Sparaliżowana pani B.powinna mieć prawo do wyboru metody leczenia

opublikowano: 02-04-2002, 00:00

Brytyjski sąd przychylił się do żądania pani B., pacjentki od roku sparaliżowanej, ale wciąż przytomnej, by odłączyć aparaturę podtrzymującą jej życie. Choć przerwanie leczenia w tym przypadku oznacza śmierć, to jednak proces nie dotyczył prawa do eutanazji, lecz wyboru metody leczenia lub możliwości jego zaniechania na życzenie chorego.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Sprawa 43-letniej pani B. znalazła się w sądzie dopiero 6 marca. W sierpniu 2001 roku kobieta doznała pęknięcia naczynia szyjnego i została sparaliżowana całkowicie od szyi w dół. Utrzymywano ją przy życiu dzięki respiratorowi, ale po odzyskaniu przytomności pacjentka, świadoma postępów choroby, zażądała od lekarzy, by odłączyli respirator. Lekarze odmówili. Po operacji, która nie cofnęła paraliżu, ale przywróciła chorej mowę, szpital skonsultował przypadek z psychiatrami, którzy mieli orzec, czy pacjentka może świadomie podjąć decyzję o swej śmierci. Ci, choć najpierw przychylili się do decyzji pacjentki, potem zmienili zdanie i zapisali jej środki antydepresyjne. Wtedy pani B. zdecydowała się poprosić o pomoc sąd.
Przedmiotem sporu między lekarzami a adwokatem chorej była kwestia umysłowych zdolności kobiety do podjęcia decyzji o przerwaniu leczenia i zakończeniu życia, nad którym nie ma kontroli.
Lekarze, choć szanse swej pacjentki na poprawę zdrowia oceniają na 1 proc., ze względów etycznych są przeciwni odłączeniu respiratora, a tym samym - jak twierdzą - nie chcą brać na siebie odpowiedzialności za jej śmierć.
Sąd orzekł jednak, że pani B. ma prawo odmówić dalszego leczenia i poprosić o odłączenie aparatury praktycznie w każdej chwili. To pierwszy przypadek w Wielkiej Brytanii, że po interwencji sądu lekarze muszą podporządkować się życzeniu pacjenta i zgodzić na odłączenie aparatury sztucznie podtrzymującej życie.
Szpital, który nie zamierza odwoływać się od decyzji sądu, został ukarany symboliczną grzywną w wysokości 100 funtów, gdyż chce utrzymać pacjentkę przy życiu wbrew jej woli. Jeśli dalej będzie odmawiał odłączenia aparatury, pani B. będzie mogła zażądać przeniesienia do innej placówki, w której lekarze spełnią jej życzenie.
Oto komentarze polskich lekarzy specjalnie dla Pulsu Medycyny.

Moralnie się z tym nie godzę

Dr Jarosław Derejczyk, dyrektor Szpitala Geriatrycznego w Katowicach:
Rozumiem zachowanie chorych, którzy podejmują takie decyzje. Gdy brakuje pomocy, nie działają leki przeciwdepresyjne, ból jest bardzo silny - taka decyzja jest jak najbardziej normalna.
rodowisko medyczne jest podzielone. Niebezpieczeństwo polega na tym, że istnieje presja mediów do jasnego określenia, co jest dobre, a co złe. Tymczasem tak się nie da. Dobro i zło jest w człowieku. Ustawodawstwo powinno być po stronie dobra. W każdym indywidualnym przypadku należy próbować choremu dać szansę egzystowania i w miarę normalnego funkcjonowania. Jestem przekonany, że nawet człowiek zaintubowany i pod respiratorem jest w stanie zdobyć przyjaciół, być z kimś, kto dostarczy mu pozytywnych i ciepłych emocji. Być może ta pani takich osób wokół siebie nie ma.
Ci pacjenci nie zawsze znajdują adekwatnie rozumiejącego ich potrzeby opiekuna. W takich sytuacjach łatwo o niechęć do bycia z ludźmi i decyzję o odejściu.
A jednak jestem zdania, że taka decyzja sądu przekreśla cały sens naszej pracy. Nie chciałbym w momentach chwilowych niepowodzeń usłyszeć od pacjenta: nie chcę, by pan dalej mnie leczył, bo pana leczenie jest nieefektywne. Może na drugi dzień wymyślę coś, co da temu pacjentowi przeżyć.
Taka decyzja przekreśla także możliwość uczenia się. Czasami rzeczywiście jesteśmy mało wydolni, ale takie sytuacje motywują nas do szukania nowych metod leczenia. Każdy z nas przeżywa chwile zwątpienia, nie wie, jak pomóc pacjentowi. Ale równie często zdarzają się cudowne wyleczenia. Widziałem już pacjentów, którzy nie widzieli sensu życia, a potem znajdowali kogoś, kto przywracał im wiarę w życie. Ludzie, którzy naprawdę chcą się rozstać z życiem, są - moim zdaniem - pozbawieni drugiego człowieka.
Osobiście nie zgadzam się z taką decyzją sądu: oprócz dawania życia, daje nam ona możliwość także dawania śmierci. Moralnie się z tym nie godzę. Uważam, że jestem w stanie na tyle poprawić komfort życia cierpiącemu, że nie musi on myśleć o śmierci. Dlatego cieszę się, że polska medycyna idzie raczej w kierunku medycyny paliatywno-hospicyjnej, a nie eutanazji, że wybieramy drogę pomocy w cierpieniu, a nie drogę skracania cierpienia. Bo to jest najłatwiejsze wyjście.

Zapytaj własnego sumienia
Prof. Jacek Łuczak, kierownik Kliniki Opieki Paliatywnej, Anestezjologii i Intensywnej Terapii Onkologicznej AM w Poznaniu:
To problem w skali światowej. To, jaką podejmiemy decyzję, zależy od wielu czynników. Od osoby, która o to prosi, od jej światopoglądu, przekonania, że nie ma innego wyjścia, jak tylko umrzeć, nie czekając na dalszy rozwój sytuacji. Od bliskich, którzy mogą ją w tej decyzji wesprzeć lub nie, od opieki, jaką jest otoczona. Często zdarza się, że osoby proszące o śmierć robią to w stanie depresji (w 10-15 proc. przypadków). Nie wolno zapominać, że wyleczenie depresji może zmienić ich decyzję.
Jak postąpić, gdy ktoś za wszelką cenę nie chce żyć? O to trzeba pytać własnego sumienia i poza nim tej odpowiedzi nie znajdziemy. Jednak zawsze jest to zabójstwo z pomocą lekarza lub samobójstwo wspomagane przez lekarza.
Ale niezależnie od dylematów moralnych, jest jeszcze jeden ważny aspekt tej decyzji: kto i jak ma to zrobić. Odłączenie od respiratora oznacza śmierć w męczarniach: powolne duszenie się. Konieczne jest więc zabezpieczenie tej osoby przed cierpieniem, podanie środków, które odbiorą jej świadomość. To proces trudny i bardzo złożony.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.