i higieny pracy, i w myśl ustawy z 1995 roku oraz jej nowelizacji w roku 1999, nie wolno palić w miejscu pracy. Jednak brak pełnego zakazu palenia w miejscach publicznych sprawia, że np. kelnerzy czy barmani narażeni są - podobnie jak palacze - na wszystkie choroby odtytoniowe.
"Uważam, że zakaz palenia powinien obowiązywać wszędzie, w miejscach publicznych, gdzie są skupiska ludzi. Dlatego osobiście popieram te wszystkie działania i jestem całym sercem z osobami, które prowadzą szeroką kampanię, tłumaczącą ludziom, jak wiele zła przynosi palenie tytoniu" - mówi dr Janusz Meder, kierownik Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego, prezes Polskiej Unii Onkologii.
Z międzynarodowych ekspertyz przygotowanych dla Unii Europejskiej wynika, że w Polsce rocznie z powodu czynnego palenia umiera kilkadziesiąt tysięcy osób, zaś z powodu biernego palenia: 9 tys. osób. Jak wyliczają specjaliści, to więcej niż z powodu wypadków samochodowych, wypadków w pracy, samobójstw i zabójstw łącznie. Ochrona osób niepalących wydaje się więc konieczna. "Proszę sobie wyobrazić, że czterogodzinny pobyt w dyskotece, gdzie wiele osób pali, jest tak samo szkodliwy, jak przebywanie pod jednym dachem z palaczem przez miesiąc! To ogromna ilość pochłoniętego dymu tytoniowego, do tego w ruchu, gdy przyspieszony oddech powoduje szczególnie nasilone wchłanianie. To nie może nie mieć szkodliwych skutków. A przecież do dyskoteki chodzą przede wszystkim nastolatki" - podkreśla J. Meder.

Polacy są "za"

Zwolennikom wprowadzenia zaostrzonych przepisów zarzuca się ingerowanie w prywatne sprawy obywateli. Więc tłumaczą, że nie chodzi im o względy estetyczne, nie chodzi o odzwyczajanie palaczy na siłę od nałogu, zabieranie im prawa do decydowania o swoim życiu, ale o ochronę zdrowia ludzi niepalących. "Przygotowując tę nowelizację, jako onkolog od wielu lat zajmujący się chorymi na raka płuca, nie mogę bezczynnie patrzeć na skutki palenia, szczególnie gdy kolejne kraje europejskie wprowadzają takie nowelizacje i to się udaje. Zrozumiałem, że albo ktoś się za to zabierze, albo będziemy skansenem, ostatnim krajem w Europie, gdzie wolno palić wszędzie" - mówi prof. J. Jassem. Podkreśla, że nie chodzi o to, by na każdym rogu stał policjant, ale o to, by niepalący mogli egzekwować swoje prawa. "Przecież w kinach czy teatrach nie pali się i nie musi tego pilnować policja. Chodzi o ustanowienie sankcji nie wobec tych, którzy palą, ale wobec tych, którzy na to przyzwalają w miejscach niedozwolonych, np. dla właścicieli restauracji" - tłumaczy profesor.
W każdym z państw, które wprowadzało obostrzenia związane z paleniem wybuchały dyskusje. Zastanawiano się, czy to nie będzie martwe prawo. Z czasem wszędzie okazywało się, że zakaz palenia w miejscach publicznych udaje się wyegzekwować niemal w 100 proc. "W kolejnych badaniach opinii publicznej na temat podejścia społeczeństwa do tego problemu wyniki są dla mnie zaskakujące. Poziom poparcia społecznego w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie - ok. 75 proc., a przecież wciąż jesteśmy przed jego wprowadzeniem. To fantastyczny wynik" - cieszy się prof. J. Jassem.
Warto też dodać, że we wszystkich krajach po wprowadzeniu tych przepisów poparcie dla nich bardzo szybko rosło i co ciekawe, także wśród palaczy. Bo palacze - choć nie chcą się do tego przyznać - lubią tylko "swój" dym.

