Rok wojny w Ukrainie. Prof. Sieńko, chirurg: twarze żołnierzy zapamiętam na zawsze

mat. pras./oprac. JW
opublikowano: 24-02-2023, 12:05

Skutki wojny to wielkie cierpienie, ale i cisza milczenia nad ludzkimi dramatami przerywana jedynie jękami bólu rannych. Czegoś takiego nie da się zapomnieć. Wojna to wielkie zło. Twarze żołnierzy to widok, który zapamiętam na zawsze - opowiada prof. Jerzy Sieńko, szczeciński chirurg i społecznik, który pomagał ofiarom wojny na miejscu, w Ukrainie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Skutki wojny to wielkie cierpienie, ale i cisza milczenia nad ludzkimi dramatami przerywana jedynie jękami bólu rannych - opowiada prof. Jerzy Sieńko, szczeciński chirurg i społecznik.
Skutki wojny to wielkie cierpienie, ale i cisza milczenia nad ludzkimi dramatami przerywana jedynie jękami bólu rannych - opowiada prof. Jerzy Sieńko, szczeciński chirurg i społecznik.
Fot. Adobe Stock

24 lutego 2023 r. mija rok od momentu wybuchu wojny w Ukrainie. Wielu polskich lekarzy zdecydowało się nie tylko na pomoc Ukrainie w Polsce, ale także na wyjazd na teren walk. Wśród nich byli szczecińscy medycy: prof. Jerzy Sieńko i prof. Marek Myślak. Co zapamiętali z pomocy udzielanej na miejscu?

Prof. Sieńko, chirurg: w szpitalu przywitał nas ryk syren alarmowych

Prof. Jerzy Sieńko, szczeciński chirurg, znany jest ze swojego zaangażowania społecznego. Jak mówi, wyjazd na Ukrainę był czymś oczywistym w momencie, gdy okazało się, że na froncie brakuje lekarzy. Przewożenie żołnierzy 1000-1500 kilometrów byłoby nieefektywne, a czasem niemożliwe.

- Dostałem pytanie, czy jako konsultant wojewódzki byłbym w stanie rozdysponować rannych żołnierzy po oddziałach naszego województwa. Szpitale w Ukrainie zapełniały się ciężko rannymi wymagającymi specjalistycznego leczenia w błyskawicznym tempie. Pomyślałem, że ten pociąg z rannymi jechałby 1000 albo nawet 1500 kilometrów. Transport rannego człowieka, nawet w pociągu sanitarnym, to wyzwanie i wielkie ryzyko. Jak więc wyglądałoby to leczenie? Na opatrywaniu? Podawaniu antybiotyków? Uznałem, że ten transport nie będzie efektywny - opowiada.

– Pojechaliśmy więc na miejsce z opatrunkami, lekami. Zebraliśmy środki na opatrunki podciśnieniowe. Jeden opatrunek kosztuje ogromne pieniądze. Pojechaliśmy z moim młodym kolegą chirurgiem najpierw do Warszawy, zabraliśmy sprzęt i następnie ruszyliśmy sanitarką do szpitala w Tarnopolu. Już pierwszego dnia, bezpośrednio po przyjeździe, podczas rozładunku sprzętu w szpitalu przywitał nas ryk syren alarmowych - relacjonuje prof. Sieńko.

Dodaje, że to niewątpliwie duży dyskomfort, bo syreny są po to, by ostrzegać przed zagrożeniem życia bądź zdrowia. - Jest syrena, a nic nie spada i nie wybucha - więc człowiek się przyzwyczaja i cieszy, bo akurat alarm był fałszywy albo rakieta nie doleciała czy została zestrzelona. 50 kilometrów dalej od naszej siedziby rakiety trafiły w przychodnię. Teoretycznie mogły więc być wycelowane także w szpital, w którym przebywaliśmy - przyznaje.

Do szpitala, jak opowiada, przyjechał o świcie - i wtedy akurat akurat byli zwożeni z linii frontu ranni żołnierze. Są oni zaopatrywani pierwotnie bezpośrednio na froncie, a potem przewożeni do typowych szpitali.

– Smutek, żal na ich twarzach, taki żal, że to wszystko się dzieje. To wszystko odbywa się w ciszy. Nie ma takiego typowego gwaru czy hałasu związanego z pracą szpitalnych izb przyjęć. Wszystko tu jest uporządkowane, bardzo profesjonalnie przygotowane do przyjęcia rannych. Skutki wojny to wielkie cierpienie, ale i cisza milczenia nad ludzkimi dramatami przerywana jedynie jękami bólu rannych. Czegoś takiego nie da się zapomnieć. Wojna to wielkie zło. Twarze żołnierzy to widok, który zapamiętam na zawsze - konstatuje.

Prof. Myślak, transplantolog: młoda, entuzjastyczna kadra lekarzy

Po wybuchu wojny między Rosją a Ukrainą do prof. Marka Myślaka, specjalisty chorób wewnętrznych, nefrologii i transplantologii klinicznej, zgłosił się światowej sławy transplantolog z Nowego Jorku, prof. Robert Montgomery, który zapytał go o aktualną sytuację, ofiary konfliktu i pacjentów.

- Prof. Montgomery jest nie tylko wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, ale też człowiekiem niezwykle empatycznym, który podkreśla, że spłaca swój dług, bo sam przeszedł przeszczep serca. Bardzo chciał się zaangażować w pomoc Ukrainie i to zmotywowało mnie do zorganizowania działań w dziedzinie, na której się znam, to znaczy transplantologii. Nawiązałem więc kontakt ze szpitalem we Lwowie, który jako jedna z niewielu placówek ogarniętego wojną kraju utrzymywał dużą aktywność transplantacyjną - opowiada prof. Myślak.

- Szczęśliwie podczas naszego tygodniowego pobytu w Ukrainie alarm nie uruchomił się ani razu, ale od czasu powrotu do Polski aplikacja niestety daje o sobie znać kilka razy na dobę, o każdej porze dnia i nocy. W szpitalu we Lwowie przywitano nas bardzo entuzjastycznie. Wrażenie zrobiła na nas bardzo przyjazna, zaangażowana, młoda kadra lekarzy, która mimo trwającej wojny wykazywała się wielkim zapałem do pracy i profesjonalizmem - podkreśla profesor.

Mając na uwadze ograniczony czas pobytu w Ukrainie, od razu zaplanowano najbliższe zabiegi. W czasie ich pobytu na miejscu odbyło się kilka przeszczepień nerek oraz przeszczepienie serca.

- Pierwsze przeszczepienie nerek wykonał prof. Bob Montgomery przy asyście dr. Maksyma Oviechtko, a kolejne w odwrotnym układzie. Obie transplantacje poszły doskonale z natychmiastowym podjęciem funkcji przez przeszczepione nerki. Byliśmy także zaangażowani w konsultowanie pacjentów, ustalanie ich dalszego leczenia, podejmowanie decyzji terapeutycznych i wymianę poglądów - mówi lekarz.

Udało się także przeprowadzić prelekcje dla medyków z Ukrainy.

“Etos pracy lekarza to nie są puste hasła”

Jak mówi Michał Bulsa, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie, pomoc uchodźcom wojennym - zarówno na miejscu, w Polsce, jak i podczas wyjazdów na Ukrainę, zasługuje na najwyższe uznanie.

- Lekarze kolejny raz udowodnili, że etos ich pracy to nie są puste hasła. Ostatni rok sprawił, że w wielu sytuacjach potrzebna była bardzo pilna pomoc osobom, które zostały poszkodowane przez wojnę. Jestem pełen uznania dla lekarzy, którzy dyżurowali w punktach recepcyjnych, na dworcach, w przychodniach. To był wolontariat, który wynikał z konieczności chwili. Wojna w Ukrainie to wydarzenie, o którym nasze dzieci będą uczyć się w podręcznikach do historii. Solidarność była dla lekarzy czymś oczywistym – mówi dr Michał Bulsa.

- Lekarze, którzy pojechali na Ukrainę, są nie tylko ofiarni i odważni, ale i mocno zdeterminowani, by nieść pomoc. Panowie, wyrazy najwyższego uznania - podsumowuje.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.