Tradycja, która tkwi w człowieku
Barbara Gromada, emerytowana nauczycielka języka polskiego z Szepietowa, niewielkiej miejscowości na Podlasiu, z dumą opowiada, że duch aptekarski towarzyszy jej od dawna. Farmaceutką była jej mama, farmaceutami są jej mąż i syn. Farmację skończyli też brat męża i jego córka.
Decyzja Janiny Weremiej była heroiczna, bo do Drohiczyna niełatwo było się dostać. Większość drogi przeszła pieszo, a wyprawa zajęła jej tydzień. Po dotarciu do Drohiczyna znalazła pracę w pobliskiej Białowieży, gdzie została kierownikiem apteki.
Jak wykonać plan?
Praca w aptece podczas okupacji nie należała do łatwych. W Białowieży obowiązywały rządy sowieckie. Mimo że apteka była pusta, kwartalny plan sprzedaży trzeba było wykonać. Do dzisiaj w rodzinie Gromadów opowiada się historię z ?wykonaniem" jednego takiego planu.
?Teściowa ciągle bała się, że jak nie wykona planu, to zostanie uznana za wroga ludu - opowiada Marian Gromada, mąż pani Barbary. - Poszła więc do naczalstwa z informacją, że nie ma żadnych leków, a zbliżał się koniec kwartału. Uspokojono ją, że plan wykona. Mijały dni, nic się nie działo, więc na dzień przed upływem terminu znowu poszła. Usłyszała, że jutro plan wykona. I co się stało? Rano pod aptekę zajechała ogromna ciężarówka, z której zaczęto wypakowywać skrzynie. W skrzyniach były... kurczaki. Wygłodniali ludzie rzucili się do kupowania i w ten sposób apteka plan sprzedaży wykonała".
Z opowieści Janiny rodzina Gromadów wie też o ciągłym strachu, jaki towarzyszył młodej farmaceutce. Białowieża to środek puszczy, w nocy często do apteki przychodzili partyzanci i grożąc bronią żądali wydania opatrunków czy lekarstw.
?Mama bała się, że jak ich nie posłucha, to ją zabiją. Z drugiej strony, gdyby któryś sąsiad doniósł, że pomaga partyzantom, mogłaby zginąć z rąk gestapo" - opowiada Barbara Gromada.
Po zakończeniu wojny Janina Weremiej przeniosła się do Białegostoku. Uczestniczyła w powstawaniu Centrali Aptek Społecznych w mieście, potem zaproponowano jej tam pracę. Organizowała też Białostocki Zarząd Aptek (BZA), gdzie przepracowała ponad 20 lat jako zastępca dyrektora. Tuż przed przejściem na emeryturę prowadziła jeszcze apteki w szpitalu miejskim i jednej z przychodni.
?W sumie mama przepracowała 50 lat - opowiada Barbara. - A gdy już przeszła na emeryturę, dużo udzielała się społecznie. Otrzymała wiele odznaczeń. Najbardziej ceniła odznaczenie im. I. Łukasiewicza Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego. W dniu, gdy odbierała je w Warszawie, ja rodziłam syna, Marcina. Siłą rzeczy, musiał zostać farmaceutą".
Córka pani Janiny przyznaje, że do farmacji nie ciągnęło jej nigdy. Choć wszystko wskazywało na to, że tak się stanie. Ojciec Barbary także studiował farmację, której tylko z powodu wybuchu wojny nie ukończył.
?Jako dziecko zdarzało się, że bawiłam się w aptekę - mówi pani Barbara. - Ale żadnych zdolności w tym kierunku nie miałam, byłam typową humanistką".
Zapuszczanie korzeni w Szepietowie
Gdy już wydawało się, że duch farmaceuty w rodzinie zginie, pani Basia, dzięki wspólnym znajomym, poznała przyszłego męża - farmaceutę Mariana.
Marian Gromada skończył Wydział Farmacji na uczelni w Łodzi w 1965 roku. W tamtych czasach zakłady pracy często fundowały studentom stypendia, które potem trzeba było odrobić. Marian miał stypendium BZA.
?Po skończeniu studiów zgłosiłem się do BZA. Do pracy przyjmowała mnie przyszła teściowa - opowiada Marian Gromada. - Wtedy zaczęła się moja znajomość z rodziną Barbary. Żonę poznałem dużo później".
Pracował w wielu miejscach, aż dostał propozycję z Szepietowa. Wtedy znał już Barbarę i tak, już jako małżeństwo, w 1969 roku przenieśli się do Szepietowa. Tam Gromadowie od podstaw tworzyli państwową aptekę w powstającym właśnie ośrodku zdrowia. Zamieszkali nad apteką. Gdy w 1989 roku stanęli przed wyborem: prywatyzacja albo likwidacja ich miejsca pracy, nie wahali się długo. Odkupili punkt od białostockiego Cefarmu.
?Szybko staliśmy się swego rodzaju pogotowiem aptecznym - opowiadają. - Ludzie z okolicy przyzwyczaili się, że o każdej porze dnia czy nocy mogą do nas przyjść po lek albo mleko dla dziecka".
Jak mówią, w Szepietowie zapuścili korzenie, rozpoczęli budowę własnego domu. Tym większym ciosem było dla Gromadów zdarzenie z czerwca 1991 roku. Wtedy to władze Wysokiego Mazowieckiego (któremu podlegał ośrodek zdrowia w Szepietowie) wypowiedziały rodzinie umowę najmu lokalu aptecznego.
Kolejny etap - Białystok
?Od decyzji nie było odwołania. Musieliśmy się zbierać - opowiadają. - Akurat w Białymstoku pojawiła się okazja utworzenia apteki w lokalu Miejskiego ZOZ-u, przy ul. Storczykowej. Tu jesteśmy do dzisiaj. Dojeżdżamy codziennie 60 km z Szepietowa".
W 1995 roku Gromadowie otworzyli jeszcze jedną, tym razem całkowicie własną aptekę w Białymstoku z myślą o synu Marcinie, który - gdy skończył farmację - został jej kierownikiem. Drugi syn Gromadów Tomasz jest informatykiem, pracuje u rodziców także jako menedżer. Chociaż Gromadowie przyznają, że prowadzenie aptek pochłania im niemal cały czas, to starają się przynajmniej w weekendy, z reguły na zmiany (bo ktoś zawsze musi zostać do pilnowania interesu), odpoczywać. ?Bardzo lubimy też podróżować po świecie - mówi pani Barbara. - Chętnie podpatrujemy wtedy, jak za granicą wyglądają apteki. W Szwajcarii znaleźliśmy rodzinę, która prowadzi tę samą aptekę od 300 lat! To rzeczywiście imponujące. Ale my też mamy czym się pochwalić. W naszej rodzinie tradycja jest krótsza i chociaż nie tkwi w lokalu, to tkwi w człowieku".
Aptekarskie tradycje nie kończą się na rodzinie Mariana Gromady. Jego starszy o 8 lat brat Stanisław też skończył farmację. Z córką Emilią prowadzi obecnie aptekę w Suwałkach.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Urszula Ludwiczak, Białystok;