Nie walczę z palaczami

Wiele osób jest zdania, że skoro rak płuca jest chorobą na życzenie, chorzy powinni sami finansować sobie leczenie. "Osobiście jestem temu przeciwny. To byłoby nieludzkie. Jako lekarz współczuję tym ludziom, muszę ich akceptować z ich chorobą. A nikotynizm według międzynarodowej klasyfikacji chorób jest chorobą, ma swój numer, traktowany jest jak forma ciężkiej narkomanii, niemal tak samo ciężkiej, jak uzależnienie od heroiny. Poza tym nie zapominajmy, że ci ludzie kupując papierosy płacili akcyzę - może tam należy szukać rozwiązania" - uważa autor nowelizacji. Jego zdaniem, rozwiązania przyjęte ostatnio w niektórych regionach Wielkiej Brytanii, dotyczące nieoperowania osób, które kontynuują nałóg palenia tytoniu, są niezgodne z zasadą solidaryzmu społecznego, respektowanego przez większość cywilizowanych państw. "To dla mnie zbyt drastyczne rozwiązanie, nie mogę go zaakceptować. Moja filozofia działania to ochrona ludzi niepalących przed dymem tytoniowym wtórnym, ale nie jest to walka z palaczami" - podkreśla prof. Jacek Jassem.

Odpowiedzialność za własny styl życia
Komentuje prof. Bogusław Maciejewski, dyrektor Instytutu Onkologii w Gliwicach:

W odróżnieniu od wszystkich komunikatów z pierwszych stron gazet, służących wyłącznie zaistnieniu i rozgłosowi, oświadczenie ministra zdrowia ma zupełnie inną wartość. Gdy osoba publiczna informuje, że ma raka, kryje się za tym osobisty dramat i tragedia tej osoby. Sądzę, że wbrew temu, co można było sądzić, prof. Religa chciał w ten sposób zabezpieczyć sobie prywatność, uciąć wszelkie dywagacje i spekulacje na swój temat: dlaczego nie przychodzi na spotkania, dlaczego źle wygląda, czy się leczy, co mu jest. Podobnie jak redaktor Durczok oświadczył, że ma nowotwór, bo jedna z jego koleżanek publicznie krytykowała jego łysą na skutek chemioterapii głowę, tak w tym przypadku zdecydowanie się na takie oświadczenie jest pewnym osobistym wyborem. To, czy to jest słuszne, czy nie - nie powinno podlegać ocenie. Moim zdaniem, publiczne mówienie o tak prywatnych sprawach jest formą odwagi i trzeba to uszanować.
Czy takie zachowanie osoby publicznej ma jakiś wydźwięk społeczny? Może to być odbierane w dwóch kategoriach. Część osób pewnie uważa, że skoro zdecydował się powiedzieć to publicznie, to widocznie jest człowiekiem prawym, uczciwym, otwartym. Inni być może pomyśleli, że skoro minister mówi, że jest chory na raka, to znaczy, że ta choroba nie jest tabu i nie należy się jej wstydzić.
Natomiast bardzo krytycznie odnoszę się do późniejszych dywagacji na temat choroby pana ministra: jakie wybrał leczenie, dlaczego zwleka z jego rozpoczęciem. Wymagając od ludzi kultury bycia, wymagam też delikatności, wyczucia, niewtrącania się w prywatne sprawy innych osób. Wcale nie uważam, by ujawnienie przez niego faktu choroby upoważniało innych do interesowania się jej szczegółami. Powiedział tyle, ile chciał, a stawianie go pod murem, by mówił, co i jak będzie robił dalej, jest żenujące.
Choroba ministra zdrowia, lekarza, jest też w jakimś stopniu przestrogą. Każdy decyduje o swoim losie sam. Palenie jest albo wyrazem słabej woli, albo osobistym wyborem. Ale też każdy powinien być świadomy tego, z czym to się wiąże i brać odpowiedzialność za swój styl życia. I nie chodzi o to, by osobom nieodpowiedzialnym uniemożliwiać dostęp do leczenia. Ale w sytuacji, gdy okres oczekiwania na leczenie jest długi, to np. w USA w pierwszej kolejności są leczone osoby, które przestrzegają pewnych zasad, by utrzymać możliwie dobry stan zdrowia. Takie rozwiązanie zasługuje na uwagę. Sensowniejszym w mojej opinii byłoby partycypowanie w kosztach leczenia, bo jest coś magicznego w fakcie, że gdy za coś trzeba zapłacić, to bardziej się to ceni.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.