Szpitale i lekarze są dziś wystawiani na próbę nerwów
W cieniu dyskusji, poświęconych szacowaniu liczby wypłacanych odszkodowań z tytułu tzw. zdarzeń medycznych pozostają inne skutki właśnie wprowadzonych zmian. Eskalacja postaw roszczeniowych pacjentów i ich rodzin, będąca niejako naturalną konsekwencją umożliwienia ubiegania się o odszkodowanie na drodze pozasądowej, pogorszy i tak bardzo już zaburzone relacje chorych z lekarzami i napsuje tym ostatnim sporo krwi. Sygnały już się pojawiają.
Inne były losy skargi, złożonej w lokalnej gazecie przez córkę 84-letniej kobiety, która żaliła się na szpital, że jej matkę odesłano z izby przyjęć do domu taksówką, co miało spowodować zapalenie oskrzeli. Miejscowa gazeta stanęła murem za córką, podkreślając, że zdarzenie miało miejsce w nocy, przy siarczystym mrozie, a kobieta była „w płaszczu, szlafroku i kapciach”. Skoro znaleziono winnego, nie zaprzątano sobie głowy, czy powody infekcji mogły być inne. A szkoda, bo pacjentka mieszkała sama i mogła zachorować, np. wychodząc w mroźny dzień po zakupy. Ledwie napomknięto, że dojazd do domu taksówką odpowiadał starszej pani. Próżno było szukać w tekście klarownych wyjaśnień, w jakich przypadkach bezpłatny transport do domu jest obowiązkiem, a kiedy powinien o to zadbać pacjent lub jego prawni opiekunowie. Inteligencji czytelników pozostawiono również odpowiedź na niepostawione pytanie, co by zmieniło odwiezienie karetką? Za to w artykule i jego echach w tej samej gazecie dało się słyszeć dziennikarską dumę, bo szpital przyznał się do błędu i pokajał, zapewniając, że „wobec dyżurującego personelu zostaną wyciągnięte konsekwencje, a pacjentka dostanie list z przeprosinami”.
Być może powodem takiej uległości dyrekcji lecznicy były słowa autorki materiału, która napisała, że wskutek umożliwienia dochodzenia roszczeń z tytułu tzw. niepożądanych zdarzeń medycznych „szpitale powinny teraz szczególnie uważać i dbać o pacjentów”. Czy oznacza to, że każdemu, kto nie zostanie przyjęty na oddział, należy zapewnić nie tylko odwiezienie do domu wygodnym autem w towarzystwie uśmiechniętych sanitariuszy, ale i termos gorącej herbaty z cytryną na drogę? Pytam poważnie, bo jakkolwiek współczuję starszej kobiecie choroby i nocnej wizyty w szpitalu, nie mam wątpliwości, że ktoś tu stracił kontakt z rzeczywistością.
W cieniu dyskusji, poświęconych szacowaniu liczby wypłacanych odszkodowań z tytułu tzw. zdarzeń medycznych pozostają inne skutki właśnie wprowadzonych zmian. Eskalacja postaw roszczeniowych pacjentów i ich rodzin, będąca niejako naturalną konsekwencją umożliwienia ubiegania się o odszkodowanie na drodze pozasądowej, pogorszy i tak bardzo już zaburzone relacje chorych z lekarzami i napsuje tym ostatnim sporo krwi. Sygnały już się pojawiają.
Oto przykłady z mojego podwórka, czyli z Torunia, dosłownie z jednego tylko tygodnia. Diagnozowany w szpitalnym oddziale ratunkowym mężczyzna poskarżył się miejscowej telewizji na spędzenie w szpitalu „całego dnia w oczekiwaniu na badania”, co okazało się kilkoma godzinami, jakie trzeba było poświęcić na wykluczenie charakteru wieńcowego bólów w klatce piersiowej. 70-letnia chora z interny terroryzowała pielęgniarki, że jeśli natychmiast nie zmierzą jej ciśnienia, zadzwoni po pogotowie i złoży skargę. W pierwszym przypadku udało się przekonać dziennikarza, że to żaden temat na newsa, w drugim — udobruchać chorą.
Inne były losy skargi, złożonej w lokalnej gazecie przez córkę 84-letniej kobiety, która żaliła się na szpital, że jej matkę odesłano z izby przyjęć do domu taksówką, co miało spowodować zapalenie oskrzeli. Miejscowa gazeta stanęła murem za córką, podkreślając, że zdarzenie miało miejsce w nocy, przy siarczystym mrozie, a kobieta była „w płaszczu, szlafroku i kapciach”. Skoro znaleziono winnego, nie zaprzątano sobie głowy, czy powody infekcji mogły być inne. A szkoda, bo pacjentka mieszkała sama i mogła zachorować, np. wychodząc w mroźny dzień po zakupy. Ledwie napomknięto, że dojazd do domu taksówką odpowiadał starszej pani. Próżno było szukać w tekście klarownych wyjaśnień, w jakich przypadkach bezpłatny transport do domu jest obowiązkiem, a kiedy powinien o to zadbać pacjent lub jego prawni opiekunowie. Inteligencji czytelników pozostawiono również odpowiedź na niepostawione pytanie, co by zmieniło odwiezienie karetką? Za to w artykule i jego echach w tej samej gazecie dało się słyszeć dziennikarską dumę, bo szpital przyznał się do błędu i pokajał, zapewniając, że „wobec dyżurującego personelu zostaną wyciągnięte konsekwencje, a pacjentka dostanie list z przeprosinami”.
Być może powodem takiej uległości dyrekcji lecznicy były słowa autorki materiału, która napisała, że wskutek umożliwienia dochodzenia roszczeń z tytułu tzw. niepożądanych zdarzeń medycznych „szpitale powinny teraz szczególnie uważać i dbać o pacjentów”. Czy oznacza to, że każdemu, kto nie zostanie przyjęty na oddział, należy zapewnić nie tylko odwiezienie do domu wygodnym autem w towarzystwie uśmiechniętych sanitariuszy, ale i termos gorącej herbaty z cytryną na drogę? Pytam poważnie, bo jakkolwiek współczuję starszej kobiecie choroby i nocnej wizyty w szpitalu, nie mam wątpliwości, że ktoś tu stracił kontakt z rzeczywistością.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek