Pierwszego przeszczepienia nerki nie da się porównać do tego, co dziś robimy w transplantologii, bez refleksji nad postępem w medycynie. Wtedy pobranie narządu to było oczekiwanie na śmierć dawcy, na ustanie czynności serca. Dziś nasza umiejętność identyfikacji dawców jest o wiele większa. Doskonale wiemy, w jakim momencie nie mamy już szansy choremu pomóc. Gdy umiera, zaczynamy organizować zespoły, które pobierają narządy. Choć mamy do czynienia z martwym człowiekiem, musimy podtrzymywać pewne funkcje, bo inaczej dane organy nie mogłyby być wykorzystane. W przypadku wątroby pilnujemy gospodarki wodno-elektrolitowej, ponieważ wysokie stężenie sodu może ją zniszczyć. Medycyna w tym zakresie dokonała ogromnego skoku, pozwalającego na wykorzystywanie większej liczby narządów będących w lepszym stanie. Ponadto wobec długich list biorców (choć nie tylko dlatego), uwzględniamy tzw. marginalnych dawców, starszych — powyżej 65. roku życia — których narządy kiedyś dyskwalifikowano. Ewaluacja pozwala na ich wykorzystywanie, dla biorców stanowią bowiem owe sto procent szans na życie — bez nich by umarli.
Jednak ta sama medycyna, która udoskonaliła procedurę przeszczepiania narządowego, przynosi pytanie: czy dalszy postęp medycyny transplantacyjnej jeszcze coś nam da. Być może medycyna regeneracyjna początkowo będzie uzupełniać, a potem zastąpi to, co dziś leczymy wyłącznie za pomocą przeszczepów. Zaczynamy właśnie wspólne badania z Hiszpanami nad terapią genową w regeneracji wątroby. Kiedyś marskość tego narządu uważano za stan nieodwracalny, jej uszkodzenie za ostateczne. Teraz szukamy metod mogących odwrócić nieodwracalne.
Transplantacja jest dziś metodą jedyną i ostateczną, ale być może za kilka lat pojawią się nowe możliwości uratowania chorego na wątrobę. Są małe szanse na stworzenie sztucznej wątroby, bo musiałaby odtworzyć wszystkie jej złożone funkcje (np. musielibyśmy stworzyć hepatocyty). Jedynie sztuczne serce, jako głównie pompa, ma szanse „konkurować” z dziełem transplantologa. Ale też pewnych narządów nie da się zastąpić, np. przeszczepu twarzy wykonanego przez prof. Adama Maciejewskiego. Nie wyobrażam sobie innego sposobu na zastąpienie zniszczonej twarzy niż przeszczepienie. Dlatego zapewne w pewnych obszarach transplantologia pozostanie złotym standardem leczenia.
Trzeba doskonalić immunoterapię — zmniejszyć jej skutki uboczne. Po wieloletnim leczeniu immunosupresyjnym powstają bowiem nowotwory — choroba limfoproliferacyjna — prawdziwa zmora pacjentów po przeszczepach. Trzeba usunąć ten i inne skutki uboczne, jak cukrzyca potrans-plantacyjna. Może rozwiązania przyniosą toczące się prace eksperymentalne.
Zawsze da się coś poprawić w chirurgii, w procedurach. Na przykład w przeszczepach wątroby wciąż się przymierzamy do perfuzji przed przeszczepieniem, co już stosuje się w nerkach. Obecnie wątrobę po pobraniu przetrzymujemy wychłodzoną, ale są już urządzenia, które pozwolą na perfuzję — wtedy nawet marginalny narząd będzie jakościowo tak samo dobry jak pobrany w optymalnej sytuacji.
Ludzie zawsze marzyli o nowym organie w miejsce utraconego, np. utraconej nogi, podobnie jak marzyli, by unieść się w przestworza, tylko nie wiedzieli jak. Dziś już to wiedzą i choć porównanie techniki do medycyny nie jest najlepsze, to marzenia mają własne prawa i moc, niezależnie od dziedziny uprawianej przez marzyciela.