Słaba koordynacja służb ratowniczych
Kiedy nie daj Boże dojdzie do tragedii podobnej do ostatnich wydarzeń na Śląsku, znowu trzeba będzie liczyć przede wszystkim na heroizm ratowników. Na pytanie, czy rzeczywiście bez pieniędzy z budżetu państwa nic nie można zrobić, aby lepiej koordynować akcje ratunkowe, powinni sobie odpowiedzieć przedstawiciele władz lokalnych analizując przykład Katowic.
Śląsk daje przykład
63 ofiary śmiertelne, blisko 200 osób rannych przewiezionych przez ponad 40 ambulansów do 22 szpitali. Te liczby obrazują, przed jakim zadaniem stanęły służby ratunkowe 28 stycznia 2006 r. na ląsku. Prof. Krystyn Sosada, konsultant wojewódzki medycyny ratunkowej nie ma wątpliwości, że akcja ratunkowa po katastrofie budowlanej przebiegała tak sprawnie dzięki doskonałej współpracy wszystkich służb ratowniczych w regionie. "System funkcjonuje bardzo dobrze, ponieważ świetnie układa się współpraca między służbami medycznymi, strażą pożarną, policją, stacją ratownictwa górniczego i służbami wojewody. Zdajemy sobie sprawę, że tylko kiedy będziemy razem, skuteczność naszych działań może być duża" - wyjaśnia K. Sosada.
Wiele osób nie ma wątpliwości, że z uwagi na specyfikę ląska, przede wszystkim obecność kopalni i zagrożenie ich zawałami, system zintegrowanego ratownictwa w tym województwie na pewno funkcjonuje znacznie lepiej niż w innych regionach kraju.
Pytany o to gen. Piotr Buk, były komendant główny Państwowej Straży Pożarnej i szef obrony cywilnej kraju, wcześniej komendant śląskiej straży pożarnej uważa za oczywiste, że potencjał ratowniczy zawsze uzależniony jest od specyfiki regionu i liczby mieszkańców. "Im więcej ludzi, tym więcej zdarzeń i wiadomo, że wtedy potrzeba więcej zespołów straży pożarnej, ambulansów i szpitali" - twierdzi gen. P. Buk, jeden ze współautorów rozwiązań przyjętych w woj. śląskim.
Od początku 2001 r., kiedy jeszcze pracowano nad ustawą o ratownictwie, na ląsku rozpoczęto tworzenie Centrów Powiadamiania Ratunkowego na bazie Państwowej Straży Pożarnej. Do tej pory powstało ich 12 - wspólnie pełnią w nich służbę dyspozytorzy pogotowia i straży pożarnej.
Dodatkowo, w 2002 r., wspólnymi siłami Państwowej Straży Pożarnej i wojewody śląskiego zostało powołane Centrum Koordynacji Ratownictwa Medycznego. "To był czas, kiedy lada moment miała wejść w życie ustawa o ratownictwie medycznym. Strażakom i naszym służbom bardzo zależało na tym ze względu na specyfikę ląska, olbrzymią aglomerację, bardzo wiele szpitali, karetek pogotowia itd. Kiedy okazało się, że ustawa nie wejdzie w życie, mimo wszystko postanowiliśmy centrum otworzyć. Chodziło o to, by pilotażowo sprawdzić, jak to funkcjonuje, aby kiedy ruszy ustawa, działać pełną parą" - wyjaśnia Krzysztof Mejer, rzecznik prasowy wojewody śląskiego.
Gen. P. Buk wspomina: "Wiele osób zarzucało nam, że robimy coś niepotrzebnie, z pominięciem prawa. Życie udowodniło, że to my mieliśmy rację".
Lekarz-koordynator akcji
Centrum działa przy wojewódzkim stanowisku koordynacji ratownictwa PSP. Zatrudnia 5 dyżurnych: 2 etaty finansuje straż pożarna, 3 - wojewoda. Nadzór sprawuje dwóch lekarzy, którzy są pracownikami Wydziału Polityki Społecznej UW w Katowicach.
"Nie jesteśmy typowym Centrum Powiadamiania Ratunkowego - podkreśla Agnieszka Istelska-Michalik, kierownik katowickiego CKRM. - Naszym zadaniem jest zbieranie na bieżąco całodobowych informacji o wolnych łóżkach w szpitalach, miejscu pobytu ambulansów, by wspomóc podejmowanie decyzji z zakresu ratownictwa medycznego w przypadku masowych zdarzeń. Docelowo mieliśmy być ośrodkiem koordynującym pracę wszystkich CPR-ów z woj. śląskiego". W czasie katowickiej tragedii to właśnie lekarz koordynator z CKRM był na miejscu od przyjazdu pierwszej karetki. Nie zajmował się udzielaniem pomocy, tylko segregował rannych, ustalał kolejność wywożenia poszkodowanych do szpitali.
Są profesjonaliści, nie ma systemu
Opinia prof. Juliusza Jakubaszki, prezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej:
Szkoda, że dopiero tragedia, do jakiej doszło w Katowicach, uświadomiła wielu ludziom pilną potrzebę istnienia zintegrowanego systemu ratownictwa medycznego w Polsce. Mówimy o tym od lat, ale spotykało się to bądź ze słabym zrozumieniem, bądź brakiem woli politycznej decydentów. Po ostatnich deklaracjach premiera o przyspieszeniu prac nad ustawą o ratownictwie medycznym wygląda na to, że taka wola rzeczywiście się pojawiła.
Akcja ratunkowa w Katowicach udowodniła, że ludzie są zdolni do poświęceń na granicy ryzyka. Było widać, że służby ratunkowe, szczególnie ratownictwa medycznego i straży pożarnej, dały z siebie wszystko. Jestem przekonany, że mamy profesjonalnie przygotowanych ludzi, którzy potrafią nieść pomoc ofiarom zdarzeń masowych. Niestety, wciąż brakuje nam rozwiązań systemowych, brakuje nam prawa, które by to regulowało. To nie powinien być entuzjazm ludzi i ich samozaparcie, tylko wyćwiczone procedury, oparte na regionalnych planach zabezpieczenia zdarzenia masowego. A u nas na razie takich planów nie ma ani nie są regularnie weryfikowane i ćwiczone.
Każdy szpital w Europie Zachodniej ma swoje własne miejsce w regionalnym planie zabezpieczenia katastrofy, ma też swój szpitalny plan zabezpieczenia katastrofy jako część planu regionalnego. Wtedy wszyscy doskonale wiedzą, co mają robić, jaka jest kolejność uruchamiania poszczególnych obszarów zadaniowych szpitala, jak przekształca się wewnętrznie szpital, którędy uruchamia się nowe drogi komunikacji wewnątrzszpitalnej, transportu rannych. I to wszystko oparte jest na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Tymczasem na ląsku w 2005 r. żaden SOR formalnie nie miał kontraktu z NFZ. O powodzeniu akcji ratunkowej w Katowicach zadecydował m.in. fakt, że na stosunkowo małym obszarze jest dużo, bo ok. 20 szpitali, które przyjęły impet uderzenia pierwszej fali poszkodowanych.
System zintegrowanego ratownictwa medycznego jest potrzebny, ale przestrzegałbym przed podejmowaniem zbyt gwałtownych działań na fali obecnych emocji. W mojej ocenie, realnym i najkorzystniejszym rozwiązaniem w tej chwili byłaby nowelizacja już istniejącej ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, która powstawała przez wiele lat i jest dziełem wielu grup eksperckich. To prawda, że została uchwalona w 2001 r. i od tej pory sporo zmieniło się w systemie ochrony zdrowia, i dlatego z pewnością ta ustawa wymaga głębokiej nowelizacji. Być może powinna zostać trochę uproszczona, być może za dużo niesie rozwiązań ustawowych, które mogłyby być uregulowane rozporządzeniami wykonawczymi. Na pewno musi też bardziej szczegółowo rozwiązać problem finansowania, ale łatwiej jest nowelizować ustawę, niż budować ją na nowo.
W tej chwili trzeba dokończyć tworzenie sieci szpitalnych oddziałów ratunkowych jako naturalnych stacji docelowych w ?łańcuchu przeżycia" - kręgosłupa systemu ratownictwa medycznego. Mamy ich w kraju już ok. 120. Docelowo, żeby spełnić normy międzynarodowe dla 40-milionowej populacji, potrzeba ich ok. 250, a więc połowę już mamy. Utworzenie SOR-u od podstaw to koszt ok. 3-4 mln zł, a tam, gdzie jest już jakaś baza, jest to znacznie tańsze. Ich finansowanie, obok stałej gotowości, musi uwzględniać procedury kliniczne medycyny ratunkowej, jakie są w nich wykonywane.
Drugą, niezmiernie ważną sprawą jest jednoznaczne uregulowanie ustawowe i wydanie rozporządzenia o Centrum Powiadamiania Ratunkowego, które pozwoli utworzyć zintegrowaną sieć łączności ratunkowej. Muszą powstać CPR-y, w których razem pracują przedstawiciele wszystkich służb ratunkowych: straży, policji, ratownictwa medycznego, technicznego, energetycznego itd., i wspólnie - w ciągu 2 minut od przyjęcia sygnału ?na ratunek" - podejmują decyzję o uruchomieniu najwłaściwszej części systemu dla danego zdarzenia, powiadamiając jednocześnie najbliższy lub najbliższe SOR-y o spodziewanym napływie poszkodowanych.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Ewa Szarkowska